środa, 12 grudnia 2018

Być mężem i ojcem (książka dla niego) - Jesper Juul





Przyznaje się bez bicia, że gdyby nie moja żonka to nie miał bym zielonego pojęcia kto to taki Jesper Juul. Jako że zakupiła mi takową książkę w prezencie więc wygoglowałem sobie gościa przed rozpoczęciem lektury i już wiem że to mądry i szanowany w temacie rodziny facet

Jesper Juul to duński terapeuta rodzinny i pedagog, autor wielu książek na temat rodziny i funkcjonowania w niej w ramach głównych ról. W książce którą przyszło mi właśnie czytać, jak sama nazwa wskazuje, podejmuje on temat ojcostwa. Banalnie brzmi w dzisiejszych czasach stwierdzenie, iż trudno być ojcem w XXI wieku, bo trudno być w ogóle facetem w świecie gdzie gdzie role związane z płcią proszą się o zdefiniowanie na nowo czy to się wszystkim podoba czy też nie. Coraz częściej żeby się w tym wszystkim odnaleźć o określić swój pomysł na ojcostwo, również i faceci zaczynają sięgać po różnego rodzaju poradniki. Jest tego wszystkiego od groma, a jak to bywa rzeczy wartościowych w tym szrocie trudno szukać. Jesper Juul wyróżnia się tutaj zdecydowanie wyrobioną marką, a jego poglądy na niezbędne kompetencje w ramach roli męża i ojca są przynajmniej z mojego punktu widzenia sensowne i spójne.

Wbrew pozorom największym wyzwaniem dla ojca i męża nie są jakieś wyszukane rzeczy, a zwykła autentyczność. Juul pokazuje w swojej książce, że w relacjach z dzieckiem i żoną musimy jako faceci przestać udawać. Nie powinniśmy zgrywać nieomylnych, nie musimy wszystkiego wiedzieć, ogarniać, nie musimy być aż tak bardzo nastawieni zadaniowo. Dla naszego dziecka, ale również dla żony ponad wszelkie dowody poświęcenia z naszej strony jest zwykła obecność i akceptacja. Bardzo podobał mi się fragment w którym Jesper Juul opisuje ojca, który w odpowiedzi na kolejne ekscesy syna w szkole zwyczajnie go przytula zamiast prawić mu kazania na temat rzeczy, które i tak są mu wiadome. Ojciec ten wychodzi z założenia, że akceptacja sprawi, iż w którymś momencie syn sam powie mu o tym co go dręczy i wtedy będzie w stanie mu pomóc. Kolejną sprawą jest zaakceptowanie tego, że jako mężczyźni mamy inne atrybuty i nie powinniśmy się wystrzegać tego, że jako mężczyźni mamy tendencję do agresji i nie powinniśmy jej hamować u siebie i u dzieci tylko szukać konstruktywnych sposobów na jej ujście. Tak jak z ogórka kiszonego nie zrobi się świeżego tak i facet w swej naturze nie będzie potulnym barankiem. Powinniśmy więc przestać za wszelką cenę chronić syna przed widokiem naszych wybuchów złości. Jednocześnie możemy kształtować u niego podobne postawy pomagając mu znaleźć ujście dla jego złości - sporty walki, czy nawet wspólne siłowanie się. To że przeobrażenia w kształcie związków między kobietami i mężczyznami spowodowały, że przemieszały się kwestie kompetencji kobiet i mężczyzn nie oznacza, że powinniśmy się również wyzbyć atrybutów przypisanych naszej naturze.


Kolejna kwestia dotyczy kobiet i tego że czasem nawet bez świadomej intencji mogą nas wybijać z roli. W tym momencie czeka nas równie ważne zadanie polegające na tym, by nie dać się zdominować naszym matkom, teściowym i żoną. Na nasz autorytet u dziecka zdecydowanie nie wpłynie dobrze jeśli się nie będziemy w stanie obronić z własnym zdaniem, że swoim pomysłem choćby na wychowanie dzieci itd. Dla nas samych jako dla mężczyzn jest ważne żeby nauczyć się rzeczy których często nie byli w stanie nauczyć nas nasi (często nieobecni) ojcowie, to znaczy tego żebyśmy wprost wyrażali nie tylko własne zdanie, ale też emocje, oczekiwania i potrzeby. Powinniśmy również zaakceptować konflikt jako naturalny element związku. Juul udowadnia słusznie, że kobieta często dąży do konfliktu, który pozwala na przedefiniowanie związku na poszczególnych jego etapach i jest to coś normalnego. My niestety jako mężczyźni często uciekamy przed problemami tego typu. Łatwiej jest nam udawać, że ich nie ma i być może też dlatego częściej się jednak na ten przykład uzależniamy.

