poniedziałek, 9 stycznia 2017

Maria Panna Nilu - Scholastique Mukasonga







Scholastique Mukasonga napisała książkę, która robi zamęt w głowie, a ja bardzo szanuję tych pisarzy, którzy potrafią zamieszać w mojej głowie. Jakoś po drodze mam ostatnio z Wydawnictwem Czwarta Strona i nie wiem czy to tylko moje odczucie , czy rzeczywiście tak jest, że poszerzyli oni swoją ofertę i urozmaicili czego dowodem swego czasu był Syn - Philipp Meyer, a teraz pojawiła się i ta książka autorstwa urodzonej w Rwandzie francuskiej pisarki Scholastique Mukasonga.

Mukasonga snuje swoją opowieść z perspektywy uczennic szkoły w Rwandzie w latach siedemdziesiątych XX-ego wieku. Katolickie liceum kształci dziewczyny,  które po uzyskaniu dyplomu mają stanowić elitę tego kraju. Z początku spokojna,  ciepła opowieść z minuty na minutę zaczyna się robić coraz bardziej niepokojąca, a im bardziej zagłębiamy się w historie z życia szkoły,  tym bardziej opowieść okazuje się nie być tym czym zdawała się być na początku. Zamiast opowiastki otrzymujemy bowiem przestrogę. Do szkoły uczęszczają zarówno dziewczyny z rządzącego w kraju plemienia Hutu, jak i również zmagające się wciąż z niechęcią,  nieufnością i wrogością dziewczęta z Tutaj, które jednak stanowią tutaj zdecydowaną mniejszość. Mimo, że dziewczyny próbują że sobą bardziej lub mniej udanie koegzystować i wchodzić w okres dojrzewania jak ich rówieśniczki w innych rejonach świata,  to jednak różnorakie międzyplemienne zaszłości skutecznie to uniemożliwiają. Wszystko to dodatkowo odbywa się w atmosferze miejscowych wierzeń,  czasem zabobonów, ludowych legend,  a i jeszcze ekspansji katolickiego misjonarizmu. Wszystko to zmierza bardzo powoli,  acz sukcesywnie do tragedii,  która zdaje się być przesądzona już od pierwszych przytyków,  niedopowiedzeń i rozsiewanych plotek. Polityka wkracza na terytorium szkoły i stanie się przyczyną ( jak to zwykle ma w zwyczaju) niewypowiedzianego zła. 

"Maria Panna Nilu " to powieść niepozorna, a jednocześnie zawiera w sobie tyle wartości, wywołuje tyle emocji i skłania do refleksji nad najważniejszymi z punktu widzenia każdego człowieka zjawiskami, tj. dobrem i złem. Powieści tego typu należą do moich ulubionych, gdyż nie są przegadane, dotykają sedna, a jednocześnie wcale nie ma się wrażenia jakoby autorka pominęła cokolwiek jeżeli chodzi o budowę tła, opisy, czy konstrukcję postaci, mimo iż zdecydowała się zawrzeć treść w niewielkiej bądź co bądź formie. Udowadnia tym samym to, co twierdzę już od dawna, a mianowicie że wystarczy te około 200 stron aby stworzyć powieści pełnowartościowe i opowiedzieć historie chwytające za serce. 

Rwanda to państwo należące niegdyś do protektoratu Belgii, któremu kolonializm - co akurat w żadnym wypadku nie jest niczym nowym - wyrządził wielką krzywdę i doprowadził do trwających latami, wyniszczających konfliktów na tle etnicznym. Sporo się swego czasu mówiło o wojnie i to nie jednej pomiędzy plemionami Tutsi i Hutu, bo trudno by nie było głośno o ludobójstwie, które pochłonęło wedle różnych danych miliony ofiar. Co więc może wnieść kolejna książka na ten temat? Otóż może wiele. Przede wszystkim to co rzuca się najbardziej w oczy przy lekturze Mukasongi, to fakt iż naprawdę czasami niewiele trzeba żeby zapalić świat. Niby prawda oczywista, powszechnie znana, a jednakże to jak opowiada ją autorka "Marii Panny Nilu" wykracza poza wszystko co mieliście okazję do tej pory czytać. Zestawia niewinność z brutalnością, zawiścią, perfidią i zepsuciem. W jednym momencie przechodzi od fragmentów odpowiadających o dojrzewaniu i związanej z tym procesem nadziei do opisu śmierci spowodowanej uprzedzeniami, zabobonem i obłudą. Dobro i zło, piękno i brzydota przenikają się tu ciągle, zapętlają, wciąż że sobą flirtują, bo jak wiemy granica dotycząca wyboru pomiędzy byciem bohaterem czy zdrajcą jest tak naprawdę wypadkową drobnostek, małych uraz, przypadkowych decyzji podejmowanych w emocjach. Przerażające? Dla mnie bardzo.

