wtorek, 20 grudnia 2016

Mike Tyson. Moja prawda - Mike Tyson, Larry Sloman





Autobiografia Tysona to jedna z najlepszych autobiografii jakie przyszło mi czytać. Sprawia wrażenie bardzo autentycznej a sposobem narracji i kreowania własnej osoby bokser bardzo przypomina mi Zlatana Ibrahimovića. Właśnie od czasu lektury "Ja, Ibra" nie czytałem chyba równie dobrej autobiografii sportowca i mimo, że książka jest bardzo obszerna to proszę mi wierzyć, że czas przy niej spędzony to jazda bez trzymanki i kiedy już człowiek dociera do epilogu, to aż szkoda że to już niestety koniec tej historii. Tempo z jakim poznajemy przebieg kariery i życia słynnego mistrza boksu jest tak zawrotne, że trudno się dziwić pogubieniu tego człowieka we własnym życiu skoro nawet czytelnik może to uczynić przy poznawaniu wszak skondensowanej przecież treści.


Czasem uprzedzenia i stereotypy całkowicie wypaczają obraz człowieka. Bokser, niejednokrotnie kreowany przez media wręcz na błazna, ćwierćinteligenta i bestię w ludzkiej skórze okazuje się wrażliwcem i w wieku 15 lat czytał takich autorów jak Tołstoj, Dumas, Darwin, Oscar Wilde czy Machiavelli. Mike Tyson opowiada swoją historię z prędkością karabinu maszynowego, ciekawie, dowcipnie, dosadnie. Różne odczucia towarzyszyły mi, kiedy czytałem jego przecież subiektywną wersję własnego życia. Z początku próbowałem odgadnąć w jakim stopniu jest in autentyczny i na ile trzyma się to wszystko kupy. Po pewnym czasie jednak zadałem sobie pytanie : "Po co mi to?". Kim bowiem jestem żeby dokonywać tego rodzaju ocen? Czy chce się upodabniać do wszystkich tych ludzi, którzy niczym hieny czyhają na każdy błąd, każdą rysę w wizerunku znanych osób żeby z satysfakcją utwierdzać się w przekonaniu, że nie są oni tak doskonali? Czy chcę żywić swoje frustrację karmiąc się pominiętą nogą człowieka że świecznika? Otóż nie! To nie ja! Dlatego też od tego momentu po prostu słuchałem tej opowieści i wyzbyłem się jakiejkolwiek oceny.


Mike Tyson przeżył tyle w swoim życiu, że śmiało wystarczyło by tego aby obdzielić tymi wydarzeniami kilka pokaźnych życiorysów. Czasem wszystko wydaje się zmieniać u niego tak nagle i w sposób nieprzewidywalny, że ma się wrażenie chaosu. Było mi go w tym wszystkim żal i myślę, że można tu obwiniać tych, którzy za wcześnie wciągnęli go w ten wielki świat biznesu bo o sporcie trudno tu mówić. Mimo wielkich osiągnięć na tle sportowym, których trudno mu odmówić został on nadużyty w perfidny sposób przez doradców, menadżerów, sponsorów i różnej maści promotorów i potraktowany niczym bankomat. Trudno nie zarzucać tym ludziom żerowania na młodzieńczej naiwności i niezrealizowanej ciągle potrzebie miłości i akceptacji. Dopóki maszynka się kręciła to wspólnie z nim się bawili, poklepywali po ramieniu, rozgrzeszali, aby potem kiedy Mike Tyson nie radził sobie z presją odsunąć się od niego i wytykać wszelkie błędy. Człowiek, który jako dwudziestolatek zostawał mistrzem świata miał prawo tego nie unieść, a okazało się że nie miał przy sobie osób, które mu ten ciężar pomogą unieść. Miał natomiast wielu w swym otoczeniu, którzy odcinali chętnie kupony i realizowali czeki za swoje prowizje.


Co do osób, które tak naprawdę go wspierały i przy nim trwały jak się wydaje z miłości do niego, a przynajmniej sympatii na uwagę według mnie zasługuje przede wszystkim jedna postać, która mnie zaintrygowała i mam zamiar się jej uważniej przyjrzeć. Jest nią jego pierwszy poważny trener i przyszywany ojciec - Cus D'Amato. Wedle słów samego Tysona to on jest tak naprawdę ojcem jego sukcesów i on starał się go wychować, natomiast jego choroba i w rezultacie śmierć uniemożliwiły mu zrealizowanie tego planu w stu procentach. Szkoda, bo kto wie jak potoczyły by się losy kariery tego boksera gdyby miał przy sobie swego mentora. Myślę, że tylko on bowiem mógł zapanować nad jego demonami. Mimo, że sam obudził w nim bestię, to wydaje się że potrafił tą energię ukierunkować na właściwe tory. Nikomu później się to nie udawało i wraz z mijającym czasem coraz częściej ta energia była marnotrawiona na awantury poza ringiem co doprowadziło do przedwczesnego rozmienienia się na drobne oraz bankructwa.


Mógłbym wiele pisać i doszukiwać się wielu wytłumaczeń zachowania Tysona, porównywać jego taniec że śmiercią z historiami takich postaci jak choćby Amy Winehouse. Myślę, że mechanizmy dotarcia na szczyt i upadku z niego na skutek nieradzenia sobie z presją przez bądź co bądź młodych ludzi, którym nie pozwolono nigdy l dorosnąć są ogólnie znane. Mógłbym przytaczać fakty z jego życia,. mnożyć osiągnięcia na ringu, ale nie widzę sensu. Wydaje mi się ze Mike Tyson jest legendą i postacią na tyle znaną, że wiele osób poznała choćby garść tych faktów z Wikipedii. Ci którzy interesują się jego osobą bardziej powinni sięgnąć po tą autobiografię i dowiedzieć się szczegółów z pierwszej ręki, bo to naprawdę kawał dobrej i rasowej, męskiej historii, co nie znaczy że kobiety też nie znajdą tu czegoś dla siebie.

niedziela, 18 grudnia 2016

Gdzie są chłopcy ( i dziewczęta ) z tamtych lat ?


czyli osobiste refleksje po filmie "Jarocin. Po co wolność"


Gadam sobie ostatnio z przyjaciółką na świeżo po projekcji filmu dokumentalnego "Jarocin. Po co wolność" Leszka Gnoińskiego i Michała Gajczaka i rzucam bez namysłu coś w stylu: "Strasznie mi się tak fajnie, sentymentalnie po tym filmie zrobiło...", a ona na to że jej z kolei smutno. Kiedy do mnie dotarło i przekopałem się przez swoją głowę, to zrozumiałem co miała na myśli i że mi też tam pod spodem jest smutno. Dlaczego? Pewnie dlatego, że te czasy już nie wrócą i nie zrozumcie mnie źle, nie jestem oszołomem który nie potrafi ruszyć do przodu i rozpamiętuje przeszłość zamiast skupić się na tu i teraz i planować własną przyszłość. Prawda natomiast jest taka, że ludziom wychowanych na buncie i ideałach tamtego okresu trudno się żyje w dzisiejszej rzeczywistości i kiedy ten fakt dociera do świadomości to można poczuć się odrobinę zagubionym pośród tego co obecnie ma miejsce w naszym i jak się okazuje nie tylko naszym społeczeństwie...