Myślę, że wystarczy już moich spostrzeżeń na temat książki "Być mężem i ojcem". Chciałem mocno zachęcić wszystkich zainteresowanych do sięgnięcia właśnie po Jespera Juula, bo jak wspomniałem obecnie aż roi się od różnego rodzaju "znawców", a tego pana akurat z czystym sumieniem można polecić. Książka nie jest przegadana, pełna konkretów, krótka i treścią. Ja z pewnością jeszcze sięgnę po jego publikacje. 

poniedziałek, 10 grudnia 2018

Po trochu - Weronika Gogola



Już sama okładka debiutanckiej książki Weroniki Gogoli wprowadza w sentymentalny stan, a wraz z kolejnymi stronami powieści, którą pochłania się wręcz ekspresowo, wzrasta ilość takich smaczków. W rezultacie liczba ich jest tak duża, iż obowiązkowo zostajemy wprowadzeni w stan nostalgii za bezpowrotnie utraconym dzieciństwem. 

Jestem oczarowany wrażliwością Weroniki Gogoli i sposobem prowadzenia przez nią narracji. Zdecydowanie muszę stwierdzić, iż jest to moja bajka, a odliczanie przez nią kolejnych godzin do śmierci zamiast smutku wzbudza uśmiech na twarzy kiedy to przypominamy sobie jak beztroskie, a zarazem trudne do zrozumienia było nasze dzieciństwo. To właśnie śmierć jest tutaj okazją do afirmacji życia. Ten rytm wyznaczany przez kolejne osoby, które odchodzą z życia bohaterki "Po trochu" posuwa do przodu zegar nieustannie przeobrażającego się życia. Bez świadomości śmierci nie ma bowiem świadomości życia, a odkąd dziecko zaczyna ową śmierć rozumieć, odtąd zaczyna też być bardziej świadome po co tu jest i dokąd zmierza. Odmierza nam więc Weronika Gogola czas dorastania i przypomina jak to było kiedy sami doznawaliśmy tegoż procesu. 

"Po trochu" opowiada o sile wyobraźni, o tym jak dosłownie odbieramy świat kiedy dopiero się go uczymy i że z cząstek tego co uda nam się usłyszeć z rozmów dorosłych jesteśmy w stanie tworzyć wnioski niebywałe. Kiedy poznajemy świat i nie jesteśmy jeszcze skażeni dorosłością potrafimy czasem zobaczyć coś co dla innych jest niedostrzegalne. Chłoniemy wszystko co się da, bawimy się nie potrzebując do tego niemal żadnych zabawek, a później przeżywamy pierwsze rozterki, niepowodzenia i kryzysy. Tak dzieje się do momentu kiedy wchłonie nas system i instytucje narzucą kajdany wyobraźni i przyjdzie się zasymilować, dostosować, a czasem nawet udawać. Dla mnie książka Weroniki Gogoli to książka o czasach z przed udawania i dlatego chyba tak bardzo dobrze mi się to czytało, bo to były fajne czasy. 

Mocno polecam "Po trochu" każdemu, bo każdy z nas przecież kiedyś był dzieckiem, potem dorastał i pewnie większość z nas za tymi czasami tęskni. No i niech nie przerazi was to, że na próżno szukać tu dialogów ani też akapitów, bo mimo że przed oczami staje nam zwarta bryła to czyta się to bardzo szybko, a na koniec pozostaje niedosyt. 


środa, 5 grudnia 2018

Manaraga - Władimir Sorokin




Stężenie absurdu i groteski u Władimira Sorokina osiąga poziom stężenia smogu nad większością polskich miast kiedy tylko zaczyna się sezon grzewczy. Nie miałem wcześniej okazji czytać niczego co wyszło z pod ręki tego rosyjskiego pisarza, aczkolwiek muszę przyznać że gdy zaproponowano mi napisanie opinii o tej książce to sama nota dostępna w internecie była na tyle ciekaw, że w ogóle się nie wahałem nad odpowiedzią.