sobota, 7 stycznia 2017

Najlepsze w muzyce w 2016 - czyli Osinska Lista Osobista

Osińska lista osobista - 3...2...1...czyli 3 płyty, 2 koncerty, 1 kawałek, które zapamiętam z 2016 roku !

I miałem sobie darować muzyczne podsumowanie z 2016 roku, no ale co zrobić kiedy wszędzie czytasz, przesłuchujesz to co ci umknęło w zeszłym roku i nagle olśnienie: To nie tak, że muzyka umiera i nic się w niej ciekawego nie dzieje. To nie tak, że wszędzie pop, disco i inne...no dobra Radek tolerancja, tolerancja - Pamiętaj! Więc to nie problem z twórczością, bo ciągle mamy zdolnych twórców, ale efekt uboczny błogosławieństwa jakim wydawał mi się dotychczas streaming w postaci chociażby mojego ulubionego Spotify.



Wracaliśmy sobie z kumplem z koncertu Behemotha i dyskutowaliśmy o tym jak to kiedyś fajnie się słuchało muzy i że teraz to już nie to ...haha ponoć jak się człowiek starzeje to tak ma że się mu włącza sentymentalizm i większość spotkań z kumplami polega na nieustannym "stary, a pamiętasz...". Więc mówimy, że kiedyś słuchanie nowej płyty to była prawdziwa celebracja. Już począwszy od zakupu, gdzie często trzeba było płytę zamawiać i tak jak moja siostra swego czasu czekać miesiąc na nadejście przesyłki. Kiedy już dostawałeś płytę w swoje ręce to następował tzw. teraz unboxing ( swoją drogą pojebane słowo ) czyli rozpakowywanie. Ściąganie folii, wąchanie wkładki, przeglądanie zdjęć, motywów, czytanie tekstów, po czym dopiero płyta ( piszę "płyta", a z początku była to przecież głownie kaseta magnetofonowa ). Kiedy już zaczynał człowiek słuchać, to odpływał. Często płyta była tak wyczekana, że słuchało się od początku do końca, a potem "katowało" kawałek, który szczególnie wpadł w ucho. No a teraz mamy spotify, słuchanie muzy w biegu, często w postaci spersonalizowanych playlist. Plus z tego taki, że ma człowiek dostęp do wielu kapel, utworów, może testować rzeczy, których pewnie by nie zakupił, tym bardziej że jakoś mam opory przed okradaniem artystów i "ściąganiem" muzy z neta. A tak to dla mnie żaden wydatek te 20 zł, a przy okazji coś tam zawsze takiemu Mustainowi skapnie :D Problem w tym , że dostępność i ilość niekoniecznie idą w parze z kulturą słuchania i gdzieś mi się ten sens muzy zatraca....Dlatego też miałem problem ze stworzeniem tego rankingu, ale kiedy w którymś kolejnym rankingu trafiłem na O.S.T.R - Życie po śmierci, to postanowiłem jednak wtrącić swoje trzy grosze, bo cholera trzeba jednak nagłaśniać te wydawnictwa żeby nie umykały w tym całym gąszczu.


Rozpisałem się, ale bez obaw bo teraz będzie już krótko i konkretnie. Zobowiązuje mnie do tego cały ten wstęp. Po prostu chciałbym zachęcić Was do tego żebyście spróbowali choć jedną płytę w tym roku ( może będzie to jedna z płyt, które znajdziecie tutaj ) zakupić i celebrować jej słuchanie tak jak robiło się to kiedyś? Wiem, że niektórzy wciąż tak robią ( pozdro siostra :D ). Więc do rzeczy:



PŁYTA ROKU wg. Osiński


3. David Bowie - Blackstar 



 
Może i nie jestem oryginalny jeśli chodzi o ten akurat wybór, ale przyznam się do jednego. Nigdy nie należałem do wielkich fanów, ale zawsze Bowiego darzyłem sympatią, aż tu nagle kiedy usłyszałem singiel "I Can't Give Everything Away" i zacząłem go katować wtem bum i dowiedziałem się o jego śmierci. Może temu tak bardzo zapadł mi w pamięci ten album. Szczerze mówiąc nie wiem, ale często wracam do Blackstar i polecam!