 
Już sama projekcja filmu, która miała miejsce w moim ulubionym "Janosiku" i towarzyszące jej okoliczności coś ważnego pokazują. Sala, która w latach dziewięćdziesiątych byłaby wypełniona po brzegi ( z tą myślą też zakupiłem wcześniej bilet ) jest zajęta tylko w połowie i to bardziej chyba w moich życzeniowych obliczeniach ta połówka nawet była osiągnięta.To wszystko mimo bardzo fajnie zorganizowanej akcji promocyjnej w wykonaniu sympatycznej "janosikowej ekipy". Spoty promujące imprezę naprawdę fajnie wyglądały i wielki szacun, że tak podchodzicie do waszej misji, bo myślę sobie że w waszym wypadku nie jest to zbyt górnolotne określenie. "Ka my som ?" - jak zwykł mówić kolega z dzieciństwa. No właśnie gdzie jesteśmy z tą całą wolnością i buntem przeciwko systemowi totalitarnemu? Gdzie jest nasz sprzeciw przeciw konformizmowi? Gdzie obrzydzenie tą całą plastikową kulturą masową? Jak tam z naszym stosunkiem do konsumpcjonizmu? Co myśleć o tych, którzy kiedyś z anarchią przyszytą na ramieniu i bluzgiem na ustach słuchali antyklerykalnych tekstów Kobranocki, a dzisiaj wraz z Frondą, ONR-em i innymi zamiast o równość i braterstwo to walczą o ludzkie dusze i ich kasę oraz szerzą nieufność wraz z nienawiścią. 



 


Jestem skłonny zrozumieć jeszcze fakt, że niektórym z nas mniej się chce, że mamy po prostu inne priorytety i obowiązki, że nie możemy całej energii i czasu poświęcać tak jak w młodości na idealizm, a życie wymaga od nas rozmaitych kompromisów. Naturalne jest dla mnie to, że wraz z wiekiem widzenie świata w kategoriach czarno-białych jest wypierane ( i słusznie ) przez rozmaite odcienie szarości. Wydaje mi się logiczne, iż żaden z nas nie jest w stanie rzucić wszystkiego tak jak robiło się to kiedyś i walczyć o to co wydaje mu się słuszne, a spontaniczność coraz częściej zastępujemy pewną kalkulacją. Myślę, że jest to ok, pod warunkiem że pozostawimy sobie choć odrobinę tego spontanu i radości, tej dziecięcej czasem naiwności, a kalkulacja nie będzie zimna i bezduszna. Czasem pozwolimy sobie na otwartość nawet kosztem wykorzystania czy śmieszności. Tak właśnie staram się postępować i wiem , że jest wielu którzy jednak pozostali wierni tym swoim młodzieńczym ideałom i choć nie uważam, że tylko mój sposób myślenia jest słuszny to jedno wiem na pewno - skrajny, prawicowy ksenofobiczny, ultranarodowy, konformistyczny, konserwatywny model życia w kierunku którego poszli niektórzy z dawnych moich znajomych z pewnością słuszny nie jest. Nie jest słuszny z jednego prostego powodu - otóż ogranicza on wolność i to nie tylko własną, bo tu już należy pozostawić każdemu prawo wyboru, ale przede wszystkim ogranicza wolność innych ludzi, a tego nam robić po prostu nie wolno ! Całe to wpieranie nam głupot, że na tym polega dorosłość i dojrzałość to bzdura. Tym bardziej wkurza jeśli takie bzdury padają ze strony starych punkowców i hipisów, podczas gdy na poziomie potrafi zachować się osoba, która mimo że sama jest mocno wierząca z sympatią i uśmiechem będzie życzyć Ci dobrej zabawy na koncercie Behemotha. I znowu pojawia się smutek na temat kondycji dawnych ziomków kiedy pomyślę, że ich nie stać na taką tolerancję i poszanowanie odmiennych często dziwnych z własnej perspektywy poglądów i upodobań, a stać matkę dwojga dzieci która nigdy specjalnie nie kontestowała rzeczywistości opartej na obłudzie, nie była w subkulturze, nie wywodzi się z "tych klimatów" albo osiemdziesięcioletnią babcię, której można by wybaczyć brak zrozumienia dla takiego Nergala...

Żaden system nie miałby szans przetrwania w takiej opresyjnej, aroganckiej formie jak ma to miejsce teraz gdyby nie ludzie, którzy pozwalają mu na to. Żadna ideologia bazująca na tak bezczelnych stereotypach i uproszczeniach, populizmie i najprostszych tak naprawdę dla inteligentnego człowieka manipulacjach nie uchowała by się gdyby nie żyzny grunt na który pada. Tą glebą którą zachwaszczono są rzesze sfrustrowanych reprezentantów między innymi mojego pokolenia, którzy pogubili się gdzieś po drodze, ale są to też przede wszystkim Ci, którzy dopiero teraz wchodzą w dorosłość. Tu chyba tkwi źródło mojego największego niepokoju i wielka niewiadoma. Nie potrafię czasem zrozumieć tych postaw młodych ludzi, bo podczas gdy w moim dojrzewaniu bunt i kontestacja przeciw systemowi były nieodłączne i kształtowały moją tożsamość, to dzisiejsza młodzież często oddaje swoją wolność walkowerem. Pozbywa się własnej autonomii wybierając politykę i pieniądz. My brzydziliśmy się kasą, firmowymi ciuchami, a od polityki z daleka, bo to wszystko ograniczało swobodę. Dziś osiemnastolatkowie wstępują do partii zamiast organizować się w subkultury, nie poszukują pomysłu na siebie, bo wolą sięgnąć po gotowce serwowane przez serwisy społecznościowe i "pseudo-wodzów" których my wyczuwaliśmy na kilometr. Często klonują się nawzajem jeśli chodzi o ubiór w miejsce podkreślania własnej odrębności i indywidualizmu. Mógłbym tak wymieniać długo, ale myślę że "you know what i mean"...