Niedaleka przyszłość, ludzie przestali drukować książki, a pojęcie czytania tych które pozostały jako rodzaj dziedzictwa kulturowego jest jakże dalekie od tego jak rozumiemy je obecnie. Ludzie w 2037 "czytają" bowiem książki używając ich zamiast węgla do grilla, a bogacze stawiają sobie za punkt honoru by "poczytać" takiego na ten przykład Tołstoja w towarzystwie łososia. Pomysł jakże absurdalny, a jednocześnie stanowiący kwintesencję dla galopującej konsumpcji i uwsteczniających się mas, które książki już teraz traktują jak cień poprzednich epok. Sorokin funduje nam śmiech przez łzy, jednocześnie prowokując ile tylko się da. Pewnie nie każdy odnajdzie się w takiej właśnie konwencji, ale ja przyznaję czułem się jak ryba w wodzie i raz po raz zastanawiałem się jakim to cudem do tej pory omijałem literaturę z pod pióra tego wybitnego autora z za wschodniej granicy. Popisy głównego bohatera w trakcie book'n'grilla trącą najbardziej tandetnym z "masterchefów", a dyskusje pretendujące do najbardziej górnolotnych są tak naprawdę o niczym.

Czasem naprawdę trzeba terapii wstrząsowej aby zobaczyć coś co dzieje się przed naszymi oczami, a jest na tyle ciężkostrawne, że zastosujemy wszelkie możliwe mechanizmy obronne aby udawać, że nic się nie dzieje. Może właśnie w takim literackim szaleństwie jakie funduje nam Sorokin w swojej najnowszej książce jest ukryta najlepsza metoda na skłonienie ludzkości do opamiętania. Jeżeli bowiem do tej pory nie potrafimy zauważyć, że ta ogólna degrengolada, wtórny analfabetyzm i kult głupoty to równia pochyła, to znaczy iż konwencjonalne metody dialogu nie zdają rezultatu. Żyjemy w czasach gdzie do refleksji trzeba nas zmuszać "mocnym kopem", rzekłbym nawet strzałem prosto w mordę i taka właśnie jest "Manaraga" Władimira Sorokina, a przynajmniej ja tak tę książkę odbieram.

Jest jeszcze jedna warstwa tej książki, która niestety jest poza moim poznaniem. "Manaraga" jest pełna odniesień do takich dzieł literackich jak choćby "451 stopni Fahrenheita". Takich perełek zdaje się tu być mnóstwo, ale to już pole do popisu dla kumatych. Ja niestety do takowych się nie zaliczam i pewnie straciłem przez to mnóstwo dodatkowej frajdy. Nie zmienia to faktu, iż bardzo dobrze bawiłem się przy najnowszym Sorokinie i polecam tę książkę wszystkim gotowym na eksperymenty i gustującym w czarnym humorze. Poczytajcie ku pokrzepieniu i być może chwyćcie się po wszystkim za głowę z myślą: "Dokąd my zmierzamy?" 

czwartek, 22 listopada 2018

Jeszcze dzień życia - Ryszard Kapuściński




Ta okładka po prostu wymiata. Po przeczytaniu książki wprost nie mogłem się doczekać kiedy zobaczę film, a tymczasem pochłonąłem jednym tchem książkę Ryszarda Kapuścińskiego. Zarzucano mu, że za dużo beletrystyki w jego reportażach, a tymczasem to właśnie dzięki temu niezwykłemu stylowi nie można się oderwać i człowiek czuje jak by tam był razem z reporterem.

W dniu wczorajszym widziałem film i polecam go z całego serca bez względu na to czy trafia do was Kapuściński, bo to uniwersalna opowieść o tym co w życiu najważniejsze i jak w obliczu wielkiej polityki nie zapomnieć o wartości jaką jest człowieczeństwo. Wracając natomiast do książki to jest to znakomita pozycja od której można zacząć przygodę z reportażem autorstwa Ryszarda Kapuścińskiego, zwłaszcza iż ponoć sam autor zaliczał ją do tych najukochańszych, najbardziej osobistych. Ja przed nią miałem już do czynienia z tym największym polskim reporterem, ale jakoś potem nasze drogi się rozeszły. No cóż, tak dużo książek i autorów, czasu wiecznie mało. Teraz na świeżo po seansie i krótko po lekturze znów zachorowałem na Kapuścińskiego i myślę, że ten syndrom dotknie niejednego widza i czytelnika.