2. O.S.T.R - Życie po śmierci 


Wiem, że różny jest stosunek ludzi do polskiego hip-hopu. Sam czasem jak słyszę niektóre badziewie, to aż mnie łaskocze w żołądku ( w sensie z chęcią zwrócił bym płyny ustrojowe ), ale przez to wszystko przebijają się naprawdę BARDZO DOBRE produkcje. Nie wiem jakim cudem przegapiłem tą płytę O.S.T.R. i nie tłumaczy mnie nawet to, iż Hip-hop to nie jest moje numero uno, ale ten album jest wart przesłuchania i to nie tylko ze względu na warstwę muzyczną, która jest na światowym poziomie, ale przede wszystkim z uwagi na bardzo osobisty przekaz. 




1. White Lung - Paradise

Trafiłem na tę płytę z polecenia Grabaża. Wrzucił teledysk do ich kawałka właśnie z tego albumu -"Sister" na swoim profilu FB. Kanadyjskie punkowe trio w konfiguracji 2+1, czyli dwie dziewczyny i chłopak stworzyło bardzo energetyczną mieszankę. Lubisz rocka, punka ? Koniecznie zakup tą płytę :) Bardzo świeża muzyka, choć paradoksalnie sięga do korzeni punkrocka.


NAJLEPSZE KONCERTY 2016





2. Behemoth - Mega Club Katowice  - 30.09.2016






Zawsze chciałem zobaczyć na żywo Nergala i resztę chłopaków z Behemotha więc już w trakcie ogłoszenia trasy Rzeczpospolita Niewierna wiedziałem, że muszę się koniecznie pojawić w Katowicach. Spiknęliśmy się z kolegą i to był jeden z lepszych koncertów na jakich byłem. Pełen profesjonalizm i konkretna dawka łojenia z najwyższym znakiem firmowym. Ponadto jeden z supportów czyli Batushka dał takie show, że niedługo oni będą gwiazdami takich wieczorów. Mocno polecam wam wybranie się na koncert Behemotha, ale i (jeśli oczywiście lubicie mocne brzmienia ) warto zaznajomić się z twórczością Batushki. Najbardziej pozytywne zaskoczenie dla mnie od czasów Mgły jeśli chodzi o te klimaty !

1. Architects - Glasgow - O2 ABC Glasgow 13 listopad 2016







Warto czasem połączyć przyjemne z pożytecznym, a już najlepiej jak uda się połączyć przyjemne z przyjemnym. Miałem taką okazję w listopadzie zeszłego roku, kiedy to odwiedziłem rodzinkę w Glasgow, a przy okazji zaliczyłem w pełni wyprzedany i niezapomniany koncert składu Architects. Mało tego siostrze udało się nawet wyciągnąć na koncert seniora rodu i podobało mu się, więc jest to dowód na to, że nie ważne natężenie brzmienia, ale samo wykonanie. Zarówno gwiazda wieczoru ( mimo osłabienia w wyniku śmierci przez jednego z założycieli zespołu ) jak i supporty dały pokaz szacunku dla fanów. Za bardzo małe pieniądze udało  mi się zobaczyć naprawdę najlepsze show muzyczne w życiu i to w doborowym towarzystwie :)



NAJLEPSZY UTWÓR 2016 roku



Więc tak, ten tego. Ja wiem, że Brodka wydała bardzo dobrą płytę i trochę żałuję że nie znalazło się dla niej miejsca w mojej trójce, ale nie znalazło się również dla Green Day, ani Megadetha, a oni też wydali fajne albumy. Co do utworu roku 2016 myślałem właśnie nad "Horses" Brodki. Świetny kawałek, ale dla mnie, może to będzie zaskoczeniem, utworem roku 2016 jest:




Acid Drinkers - Become a bitch






To chyba najlepsza płyta w historii Acidów od czasu Strip Tease

to tyle...a w przyszłym roku ? plany są spore, zobaczymy...z pewnością kupie sobie od czasu do czasu płytę i przesłucham tak jak pisałem na początku. Chciałbym też zahaczyć o MetalmanięOpen'er, się zobaczy :) 


piątek, 6 stycznia 2017

Sezon migracji na Północ - At-Tajjib Salih





"Gdy w 1966 roku ukazało się pierwsze wydanie mojej powieści, w Sudanie panowała gorąca atmosfera polityczna i kulturalna. W roku 1967 Izrael zadał nam miażdżącą klęskę, która wstrząsnęła podstawami wielu rzeczy, w tym także wiarą w aktualne ideologie polityczne. Coraz więcej ludzi otwarcie pytało i wyrażało swoje wątpliwości. Moja książka stała się w pewnym sensie częścią tego procesu poszukiwań intelektualnych. Ludzie zaczęli dostrzegać w niej treści, których dotychczas nie widzieli bądź nie chcieli widzieć. Wydaje się, że przewijające się tam uczucie beznadziejności i przygnębienia wpisało się w nastrój zniechęcenia dominujący wszędzie wśród inteligencji arabskiej, a zwłaszcza w Egipcie". - fragment przedmowy autora do wydania angielskiego (2003) zaczerpnięty ze strony wydawnictwa

 
Nie ukrywam, że kiedy postanowiłem zakupić i przeczytać tą książkę, to wówczas głównie na moją motywację wpływały właśnie te kwestie około książkowe, czyli cała atmosfera, kontrowersje i aura tajemniczości, które wiązały się z jej powstaniem i wydaniem. Inną rzeczą jest, że pewnie bym o niej nawet nie usłyszał gdyby nie fakt, iż wyczytałem o niej na stronie....no zgadnijcie gdzie... oczywiście u niespodziegadki.pl - jeśli ktoś jeszcze ktoś nie zna dziewczyn, a uwielbia książki to koniecznie niech tam zajrzy, bo po prostu warto. Wracając do książki, "Sezon migracji na Północ" jak się okazuje ma do zaoferowania czytelnikowi dużo więcej niż cały ten zgiełk z nią związany. Nie dziwi mnie po jej przeczytaniu jest ona uznawana za jedną z ważniejszych powieści arabskich. Bez względu na okoliczności, czas, kulturę, historia tu zawarta posiada jednak i trzeba to jasno zaznaczyć - wartość sama w sobie. Kwestie związane z tożsamością mają przecież charakter uniwersalny i nie wiem jak dla innych, ale dla mnie ten temat zawsze był, jest i będzie interesujący. Problem polega na tym, że trzeba umieć o tym pisać, bo w innym przypadku wychodzą nieautentyczne flaki z olejem. Ostatnią książką o tej tematyce,którą dane mi było czytać była Wróżba. Wspomnienia dziewczynki - Agneta Pleijel ( notabene też z rekomendacji dziewczyn z niespodziegadek ). Tam była znakomicie ukazana perspektywa kobiety, a w przypadku "Sezonu..." mamy do czynienia z męskim punktem widzenia. At-Tajjib Salih udowodnił, że zdecydowanie potrafi udźwignąć ciężar tematu i to jak ! 

Życzyłbym każdemu pisarzowi, żeby potrafił za pomocą tak niewielu słów ukazać tak wiele jak Salih. Każdy kto mnie zna, wie jaki mam stosunek do "cegieł", często przeładowanych, przeciągniętych sztucznie, albo o zgrozo przeintelektualizowanych. Pewnie niechęć wiąże się z tym, że sam mam ku temu tendencję, a dowód na to macie przed sobą, więc do rzeczy. Spotkanie dwóch mężczyzn, z pozoru niepozorne i wydawać by się mogło przypadkowe prowadzi do poddania pod wątpliwość całego dotychczasowego sposobu postrzegania otaczającego świata przez jednego z nich. Historia, która zostanie opowiedziana przez Mustafę na zawsze zmieni głównego bohatera powieści i nie pozwoli mu już żyć tak jak by tego chciał, czyli wedle określonych ram i z góry założonego planu. Nie sama natomiast opowieść jest tu najistotniejsza, choć rzuca ona światło na skomplikowane relacje pomiędzy kolonizatorami, a rdzennymi mieszkańcami Afryki. Jak się okazało z czasem nie sama kolonizacja przyniosła ludom stłamszonym największą tragedię, ale to co nastąpiło po opuszczeniu przez "Panów" podbitych ludów afrykańskich. Wtedy to do głosu ze zdwojoną siłą doszła właśnie rdzenna kultura i tradycje, które "Północ" próbowała skutecznie wytępić przez tyle lat. Represje i narzucanie na siłę europejskiego stylu życia doprowadziły do wynaturzenia i nienawiści, a w rezultacie do aktów ludobójstwa jakich nie znał do tej pory świat. Mustafa zdaje się swoim postępowaniem ( jakim to już sobie przeczytacie ) dokonać aktu zemsty na kolonizatorach, którzy traktują go i jego lud jak dzikusów. Zatraca przy tym wszystkim własne człowieczeństwo. Tak jak jednak wspomniałem nie chodzi w książce At-Tajjib Saliha o samą opowieść, ale moim zdaniem autor próbuje nam pokazać jak relatywna jest nasza ocena świata który nas otacza, jak mogą się różnić nasze decyzje, cele, wartości przy kosmetycznych zdawało by się czasami zmianach. Możemy spróbować wraz z autorem odpowiedzieć sobie na pytania o to jak bardzo wpływa na nas środowisko, spotkani ludzie, przebyte doświadczenia? Jakie znaczenie dla tego jacy jesteśmy ma kultura, tradycja, a na ile jest w procesie naszego kształtowania konkurencyjna cywilizacja i wszystko co się z nią wiąże? Na ile rodzimy się tacy jacy jesteśmy, a na ile jesteśmy plastyczni i podatni na warunki w których przyjdzie nam żyć? te i wiele pytań rodziło się w mojej głowie pod wpływem tej książki.