Nie chcę oczywiście uogólniać swojego zdania na temat współczesnej młodzieży, bo znam masę fajnych młodych ludzi, którzy nie dają się złapać na tą ściemę i szukają własnej drogi, czytają książki, chodzą na koncerty, słuchają muzyki z poza mainstream, prowadzą blogi, udzielają się w ramach wolontariatu i angażują się społecznie. Potrafią oni bronić słabszych, eksplorować, rozwijać się, wychodzić poza schemat. Wtedy budzi się we mnie nadzieja, że jeszcze będzie pięknie...Tak jak wtedy kiedy czasem w drodze do pracy widzę pośród tego uniformizmu pojedyncze dzieciaki z Kurtem Cobainem na T-shircie, albo kiedy na przystanku oczom moim ukazuje się zajebiście skrojony irokez na głowie jakiegoś nastolatka w koszulce Pidżamy Porno. Wtedy rodzi się we mnie na nowo nadzieja, że jeszcze nie jesteśmy skazani na zagładę :) Bo pamiętajcie, że tak naprawdę liczy się peace, love and understanding after all :) Więc sorry za to moje gderanie, ale z drugiej strony nikogo nie zmuszałem do czytania tego i w pełni szanuję jeśli macie inne zdanie :) Zostawcie komentarz jeśli macie ochotę, chętnie poznam wasze zdanie :)



 



sobota, 17 grudnia 2016

Historia twojego życia - Ted Chiang









Zawsze fascynowały mnie i fascynują zresztą wciąż te wielkie umysły na tyle inteligentne aby pokusić się o wizjonerstwo, o odkrywanie nieodkrytego, o kwestionowanie, a nawet podważanie znanych nam zasad konstrukcji świata. Nieszablonowe myślenie takie jak to z "Historii twojego życia" jest jedną z rzeczy której chyba najbardziej zazdroszczę innym ludziom, podobnie jak rozumienia przedmiotów ścisłych. Ted Chiang w swoich opowiadaniach, z których to tytułowe stało się inspiracją do nakręcenia superprodukcji filmowej "Nowy początek", snuje rozważania na temat języka, czasu, pamięci, podstaw nauk ścisłych, a konkretnie matematyki. W klimacie science-fiction, czasem z przymrużeniem oka, a czasem bardzo na serio ukazuje nam jak kruche są tak naprawdę podwaliny naszej rzeczywistości i jak łatwo może wszystko runąć jeśli tylko stanie się coś co zaburzy ten porządek. Czasem ingerencja nawet w taki drobny, kosmetyczny sposób może spowodować jednocześnie efekt domina.

Opowiadania, które składają się na "Historię twojego życia" tylko z pozoru mocno się różnią, bo w rzeczywistości sporo ich łączy, choć pewnie biorąc pod uwagę zróżnicowanie jeśli chodzi o nasze procesy poznawcze ( no proszę jak mi się udzielił kontakt z literaturą s/f :D ) każdy z nas znajdzie inny wzorzec. Dla mnie wydźwięk tych opowiadań ma głównie klimat oscylujący wokół dwóch uczuć: niepokoju a jednocześnie ciekawości. To w jakim kierunku zmierzamy jako ludzkość bardzo mocno mnie fascynuje, intryguje i ciekawi i często jestem pod wrażeniem kiedy pozwalam sobie na refleksje dotyczące tego ile już odkryliśmy jako przecież stosunkowo młody gatunek. Jednocześnie jednak budzi mój niepokój prezentowana przez nas arogancja i egoizm w traktowaniu świata w którym przyszło nam żyć. Poznanie i rozwój choć są naturalnymi potrzebami człowieka i skoro mamy taką możliwość to trudno nam się dziwić, że w kierunku zaspokojenia tych potrzeb ustawicznie zmierzamy, powinny jednak moim zdaniem być poddawane autorefleksji pod kątem moralnych aspektów dotyczących naszego stosunku do przestrzeni w której przyszło nam żyć i zamieszkujących pośród nas innych gatunków. Bardzo rzadko jednak decydujemy się na tą refleksję, bo tak bardzo rozpędziliśmy maszynę rozwoju, generując coraz to nowe potrzeby ( czasem moim zdaniem bzdurne i niepotrzebne ), że w rezultacie trudno za nimi nadążyć w toku przyjaznej koegzystencji i stąd właśnie tendencja do podboju, a nawet wewnątrzgatunkowej eliminacji. Materia panuje nad duchem, umysł zawłaszczył i przytłoczył emocje, a to uniemożliwia zatrzymanie się i zastanowienie nad kierunkiem w którym zmierzamy. Takie moje refleksje na temat tego co przeczytałem w tej książce.

Kiedy czytałem niektóre opinie na temat książki Teda Chianga, to moją uwagę przykuły przede wszystkim głosy które mówią o tym jak niewielka obecnie jest różnica pomiędzy literaturą popularnonaukową a science-fiction. Faktycznie znaleźliśmy się w takim momencie skoku cywilizacyjnego, że momentami trudno połapać się co jest wizją przyszłości i wytworem wyobraźni człowieka, a co na chwilę obecną staje się już możliwe do zrealizowania mimo, iż czasem wydaje się być na pierwszy rzut oka bardzo nieprawdopodobne.  Właśnie o te granice poznania i ingerencji w czas, psychikę, przyszłość, język, kosmos będziemy pytać sami siebie po lekturze tych świetnych opowiadań. Przynajmniej ja tak miałem i chyba wciąż mam choć minęło już trochę czasu od lektury. Przyznam szczerze,  że książka nie jest łatwa i potrzeba określonych podstaw wiedzy naukowej żeby dobrze wgryźć się i w pełni fascynować treścią w niej zawartą. Mnie trochę jednak tej wiedzy brakuje, natomiast tak czy inaczej udało mi się wynieść wiele refleksji na temat tego dokąd zmierzamy jako rodzaj ludzki. W opowieściach o tym jak wyglądałaby alternatywna wizja świata czytelnik otrzyma niepowtarzalną okazję do tego, aby zastanowić się jak sam by się w tej rzeczywistości odnalazł. Czasem bowiem,  jak pokazuje nam Chiang niekoniecznie będziemy szczęśliwsi wiedząc więcej niż ma to miejsce na chwilę obecną. Na ten przykład od wieków marzymy o kontakcie z obcą cywilizacją i poszerzenie percepcji, ale czy bierzemy pod uwagę iż dowiemy się czegoś nie wygodnego, na ten przykład odnośnie struktury czasu ? Czy można przesadzić w sposobach dążenia do równości międzyludzkiej i czy chcielibyśmy nie kierować się estetyką  w nawiązywaniu relacji interpersonalnych skupiając się tylko i wyłącznie na "wnętrzu" tej drugiej osoby? Wreszcie,  czy bylibyśmy gotowi na świat w którym Bóg przestaje być bytem nieokreślonym i pozwala się poznać pod względem empirycznym? Co gdyby zabrano nam podstawy matematyki? 