"Jeszcze dzień życia" to reportaż z wojny domowej w Angoli. Wszystko dzieje się w roku 1975 kiedy to Portugalia wycofuje się ze swojej kolonii, a ten kraj bogaty w złoża ropy i diamentów planuje ogłosić swoją niepodległość. Ma to nastąpić w dniu 11 listopada, czyli data dla nas Polaków równie ważna. Ryszard Kapuściński, który miał legendarne wyczucie do przewidywania ważnych wydarzeń i znany był jako ekspert od rewolucji przyjeżdża do Angoli zanim dotrą tam inne ważne agencje prasowe, aby od środka prowadzić relację z tego co ma się wydarzyć. To młode afrykańskie państwo zanim jeszcze na dobre powstanie z kolan i uwolni się od kolonializmu stanie się przedmiotem zainteresowania wielkich imperiów, których każde widzi tam swoje interesy. Trwa zimna wojna i kolejny front na którym rozegra się bitwa pomiędzy USA a ZSRR będzie miał miejsce właśnie w Angoli. Czy uda się temu państwu zachować niezależność w obliczu interesów wielkich mocarstw, czy też zatraci się w starciu z wielką polityką? Jaką rolę odegra tu legendarny polski reporter? Mogę tylko zdradzić, że rola ta będzie nie mała, a to że wielu zagranicznych reporterów zarzucało Kapuścińskiemu koloryzowanie może wyłącznie wynikać z zazdrości, że kiedy oni przybywali na miejsce wydarzeń, to on już dawno tam działał i miał kontakty, których oni nie byli w stanie nadrobić.

Kiedy pomyślę o misji reportera to oprócz tego, że ma on za zadanie opisać świat dla tych którzy nie są w stanie tego zobaczyć, bądź zwyczajnie nie dostrzegają czegoś co widzi on, to jednak oprócz tego powinien według mnie przemawiać w imieniu tych słabszych, którym odmawia się głosu i to właśnie starał się robić Kapuściński. W jednym z wywiadów stwierdził on "Społeczności najbiedniejszych państw nie mają głosu. Ludzkość w swojej większości jest milcząca. Ci nędzarze rano wstają, idą na pole, pracują, wypędzają bydło, głodują. I milczą! Nikt w ich imieniu nie przemawia, a oni sami też nie mówią, stąd myślę, że rola reportera, misjonarza czy działacza charytatywnych lub innych organizacji międzynarodowych, nie kończy się na bezpośredniej pomocy. W imieniu tych ludzi trzeba również przemawiać, w ich imieniu należy mówić. Dlatego ktoś powinien mówić w ich imieniu. Właśnie tak widzę swoją rolę jako pisarza. Jest to rola tego, który mówi w imieniu niemających głosu". Z tego między innymi powodu warto sięgnąć po "Jeszcze dzień życia". 

niedziela, 18 listopada 2018

Człowiek w poszukiwaniu sensu - Viktor E. Frankl



Głos nadziei z otchłani Holokaustu... 

Wielka szkoda, że Ci którzy pamiętają tą ogromną zbrodnię jaką był Holokaust jeden po drugim odchodzą z tego świata. Pamięć tej ludzkiej tragedii jest potrzebna, aby w zarodku zdławić ksenofobiczne, nienawistne nastroje, które znów doradzają się na całym świecie. Tym bardziej znaczenie mają relacje takie jak ta spisana przez Viktora E. Frankla, który zasłynął również jako twórca logoterapii.

Czasem mi głupio, kiedy konfrontuję swoje narzekanie na to co dookoła z prawdziwą tragedią jaka dotyka innych ludzi. Pewnie, że to kwestia perspektywy i z drugiej strony czemu miałbym się wstydzić swego przeżywania, ale poznając historie takie jak ta, która spotkała Frankla i wielu innych, człowiek zaczyna dostrzegać to co ma. Jednocześnie jestem pełen podziwu co do hartu ducha jakim wykazał się autor tej książki starając się zachować człowieczeństwo w warunkach nieludzkich. Podczas gdy oprawcy robili wszystko by osadzeni w obozach zagłady zachowali tylko niezbędne instynkty pozwalające na ich łatwiejszą kontrolę i eksploatację, Frankl i jemu podobni są dowodem na to, iż jeśli ma się mocny szkielet moralny to nikt nie jest w stanie zmusić nas do zaprzeczenia swoim wartościom i przekonaniom.