Wyczytałem w jednej bardzo ciekawej opinii na lubimyczytac u Marty, że pisarze z kręgu literatury arabskiej mają swoistą umiejętność pisania o rzeczach ważnych. Myślę sobie tak samo jak Marta, że pozaeuropejska literatura była bardzo długo pomijana, a już zwłaszcza literatura afrykańska, a mi do niej jest bardzo ale to bardzo blisko. Do tego klimatu, prostoty, egzotyczności, do tej poetyki zawartej w prozie do tego stopnia, że nie zakłóca odbioru a dodaje swego rodzaju sznytu. Najbardziej cenię sobie jednak to, iż "literatura egzotyczna" wnosi coś nowego w moją perspektywę i to czego niektórzy często się boją, czyli ta inność, te irracjonalne kąty postrzegania tych samych zjawisk społecznych, relacji międzyludzkich, świata wartości - mnie to osobiście bardzo jara ! Z tego względu cieszę się, że coraz więcej takiej literatury się pojawia na rynku wydawniczym, zwłaszcza warto zwrócić uwagę na Rybacy - Chigozie Obioma, czy też "Marię Pannę Nilu" - , którą właśnie czytam i już wiem, że świetne to jest :) Kończąc już naprawdę pragnę zaznaczyć, iż "Sezon migracji na Północ" może i nie jest książką, która trafi do każdego ale z uwagi na fakt, że liczy te zaledwie sto trzydzieści stron, to myślę, że warto z nią zaryzykować !   

czwartek, 5 stycznia 2017

Morderstwo w Boże Narodzenie - Agata Christie








Kiedy Simeon Lee postanowił po latach skrzyknąć całą rodzinę i urządzić rodzinne święta w tym jakże wielkim i szacownym gronie to ci którzy go dobrze znali zaczęli podejrzewać, że wcale nie chodzi mu w tym wszystkim o sentymenty. Patrząc na jego złośliwy, władczy charakter, który zdawał się jeszcze się pogarszać wraz z wiekiem, można się było bardziej spodziewać tego, iż jest to kolejna z jego prób urządzenia sobie chorej zabawy kosztem innych. Czy te podejrzenia że strony jego dzieci były słuszne? Czy one same nie mają też paru sprawek na sumieniu,  które chcieliby ukryć przed światem i jakie są ich intencje,  które mimo obaw doprowadziły ich przed oblicze nestora rodu w te święta? Te trudne relacje rodzinne i wynikające między innymi z nich, wciąż wzrastające napięcie, różnego rodzaju uszczypliwości i zgrzyty między uczestnikami rodzinnego zjazdu, nabierają jeszcze większej pikanterii w momencie kiedy dochodzi do morderstwa. 