Sporo pytań i żadnych uniwersalnych odpowiedzi - taka właśnie jest książka Teda Chianga i według mnie właśnie dlatego zasługuje ona na szczególne uznanie i polecam ją każdemu. Nawet,  a może przede wszystkim rekomenduję ją tym czytelnikom,  którzy na codzień nie do końca znajdują się w tym gatunku. Myślę, że w tym wypadku warto zrobić wyjątek. Swego czasu zrobiłem taki wyjątek dla książki, która wydawała się być kompletnie nie z mojej bajki, tj. "Jak zobaczyć świat" i nie żałuję. Mam nadzieję, że w Waszym przypadku będzie podobnie jeśli chodzi o "Historię twojego życia"

czwartek, 15 grudnia 2016

Lampiony - Katarzyna Bonda








Na "Lampiony"  wyczekiwałem z niecierpliwością, zwłaszcza że poprzednie tomy z serii o profilerce Saszy Załusce zrobiły na mnie duże wrażenie. Sam się więc dziwię, że dopiero teraz sięgam po tą książkę, albowiem premiera miała miejsce lata świetlne temu, a ja wciąż zwlekałem, odciągałem, a kolejne książki wskakiwały do kolejki w miejsce przeznaczone dla Bondy właśnie. Myślę sobie, że po prostu potrzebowałem czasu żeby ochłonąć po całym tym medialnym szumie wokół "Lampionów" i podejść do lektury z czystą głową. Mam wrażenie, że za niskie oceny książki choćby na znanym i lubianym przeze mnie portalu lubimyczytać.pl, odpowiedzialne są w równym stopniu hejterskie wręcz ataki zazdrosnych o popularność wszelkiej maści krytyków jak i "znawców" książek jak również zbyt nachalna promocja tej książki.

Jeśli odłożyć na bok wszelkie dyskusje dotyczące koronowania Katarzyny Bondy na królową polskiego kryminału i analizy filozoficzne rozkładające jej książkę na drobne ( widziałem jeden program w "reżimowej" TV, który nie dość że był strasznie nudny, to jeszcze jeden z "ekspertów" tak mnie drażnił swymi atakami w kierunku autorki, że aż ręce opadały niczym jesienne liście z drzew  ) to z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że mamy do czynienia z naprawdę dobrym kryminałem. No i właśnie tutaj dotykamy istotnej kwestii dotyczącej gatunkowego powinowactwa cyklu "Czterech żywiołów", bo osobiście należę do tych którzy nie traktują tego cyklu jako kryminalnego. Jest to powieść złożona w której przenikają się rozmaite gatunki i nie widzę potrzeby szufladkować jej jako kryminał, nawet jeśli mówimy o kryminale obyczajowym. "Lampiony" to książka określana jako powieść, której głównym bohaterem jest miasto i dużo w tym racji, co potwierdza sama autorka mówiąc o takim właśnie zamyśle w rozmaitych wywiadach. Chciała poświęcić swoją uwagę temu miastu, pragnąc ukazać jego złożoność i naprawdę należy się jej ogromne uznanie patrząc na wysiłek którego dokonała żeby wgryźć się w Łódź. Spędziła sporo czasu na poznawanie Łodzi z całym jej ekosystemem, topografią, historią i czuje się to na kartach tej książki. To co niektórzy widzą w kategoriach nudy i niepotrzebnych dłużyzn, ja osobiście traktuje jako swoistą psychoanalizę, której autorka poddaje mieszkańców poszczególnych dzielnic, blokowisk, klatek schodowych, kanałów. Sama intryga kryminalna jest tu jakby jedynie pretekstem do tej właśnie roli "Lampionów" i dlatego jeśli ktoś podchodzi do tej książki jak do typowego kryminału to może czuć się zawiedziony.

Poświęćmy więc trochę uwagi kryminalnym wątkom poruszanych w powieści Katarzyny Bondy, otóż niewątpliwie jest ona skonstruowana w taki sposób, że wymaga od czytelnika sporego skupienia i wysiłku aby się nie pogubić w tych wszystkich postaciach, które są bohaterami dramatu. Dodatkowo koncentracji wymaga od nas fakt, iż akcja nie ogniskuje się wokół jednego bohatera, ale każda z postaci, nawet tych drugoplanowych ma tutaj swój głos i całą intrygę jesteśmy zmuszeni śledzić raz po raz z różnej perspektywy. Jeśli chodzi o całokształt to z pewnością dodaje to atrakcyjności i wartości samej książce i wymaga sporego kunsztu od autorki, ale nie ukrywam że mi również momentami było ciężko się nie pogubić. No ale znając już twórczość Katarzyny Bondy nie ukrywam, że tego właśnie się po niej spodziewałem w odróżnieniu od niektórych osób, które jak przypuszczam oczekiwały klasycznego, stereotypowego wręcz kryminału. Jeśli więc "Lampiony" to pierwsza okazja do kontaktu z Katarzyną Bondą, to wcale nie dziwi mnie, że niektórzy mogą być zaskoczeni, ale jeśli ktoś wcześniej czytał jej książki, a tym bardziej jeśli ma za sobą "Pochłaniacza" i "Okularnika", to przyznam szczerze że nie rozumiem tego narzekania i wieszania kotów po autorce. W żadnym wypadku "Lampiony" stylem i poziomem nie odbiegają od tamtych części cyklu.

Podsumowując, bo w związku z faktem iż tak dużo już zostało napisane o książce Katarzyny Bondy, to nie uważam żebym mógł coś więcej sensownego czy odkrywczego wnieść w tą dyskusję, chciałem zaznaczyć że celowo nie odniosłem się do zarysu intrygi zawartej w "Lampionach". Wynika to z faktu, iż jak zwykle nie mam zamiaru wyłożyć się zamieszczając spojler, ale dodatkowo w tym przypadku chciałem w ten sposób podkreślić, iż moim zdaniem nie to jest w jej książkach najważniejsze. Zamiast skupiać się na głównej bohaterce, na prowadzonej przez nią sprawie, Katarzyna Bonda kładzie nacisk na tło i nie mam tu na myśli samego miasta Łodzi, ale języka używanego przez jej mieszkańców, specyficznego klimatu rządzącego relacjami międzyludzkimi i rysu charakterystycznego dla poszczególnych grup społecznych zamieszkujących to miasto. Katarzynie Bondzie udało sie na tyle zaintrygować mnie nakreśloną tu wizją Łodzi, że choć tam jeszcze moja noga nie postała, to z pewnością w najbliższym czasie się to zmieni. 

p.s. wszystkim krytykom doszukującym się w "Lampionach" nieścisłości, przerysowań, patosu i innych "grzechów' odsyłam do wypowiedzi autorki, która zaznacza że humor i dystans są niezbędne do właściwego odbioru zawartych tu treści :)

wtorek, 13 grudnia 2016

Depesze - Michael Herr






Miało się zacząć od cytatu, ale kiedy zacząłem wybierać to doszedłem do wniosku, że właściwie musiałbym zacytować całą książkę...