Ktokolwiek obawia się drastycznych sytuacji opisywanych w tej książce i z tego też powodu ma opór żeby po nią sięgnąć ten nie ma się czego obawiać w tym względzie. Pomimo faktu, że książka nie jest łatwa w odbiorze bo jakże by miała być skoro dotyka tematu zagłady, to skupia się bardziej na opisie wewnętrznych przeżyć niż całego barbarzyństwa i drastycznych wydarzeń. Już sam fakt przezywanego lęku, niepewności, bezsilności i ciągłego oczekiwania na wyrok jest wystarczający by pokazać w jakich okrutnych warunkach przyszło walczyć więźniom obozów zagłady o zachowanie człowieczeństwa i pozostanie wiernym swoim ideałom więc autor oszczędził nam makabrycznych opisów tego co z pewnością widział. Już bez tego można się wczuć w to co przeżywa ktoś kto z normalnego życia zostaje gwałtem zabrany i komu z dnia na dzień próbuje się wmówić że jest czymś na kształt robaka, którego trzeba zutylizować i który powinien przepraszać za to że żyje. Jak w takim wypadku zachować poczucie własnej wartości, jak pozostać wiernym swoim ideałom i w jaki sposób myśleć o czymś więcej niż o przeżyciu kolejnego dnia. Do jakich potrzeb wyższych można się odwołać kiedy tak naprawdę jedyne o czym się myśli to potrzeby fizjologiczne, podstawowe. Jak w tym wszystkim zachować tożsamość i nie wyprzeć się empatii, miłości, wiary dla zwykłego, instynktownego przetrwania? Na te pytania udzieli nam odpowiedzi Viktor E. Frankl i spróbuję zrobić to w sposób uniwersalny, tak że każdy z nas będzie w stanie wynieść coś dla siebie. 

Czytając tę książkę miałem masę przemyśleń, a pomimo że na chwilę obecną daleko mi do kryzysu, to myślę sobie ze poznane treści będą dla mnie okazją na zachowanie nadziei i odnalezienie sensu kiedy takowy przyjdzie mi przechodzić. Każdy z nas przecież przeżywa kryzysy w życiu jednak różnie z nich wychodzimy. Jedni się poddają i niczym domino rezygnują z wyznawanych wartości, a inni z kolei się w nich umacniają bądź dokonują rekonstrukcji swojego świata wartości. Chciałbym wierzyć, że należę do tej drugiej grupy i kiedy przyjdzie czas próby to będę w stanie uchwycić się nadziei i czerpać siłę z tego co dla mnie w życiu najważniejsze. Oby tak było, bo już trochę minęło od lektury a ja wciąż wracam myślami do tej książki o jej autora a i z logoterapią się mocniej zaprzyjaźniłem.

Wojna to zło, każdy kto neguje to co stało się w trakcie II wojny światowej bądź stara się marginalizować Holokaust ten winien czym prędzej sięgnąć po tę książkę i ochronić swoje człowieczeństwo nim będzie za późno. 

niedziela, 11 listopada 2018

Patriotyzm?

W dniu dzisiejszym obchodzimy 100-tną rocznicę odzyskania niepodległości przez Polskę. Przy tej okazji powinna pojawić się refleksja, co oznacza dla nas ta niepodległość w roku 2018 i czymże jest dla nas patriotyzm? Kiedy wyczytamy się w definicję na Wikipedii to można mieć poczucie, że dominująca cześć naszego społeczeństwa ( a przynajmniej ta najgłośniejsza dziś) utożsamia umiłowanie ojczyzny z gotowością bronienia jej i ponoszenia za nią ofiar ( nawet umierania). Wtórują im w tym politycy rządzącej opcji i mało tego, wzmacniają ten rodzaj patriotyzmu przy okazji załatwiając na tym swój interes  Pytanie tylko, czy trzeba w dniu dzisiejszym walczyć i umierać za kraj i czy rzeczywiście deklaracje przełożyły by się na faktyczną postawę w obliczu takiej próby, czy też wszystko kończy się na wszyciu symboli w ubiór i niesienie ich na sztandarach w świetle płonących rac.

Podczas gdy opisany wyżej wymiar patriotyzmu i to w realnej postawie, a nie wykrzykiwanych deklaracjach sprawdzał się bardziej w obliczu wojennej próby tak dziś według mnie potrzebne jest wczytać się głębiej w definicję i przypomnieć sobie, że patriotyzm to jednak coś więcej. Jest to przecież potrzeba i chęć działania dla wspólnoty i dbanie o wspólne dobro, język i tradycję. Wyraża się również w dbaniu o dobre imię ojczyzny na świecie. Opiera się wreszcie na zapomnianej przez niektórych solidarności i szacunku. Szacunek to dla mnie zresztą słowo klucz w dniu dzisiejszym. Coraz bardziej o nim zapominamy i odbieramy mu należne znaczenie i robimy to poraz kolejny w wymiarze ojczyzny, a przecież dzisiaj jesteśmy w takim momencie jako Polska, że nie musimy za kraj umierać. Zrobili to dla nas nasi przodkowie. Wywalczyli dla nas państwo wolne o które powinniśmy dbać, a nie niszczyć. Należny jest z naszej strony szacunek i wdzięczność wobec nich jak i wobec dziedzictwa, które nam zostawili. Nie wyraża się on z pewnością w narażaniu naszego kraju na wstyd i światową izolację. Tym bardziej nie ma nic wspólnego pamięć o bohaterach w "hajlowaniu", nazistowskich hasłach i symbolach, a już napewno nie czyli by się dobrze wszyscy Polacy, którzy walczyli na frontach I-ej i II-ej Wojny Światowej gdyby przyszło im widzieć celebrowanie rocznicy odzyskania niepodległości ramię w ramię z głoszącymi faszystowskie poglądy potomkami tych, z którymi o tą niepodległość walczyli.

W czymże więc powinien się ten patriotyzm wyrażać obecnie? Otóż moim zdaniem bardziej patriotyczne od tego co robią dziś środowiska "narodowe" ramię w ramię z opcją rządząca jest wspólne działanie na rzecz dobra wolnego przecież już kraju o który nie trzeba walczyć i bez końca deklarować oddawania życia. Wojna dawno się skończyła, choć wielu chciałoby ją wywołać w swej bezmyślności od nowa. Może zamiast tego powinni sobie zadać po prostu kilka pytań jakimi rzeczywiście są patriotami. Pytania takie jak choćby to, czy dla współczesnej Polski większego pożytku od ciągłych deklaracji oddawania za nią życia nie  przyniesie dbanie o to czym palimy w piecu i czy nie dokonujemy właśnie bratobójstwa trując ludzi wokół? Co dajemy z siebie dla wspólnego dobra, jakie świadectwo naszej ojczyźnie wystawiamy choćby i na zwykłych wczasach? Jak traktujemy ludzi innych wyznań, światopoglądu, orientacji seksualnej i czy zamiast w awangardzie europejskiej nie stawiamy naszego kraju gdzieś na szarym końcu skazując go na śmiech i izolację? Czy pracujemy uczciwie na rzecz PKB czy bardziej pasożytujemy marnując nasz potencjał na chuligaństwo czy też degenerację? Czy dzielimy się nadwyżką z biedniejszymi i potrzebującymi czy raczej gdzieś mamy solidaryzm społeczny? Czy czytamy książki, kształcimy się, rozwijamy inteligencję aby działać na rzecz wspólnoty czy raczej stawiamy na minimalizm? Czy nie marnujemy żywności, którą można by wykarmić innych w imię tradycyjnej polskiej gościnności? Czy wreszcie rzeczywiście dbamy o naszą tradycję skoro polska gościnność była kiedyś słynna na cały świat, a obecnie nie chcieliśmy przyjąć do nas ani pół uchodźcy? Czy naprawdę "Pamiętamy" skoro nam pomagała wspólnota europejska w kryzysie i rozwoju, a my się na nią teraz wypinamy?