 
Kiedy tylko skończył się dla mnie czas dzieciństwa, a zacząłem dojrzewać jako świadomy, dorosły i myślący samodzielnie człowiek to zakończyło się również u mnie postrzeganie wojny jako czegoś romantycznego, wyidealizowanego. Od tego czasu wojna w moim rozumieniu nie jest niczym co zasługuje na peany, pieśni i chwałę jaką często jest otaczana.



Po lekturze "Depesz" Michaela Herra jeszcze mocniej chce mi się krzyczeć "Fuck the war", bo tak jak każda wojna zasługuje na potępienie tak wojna w Wietnamie jest na samym szczycie rankingu tych najbardziej bezsensownych konfliktów zbrojnych i to zarówno jeśli weźmiemy pod uwagę jej genezę jak i to w jaki sposób była prowadzona. Książka Herra uchodzi za kultową jeśli chodzi o swój gatunek, aczkolwiek można mieć trudność tak naprawdę z określeniem co to za gatunek właściwie. Mam problem z zakwalifikowaniem tej pozycji stricte do literatury faktu, gdyż jest to dla mnie bardziej jednak utwór o charakterze autorefleksyjnym. Ma się wrażenie, że momentami sprawozdanie z miejsca walki przeistacza się w powieść i osobiście uważam,  że są to zdecydowanie rzeczy, które windują "Depesze" na sam szczyt jeśli chodzi o reportaże. Kiedy już założymy, że mamy do czynienia jednak z reportażem, bo bądź co bądź Michael Herr był korespondentem na wojnie wietnamskiej to wypada zwrócić uwagę na kolejną zaletę jego dzieła. Książka Herra w takim ujęciu to rzadko - przynajmniej przeze mnie - spotykany "reportaż środka". Zwykle tak bowiem jest, że autorzy reportaży bądź to starają się zachować neutralność co do opisywanego tematu, bądź też jednoznacznie dają wyraz swojemu do niego ustosunkowaniu. Bardzo rzadko udaje im się poruszać w swych sprawozdaniach gdzieś po środku, na styku tych dwóch podejść. Z tego też względu tym bardziej właśnie Michael Herr zasługuje na uznanie za sposób przedstawienia tematu, bo osobiście trudno mi sobie wyobrazić bym potrafił zachować taką postawę będąc na jego miejscu. Reporter wojenny jego pokroju jakby na to nie patrzeć bierze czynny udział w wojnie, co zresztą w "Depeszach" jest aż nadto zauważalne. Zawiązuje on podczas wykonywania swej pracy przyjaźnie, sojusze, angażuje się emocjonalnie, wyrabia sobie zdanie na temat tego co dzieje się w toku działań wojennych. 

Piekło wojny dotyka autora "Depesz" bezpośrednio. O neutralnym stosunku  nie ma więc mowy, natomiast to że w tym wszystkim udało się mu zapanować nad emocjami podczas opisywania wszystkich tych okrucieństw i paradoksów wojennych które spotykały chłopaków których znał osobiście przecież i przedstawić to wszystko w taki a nie inny sposób - czapki z głów! Niemal z każdego zdania napisanego w tej książce uderza oskarżenie w kierunku osób odpowiedzialnych za manipulację przy sprzedawaniu opinii publicznej wojny w Wietnamie jako materiału propagandowego. Każda porażka, każda strata ludzka są przekuwane w środkach masowego przekazu na "dobre wieści". O tych złych bowiem,  a takie głównie dochodzą z miejsca walki nie jest wygodnie mówić z powodów politycznych i wizerunkowych. Dziennikarstwo wojenne jest na usługach systemu,  który nie pozwoli sobie na inny wydźwięk tej wojny niż jako skuteczną misję wojskową, która stawia przecież opór "czerwonej zarazie". Tylko,  że Ci którzy bezpośrednio tą misję realizują na miejscu, czyli żołnierze, ale nie dowódcy, sztaby, siły specjalne, lecz zwykli szeregowi żołnierze wiedzą jak jest naprawdę. Jeszcze długo po powrocie do domu zostaną na tej wojnie bądź też może to ta wojna zostanie w nich i będzie im spędzać sen z powiek. Nie da im wrócić do domu,  nie pozwoli im posuwać się do przodu że swoim życiem. 

Michael Herr i jego koledzy często słyszą w swoim kierunku, że "są pojebani,  iż zgodzili się brać w tym udział z własnej woli, nie przymuszeni do tego". Czasem spotykają się z wrogością że strony żołnierzy,  ale przeważnie jednak ich obecność wiąże się z wyrazami sympatii,  a nawet "królewskim traktowaniem". Dzieje się tak głównie dlatego,  że w obliczu bezsensowności tego co tu robią potrzebna im świadomość, że ktoś o tym opowie, pokaże jak było naprawdę. Autor "Depesz"  to właśnie robi w swej książce. Nie upiększa niczego,  nie bazuje tak jak inni w znacznym stopniu na relacji innych tylko sam ryzykuje starając się być bezpośrednio na miejscu wydarzeń, słucha, obserwuje, wtapia się w żołnierską jak również dziennikarską brać. Przy tym wszystkim jego powieść nie jest jednak tym czym mogła by się stać gdyby napisał ją na przykład ktoś taki jak ja. Nie jest manifestem pacyfistycznym,  nie jest też narzędziem rozgrywki politycznej i oskarżeniem konkretnych osób odpowiedzialnych o tragedię przyszłych weteranów wojennych i ich obecnych i przyszłych ofiar. Jest natomiast rzetelnym sprawozdaniem z pola walki i hołdem dla tych,  którzy z własnej woli bądź przymuszeni do tego oddali swą duszę w poczuciu tego, że tak trzeba. Michael Herr przypomina tym samym osobom takim jak ja, iż należy pamiętać by potępiając samą wojnę, jednocześnie uszanować tych którzy starali się po prostu zachować tak jak w ich poczuciu zachować się powinno. Dlatego Herr nie ocenia,  nie potępia ale jednocześnie nie gloryfikuje żadnego że swych bohaterów, a bardziej pokazuje co dzieje się z człowiekiem w toku bestialstwa które go spotyka i to bez względu po której stronie barykady się znajdzie. Każdy bowiem w tych specyficznych okolicznościach może wybrać dobrą i złą stronę - agresor i Ofiara również. Nie zawsze jest to również ich wybór,  bo czasem jest im ob z góry narzucony. 