Ja zastanawiając się nad swoim patriotyzmem odpowiadam właśnie na powyższe pytania i wcale nie czuje się źle kiedy udzielę sobie tym sposobem odpowiedzi jaki jest mój stosunek do kraju. Czy więcej bym robił dla Polski gdybym dzisiaj maszerował w "marszu niepodległości" paląc race i idąc ramię w ramię z faszystami kalając tym samym pamięć tych którzy pozwolili mi żyć w wolnym kraju oddając za tą ideę swoje życie? Zdecydowanie nie! 

sobota, 10 listopada 2018

Szóste wymieranie. Historia nienaturalna - Elizabeth Kolbert




Zmierzamy ku zagładzie i to w zastraszającym tempie. Pomimo propagandy rozmaitych środowisk, które usilnie próbują nam wmówić, że nie ma czegoś takiego jak globalne ocieplenie, a ekolodzy to nawiedzone jednostki i zwyczajnie panikują, nasza planeta ma się doskonale, to pamiętajmy że z nauką jednak nie da się dyskutować i fakty wskazują jednoznacznie znajdujemy się obecnie w miejscu z którego może już nie być odwrotu.

Elizabeth Kolbert w książce za którą otrzymała Nagrodę Pulitzera zabiera nas w fascynującą, a jednocześnie przerażającą podróż w miejsca badań dotyczących efektów niszczycielskiej działalności człowieka na ziemi. Według tego co tu przeczytamy znajdujemy się obecnie w epoce antropocenu, czyli epoki zdominowanej działalnością człowieka, która na nasze nieszczęście jest w dużej mierze działalnością zawierającą się w bezmyślnej grabieży i destrukcji. Po pierwsze korzystamy na masową skalę z zasobów naszej planety nie bacząc na to że te zasoby nie są w stanie odmawiać się w tak szybkim tempie jak rośnie bezrefleksyjna konsumpcja. Po drugie rościmy sobie na zasadzie nadania prawo do dominacji nad innymi gatunkami i z tego też względu doprowadzamy do wymierania gatunków. To co kiedyś działo się w sposób niezauważalny dla pojedynczych pokoleń, jest teraz widoczne na przestrzeni kilkunastu czy kilkudziesięciu lat. Zbierało mi się na płacz kiedy autorka w poszczególnych rozdziałach wymieniała gatunki, które już wyginęły bezpowrotnie bądź takie, które są na progu wymarcia. W imię czego? No bo przecież kto człowiekowi zabroni?!

W drugiej odsłonie tej książki możemy zobaczyć jak wygląda druga strona ludzkości, która z kolei wyraża się w walce o ocalenie naszego domu. Wraz z Elizabeth Kolbert poznajemy naukowców i działaczy, którzy nie ustają w pracy na rzecz ochrony środowiska, ocalenia tego co zagrożone wyginięciem. Człowiek bowiem jako istota niezwykle inteligentna z nadania może wykorzystać swój potencjał do wielkich rzeczy i takie przykłady w "Szóstym wymieraniu" mnożą się i chwytają za serce. Gdyby tylko każdy z nas wzbudził w sobie refleksyjną stronę można by wspólnie ocalić planetę i dokonać rzeczy niewyobrażalnych. Tyle tylko, że niewielki odsetek ludzkości chce podążać tą właśnie drogą, a ogromna większość niestety jest opętana genem destrukcji bądź zwyczajnie odmawia sobie inteligencji i jest ślepa na odkrycia naukowe. Elizabeth Kolbert z ostatnich stron swojej książki uderza w ton nadziei, że nie wszystko jeszcze przegraliśmy. Chciałbym również w to wierzyć ale wystarczy obejrzeć się wokół, a tam : bezmyślna konsumpcja i marnowanie żywności, niechęć do zmiany diety i przyzwyczajeń w kwestii żywienia, produkcja śmieci na masową skalę, marnowanie wody, zużycie paliw, generowanie zanieczyszczeń i dewastacja powietrza. Nie napawa to optymizmem zwłaszcza kiedy rządzący i autorytety wręcz zachęcają do ignorancji wobec apelów że strony osób działających na rzecz ochrony środowiska.

Chciałbym żeby po książkę Elizabeth Kolbert sięgnęło jak najwięcej osób. Podobnie czułem w przypadku "Głodu" Caparrósa. Myślę, że na tych którzy kształtują świadomość społeczną leży obowiązek w podjęciu próby co do jakościowej zmiany myśli społecznej w zakresie ochrony środowiska, bo inaczej się nie opamiętamy. Może kiedyś przyjdzie taki dzień, że takie pozycje będzie się omawiać jako lektury szkolne, a może z tym nie zdążymy. Ja w każdym razie mocno polecam "Szóste wymieranie".