Na koniec podkreślę to jeszcze raz - wojna to zło i możecie przedstawić jakiekolwiek argumenty za tym że jest inaczej,  ale nie ma niczego co usprawiedliwia to co spotyka jej uczestników i kładzie się klątwą u dziedzictwem na społeczeństwach przez nią dotkniętych. 



niedziela, 11 grudnia 2016

Liebster Award 2016 - 10 faktów na mój temat











Mimo, jak słusznie zauważyła Ewelina z Cocteau&Co, która zaprosiła mnie do odsłonięcia kart w ramach Liebster Award 2016, nie jestem z natury skory do mówienia na własny temat, a otwieram się głownie w gronie wąskiej grupy znajomych i przyjaciół, to zdecydowałem się podjąć wyzwanie i przedstawić 10 faktów o sobie. Uznałem to za rzecz rozwojową i swego rodzaju trening więc pozwólcie, że się przedstawię - jestem Radek :) Miło mi Cię poznać drogi czytelniku i skoro zdecydujesz się przeczytać ten tekst to będzie mi równie miło jeśli zostawisz po sobie ślad w postaci komentarza, pozdrowienia bądź też czegokolwiek chcesz :) Hey ho ! Lets go ! 




1. Rocznik 79 represent 

Czasem kiedy widzę ile to już latek na moim koncie wybiło, to autentycznie własnym oczom nie do końca wierzę. Całe szczęście nie jestem geniuszem matematycznym i w związku z trudnościami w liczeniu udaje mi się często o tej niewygodnej liczbie skutecznie zapominać. Kiedyś,  sam nie wiem dlaczego, ale takie były fakty i są na to świadkowie - myślałem że pociągnę góra do 32 lat,  a tu wychodzi na to że już 6 lat na plusie doszło. W związku z tą moją datą urodzenia udało mi się zahaczyć choć trochę o szalone czasy transformacji ustrojowej. Miałem więc okazję stać w kilku kolejkach za kawą, byłem świadkiem wprowadzania w Polsce ustawy o prawach autorskich i pojawiania się pierwszych oryginalnych kaset magnetofonowych, kaset wideo... Z sentymentem wspominam popularne kaseciaki, pirackie nośniki, giełdy na których dokonywało się wymiany wspomnianych kaset wideo, antykwariaty z nadreprezentacją komiksów o Kapitanie Klosie,  a trochę później obrodziły również niczym grzyby po deszczu - popularne kawiarenki internetowe. 

2 Jestem sobie chłopak z bloków

Całe moje życie mieszkam na osiedlu i szczerze mówiąc trudno mi sobie wyobrazić bym mógł mieszkać gdzie indziej. Dlaczego uznałem akurat ten fakt za istotny i warty przytoczenia tutaj? Pewnie dlatego, że osiedle kształtuje pewne postawy,  które odbijają się na życiu człowieka już na całe życie. W moim przypadku tak właśnie jest i było. Dużo przeklinam, mam sporo naleciałości językowych, zakorzeniony patriotyzm osiedlowy, specyficzne poczucie koleżeńskiej lojalności. Przy okazji trochę też mam i kompleksów, które uaktywniają się w tzw. Inteligenckim, światowym towarzystwie, ale przy całym tym " inwentarzu blokowym" za nic nie chciałbym się zmieniać,  bo lubię w sobie to "osiedle" :) 

3. "Taki fajny chłopak,  a tak brzydko mówi" 

Bardzo, ale to bardzo dużo przeklinam i czasem zatracam umiar, o czym wspomniałem powyżej. Ostatnio rzucił mi się w oczy napis na kubku : "Ja nie przeklinam, ja rzucam zaklęcia" - otóż jeśli tak na to patrzeć to czarownik ze mnie taki, iż cały Hogwarth a nawet tolkienowskie uniwersum z Gandalfami, Sauronami itp. śmiało mogą iść do mnie na nauki tej pradawnej sztuki magicznej. Czy wstydzę się tego, że tak dużo łaciny spływa z moich ust? Rzadko mi się to zdarza i choć pewnie potrafię tym nieźle rozdrażnić purystów językowych, to cóż taki już jestem i nie każdy musi mnie lubić. Bardziej traktuje tą kwestię jako swego rodzaju równoważnik dla tej mojej drugiej wrażliwej strony osobowości niż jako powód do sypania popiołu na głowę. 

4. Ryczałem ze wzruszenia kiedy z Manchesteru United odchodził sir Alex Ferguson ( ale i nie tylko wtedy )

Przyznaję się bez bicia, że jestem zwierzęciem dość mocno emocjonalnym i często zdarza mi się wzruszyć, uronić łzę, przeżywać bardzo żywo to co aktualnie czytam, oglądam na ekranie, bądź kiedy słucham muzyki. Ogólnie myślę sobie, że ta moja skłonność wpływa na moje zamiłowanie do dramatów, komedii romantycznych, ballad rockowych i nie tylko zresztą rockowych, bo czasem i w popowych zdarza mi się gustować. Nie raz przychodzi mi uronić łzę ( i to nie jedną),  co może i nie sprawia problemów kiedy dzieje się to w domowym zaciszu, ale w kinie można najeść się wstydu kiedy człowiek nie zdąży zetrzeć łzy przed zapaleniem się świateł na koniec seansu. Teraz piszę o tym i choć wciąż towarzyszy mi wstyd to ze względu na ten już dość zaawansowany mój wiek ( :D) daję sobie przyzwolenie na tego typu ekscesy :) Mimo, że staram się nie kierować stereotypami w życiu, to jednak siedzi mi gdzieś w głowie, że facet to jednak nie powinien być "miętki", choć zasadę tą stosuję jedynie wobec siebie. U innych facetów mi to nie przeszkadza.

5. Poruszam się raczej w ciężkich muzycznych klimatach. 

Odkąd tylko pamiętam słuchałem ciężkiej muzyki. Metal, ciężki rock, punk rock, szeroko rozumiana alternatywa to gatunki które są mi bliskie już od drugiej chyba klasy szkoły podstawowej kiedy to zakupiłem swoją pierwszą kasetę. Było to nie byle co, bo kultowy King Diamond i płyta "Them". Z czasem gusta mi się poszerzyły, dojrzałem również i pod względem muzycznym, a rozrost horyzontów spowodował, iż teraz słucham niemal każdego gatunku muzycznego byle by nie było to disco polo i tego typu rzeczy. Sentyment jednak pozostaje i wciąż lubię sobie zapodać Sepulturę, Megadeth, Behemotha czy na ten przykład Romana Kostrzewskiego z nieśmiertelnym Katem. Muzyki słucham głośno, co sprawia, że jeśli nie robię tego na słuchawkach, to przyczyniam się do morderczych tendencji sąsiadów, którzy chcąc nie chcąc też wtedy słuchają muzyki razem ze mną. Kolejny fakt jeśli chodzi o muzykę pewnie wiąże się z mym zamiłowaniem do słowa pisanego ( i nie tylko - lubię gadać ),  bo ważne jest dla mnie kiedy muzyka niesie ze sobą dobrą warstwę tekstową i stąd też sympatia dla takich wykonawców jak Pidżama Porno, Illusion, Lipali itd...

6. Książki czytam kompulsywnie 

Mam taki specyficzny, moim zdaniem raczej niegroźny i zaakceptowany na przestrzeni lat kompulsywny rys w swej osobowości, który różnie się jednak na poszczególnych etapach życia objawiał i dlatego cieszę się iż udało mi się znaleźć bezpieczne dla niego ujście w postaci książek właśnie ( no i jeszcze sportu ). Fakt faktem, że samego mnie czasem zaskakuje liczba książek które "pożeram"  na przestrzeni roku kalendarzowego, bo n chwilę obecną kończę książkę numer 180. Ponadto zwykle czytam trzy-cztery książki na raz gdyż trudno mi wytrzymać z jedną skoro już kuszą następne. Tak już u mnie jest, że zwykle szybko się nudzę i poszukuję kolejnych wyzwań, nowych punktów odniesienia i choć książki mnie bynajmniej nie mają w zwyczaju nudzić, to obsesyjny trend można śmiało uznać za zachowany również i w tej kwestii. Ale co tam,  książki są mądre,  rozwijające, zajebiste i dlatego każdemu życzę takiej obsesji :) 

7. Piłka nożna , a raczej Premier League ponad wszystko! 

Ktokolwiek kiedykolwiek gdziekolwiek w jakikolwiek sposób wam będzie sugerował, że piłka nożna jest nudnym sportem albo, że jest na świecie lepsza liga niż liga angielska to nie ufajcie takiej osobie. Bójcie się Boga z wyciąganiem tak dalece idących wniosków :D Najprawdopodobniej  taka osoba wprowadza was w błąd, bo liga angielska to niemal religia. Uwielbiam ją,  a ściślej rzecz biorąc ubóstwiam Manchester United i weekend bez choćby fragmentu angielskiej piłki jest dla mnie weekendem tak straconym jak ten bez możliwości przeczytania książki. 

8. Z kobietami jakoś bardziej mi w życiu po drodze

Jakoś tak się toczy moje życie, że od szkoły średniej poprzez studia, a na pracy i grupie znajomych i przyjaciół kończąc zawsze obracałem się w środowiskach zdominowanych przez kobiety. Można by się pewnie doszukiwać odniesień natury psychologicznej, ale ja zamiast szukać u Freuda wolę sobie myśleć, że kobiety ( choć zabrzmi to stereotypowo i proszę traktować to z przymrużeniem oka ) są po prostu ciekawsze i wnoszą więcej kolorytu w życie człowieka. Biorąc pod uwagę fakt, iż mi zawsze na tym kolorycie zależało i jak już wcześniej wspomniałem jestem z charakteru emocjonalnym małpiszonem to wśród żeńskiego towarzystwa czuję się jak ryba w wodzie. Choć sam o sobie myślę jak o samcu alfa ( taki joke ) to raczej funkcjonuję w roli nieszkodliwego miśka, bądź może niedźwiedzia z uwagi na tendencję do narzekania. 

9. Jestem entuzjastą

Charakter mojej pracy sprzyja mojej kreatywności, potrzebie ciągłego doskonalenia, parcia do przodu. Uwielbiam wszystko co wiąże się z wprowadzaniem nowych rzeczy, z motywacją i nie ma według mnie nic piękniejszego niż zarażanie tym entuzjazmem innych ludzi. Chociaż wybór studiów to była głownie decyzja przypadkowa i nie będę ukrywał, że po części studia podjąłem ze względu na ucieczkę przed zasadniczą służbą wojskową, to kiedy już się wkręciłem w pedagogikę resocjalizacyjną ( taki kierunek skończyłem ) wiedziałem, że chce pracować z ludźmi i dla ludzi. Tak juz zostało, robię to co lubię i ciągle ten entuzjazm towarzyszy mi w pracy, choć są momenty że jest go mniej, to zaraz wraca na odpowiednie tory, kiedy tylko znów pojawi się możliwość nowych rozwiązań, rozwoju, nieszablonowych pomysłów. Cieszę się, że pojawiły się u mnie z czasem widoczne oznaki pokory, która umożliwia utrzymanie mnie w ryzach, bo inaczej kto wie gdzie czasem popłynął bym na fali tego entuzjazmu. 

10. Kocham wolność

Zastanawiałem się chwilę co napisać jako ten ostatni, stemplujący fakt na temat mojej osoby i muszę przyznać że obawiałem się odrobinę posądzenia o patos, ale z drugiej strony umiłowanie szeroko rozumianej wolności bardzo mocno określa mnie jako człowieka, Najbardziej chyba cenię sobie tą wartość w życiu. Moim zdaniem człowiek zniewolony przez jakikolwiek system polityczny, religijny, własne ograniczenia, oddziaływania innych osób zmierzające do blokowania jego rozwoju, to krótko mówiąc człowiek nieszczęśliwy. Na nic nam życie jeśli nie możemy go przeżyć tak jak mamy ochotę, przy oczywistym poszanowaniu prawa do wolności innych ludzi. Z tych też względów odczuwam duży dyskomfort żyjąc w kraju, gdzie dominujące są trendy do sterowania nami pod kątem światopoglądowym a nawet zaspokajania podstawowych potrzeb, nie mówiąc już choćby o dostępie do kultury. Trendy te są obecnie zauważalne zresztą na całym świecie. Kto miał okazję czytać moje opinie na blogu z pewnością zauważył, że często odnoszę się nawet pisząc o literaturze do tej problematyki właśnie, Taka byłą zresztą idea powstania mojego bloga, żeby pisać i zachęcać do dyskusji na temat wolności, tolerancji, interakcji opartych na dialogu. 

Skoro już zdecydowałem się podjąć wyzwanie i odsłonić się, to chętnie podialoguję jeśli ktoś ma chęć. Szczególnie zaś zapraszam do niniejszej zabawy, choć bez presji oczywiście następujące osoby z często odwiedzanych przeze mnie i ulubionych miejsc w sieci :

Karolinę z Regału Nowości - wydaje się być bardzo pozytywną osobą i nawet nie wydaje tylko nią jest. Uwielbiam wygrywać konkursy przez nią organizowane bo zarówno ich oprawa jak i sposób wręczania nagród są wyrazem jej entuzjazmu. Podobnie rzecz się ma z treściami, które pojawiają się na stronie. W związku z tym, że sam mam się za entuzjastę to chętnie bliżej ją poznam i mam nadzieję, że da się skusić  :)

Martę z Kulturalnie - mamy bardzo podobne gusta sądząc po udostępnianych treściach i to zarówno jeśli chodzi o muzykę, książki, jak i film. Z tego co zdążyłem się zorientować to stwierdzono korzenie punkowe, co nie ukrywam tym bardziej budzi moją ciekawość ( wiadomo wolność - te sprawy :D ) 

Tomka z Nowalijki - przesympatyczny człowiek. Zawsze miły, rzeczowy, pozytywnie do świata nastawiony. Przy tym wszystkim ogromnie ciekawy ze względu na swe szerokie gusta odnośnie literatury chociażby. No i te podróże do Australii - ależ ja mu tego zazdroszczę.

Dagmarę - Socjopatkę - myląca ta nazwa jej bloga, bo Dagmara to dziewczyna z dużymi zasobami empatii i mocno zaangażowana społecznie, a wiem to bo już trochę udało się nam wspólnie podziałać. Bardzo podoba mi się kiedy pisze o sobie i dlatego zachęcę ją do odsłonięcia się w tej zabawie jeszcze bardziej jeśli oczywiście zechce:)

Niespodziegadki- przesympatyczne Niespodziegadki są moim sieciowym odkryciem od kilku miesięcy i dostarczają mi systematycznie namiary na niebanalne pozycje książkowe i dlatego tym bardziej jestem ciekaw kto kryje się za tak bogatym wnętrzem i wyszukanym gustem. Czy pozwolą zaspokoić tą ciekawość choć po części ? - Liczę na to :)

Podejmiecie wyzwanie ?:) - to naprawdę ciekawe doświadczenie :)

sobota, 10 grudnia 2016

Koniec warty - Stephen King








"Koniec warty" to moim zdaniem znakomite ukoronowanie trylogii "Bill Hodges"! Ostatnia część cyklu podobała mi się najbardziej ze wszystkich dotychczasowych i mimo, że naczytałem się sporo krytycznych opinii o całej trylogii, a w szczególności właśnie o finale to ja osobiście należę do jej zagorzałych zwolenników. Można mnie wprawdzie śmiało posądzać o stronniczość, bo faktem jest że mistrza Kinga darzę dużym sentymentem, ale myślę iż daleko mi jeszcze choćby do takiego Łukasza Orbitowskiego, który na jednym ze spotkań autorskich przyznał się, że przeczytał wszystkie książki mistrza :) Tak czy owakb( uwaga w tym momencie trochę spojleruję ) w " Końcu warty" podobało mi się przede wszystkim to, że Stephen King zabarwił swoją kryminalną jak do tej pory trylogię dużą szczyptą paranormalnych przypraw, które tak bardzo wszyscy jego fani, łącznie ze mną - uwielbiają :)

Mistrz grozy uderza w finałowym tomie trylogii "Bill Hodges"  z wytrawnością i klasą tak dla niego charakterystyczną, która jednocześnie straszy i częstuje czarnym humorem i ironią. Główny bohater trylogii cały czas nie udał w to,  że jego misja dobiegła do końca i z uwagą przyglądał się swemu antagoniście, nie wierząc że tamten tak naprawdę wypadł z obiegu. Podejrzewał ho wciąż o symulację i starał się mu przyglądać, jednak w końcu ugiął się pod presją swoich współpracowników i przyjaciół i odpuścił. Jak się okazuje decyzja ta może okazać się tragiczną w skutkach. Zło ma to do siebie,  że trudno się go pozbyć na dobre, czego dowód mamy w tej opowieści. Po czasie przyczajenia wychodzi z ukrycia i uderza w takiej postaci, którą trudno było przewidzieć i się na nią przygotować. Bill Hodges ma jednak tendencję do obwiniania się za śmierć i kalectwo dotychczasowych ofiar psychopaty, który toczy z nim prywatną rozgrywkę. Jak się szybko okazuje, to nie jedyna bitwa,  którą będzie musiał stoczyć i przyjdzie mu jeszcze poczekać na spokojną emeryturę, na którą zresztą się wcale nie garnie. 

Akcja "Końca warty" jest dużo szybsza niż w poprzednich częściach i w zasadzie od samego początku mamy do czynienia z dynamiczną sekwencją zdarzeń, które skutecznie pobudzają naszą ciekawość i wyobraźnię. Naprawdę trudno się nudzić, a Bill Hodges ściga się z czasem w związku z ultimatum postawionym mu przez jego wspólniczkę Holly aby dowieść tego, że znany z poprzednich książek Brady Hartsfield znalazł sposób żeby wydostać się z pokoju numer 217 mieszczącego się w Klinice Uszkodzeń Mózgu. Skąd to ultimatum ? Jak pozostającemu w stanie wegetatywnym mordercy i szaleńcowi udało się wydostać i jaki ma związek z nasilającą się epidemią samobójstw? Na ten moment nawet Bill tego nie wie, ale możecie być pewni, że kiedy w końcu wyjaśni się sprawa to na końcu będziemy mieli do czynienia z wynaturzonym, nadnaturalnym złem w czystej postaci. Czy tytuł powieści można rozumieć symbolicznie czy też dosłownie ? Czy są tu obecne ukryte znaczenia i podteksty? No pewnie że tak ! 

Tylko Stephen King potrafi w tak rewelacyjny sposób sprawić, że zło jest fascynujące, momentami groteskowe i śmieszne, jednocześnie jednak budzi grozę. Nikt poza nim nie ma też chyba takiego daru bajdurzenia w najlepszym tego słowa znaczeniu i w " Końcu warty" udowadnia, że po dobrych, ale niekoniecznie rewelacyjnych "Pan Mercedes" i " Znalezione nie kradzione" znów wraca do łask fanów. No może nie do wszystkich jak się okazuje, no ale cóż nie każdemu dogodzisz. Ja z pełnym przekonaniem polecam tą książkę !