Kto zginął w Boże Narodzenie? Kto z kolei jest sprawcą i jakie były jego motywy? Czy policja poradzi sobie sama z rozwiązaniem śledztwa, czy też będzie potrzebować pomocy z zewnątrz?  Kim są tajemniczy goście którzy dołączają do domowników?  Na te pytania będziemy próbowali sobie odpowiedzieć wraz z Agatą Christie, z którą przyznam się szczerze mam do czynienia po raz pierwszy i mogę od razu zdradzić iż było to bardzo przyjemne spotkanie. Z pewnością sięgnę po kolejne książki tej autorki ponieważ jestem pod urokiem tego jak udało jej się połączyć elegancję z okrucieństwem jakie przecież zawsze niesie ze sobą zbrodnia. Jestem przyzwyczajony głównie do współczesnych, często brutalnych,krwawych, naturalistycznych kryminałów jak choćby te autorstwa Jo Nesbo czy Chrisa Cartera. Skandynawowie jeśli chodzi o ten gatunek kompletnie skradli me serce i dlatego dość sceptycznie podchodziłem do Agaty Christie. Wiadomo klasyka,  czyli pewnie nuda i archaiczny język. Jak się okazuje można zbrodnie potraktować też i w całkiem inny sposób,  a kryminał ten, choć bazuje na innej formule jest w dalszym ciągu utworem,  który może trzymać w napięciu, a nawet momentami budzić autentyczną grozę i niepokój. Co najistotniejsze chyba do samego końca nie wiedziałem kto jest mordercą,  a kiedy w finale autorka odkryła karty,  to byłem mocno zaskoczony. 

Herkules Poirot,  którego w literackim wydaniu ( bo jakieś tam ekranizacje w TV widziałem) było mi dane po raz pierwszy spotkać  w "Morderstwie w Boże Narodzenie" to jak się okazuje sympatyczny,  pewny swoich umiejętności inspektor,  który od początku - podobnie jak pisarka która go stworzyła - zaskarbił sobie moją sympatię. Kiedy zjawia się on  w jaskini pełnej wilków to nie szarżuje, nie rzuca się im do gardeł i nie przepytuje w stylu gestapowca, ale zdaje się umiejętnie wtapiać w otoczenie, aby później - udając przyjaciela rodziny - sprawiać że ludzie zaczynają się otwierać i zdradzać mu dużo więcej niż by chcieli. Poirot wie kiedy należy odpuścić, kiedy zwieść komplementem, połechtać dumę potencjalnego podejrzanego, może nawet wejść we flirt,okazać współczucie, a innym razem potrafi przygwoździć pytaniem, złapać ma kłamstwie, zmanipulować swym rozmówcą. Jednym słowem Poirot posiada to co powinien mieć każdy szanujący się detektyw,  ale przede wszystkim - co warte zaznaczenia - większość z tych sztuczek nie miało by takiej skuteczności, gdyby nie naturalny talent jakim bez wątpienia jest obdarzony Herkules Poirot. Inspektor ten nie spieszy się jeśli chodzi o wszelakie kroki, które podejmuje w trakcie śledztwa. Widać wyraźnie, że są one dokładnie przemyślane, można rzecz przekalkulowane, aby w żadnym wypadku nie popsuć sprawy, nie popełnić błędu polegającego na zbyt szybkim wytypowaniu mordercy, który potem mógłby okazać się niewypałem. Na takie błędy osoba pokroju Poirota pozwolić sobie nie może, gdyż kroczy za nim legenda. Widać, że Herkules ma specyficzne poczucie humoru i ciekawy sposób zapatrywania się na świat. Jest nawet - można by rzec- bardzo postępowy jak na czasy w jakich przyszło mu żyć. Jest to jeden z wyrazów świadczących o ponadczasowości Agaty Christie. Ciekaw jestem czy i wy którzy macie zamiar dopiero sięgać po tą autorkę polubicie postać jej głównego bohatera, bo co do tych którzy znają już od dawna,  to wiem że Pan inspektor cieszy się niemalże uwielbieniem. 

"Morderstwo w Orient Expressie " bardzo mi się podobało i muszę przyznać że pomimo tego iż było one pisane tak dawno temu i mogło by się wydawać, że będzie mocno archaiczne i dziś już nieaktualne, to nic bardziej mylnego. Kryminał Agaty Christie w dalszym ciągu jest bardzo atrakcyjny i stanowi idealną propozycję dla każdego amatora wgryzania się w ten mroczny element natury człowieka, który skłania go w sprzyjających ku temu okolicznościach do zbrodni. Poza tym jestem pod ogromnym wrażeniem tego, iż pomijając fakt iż Agata Christie jest kobietą, ale już samo to, iż kryminały w czasach w których je tworzyła były czymś nowym, to udało jej się stworzyć powieści ( bo przypuszczam, że pozostałe które wyszły z pod jej ręki są równie dobre) dalece wyprzedzające swoją epokę. Z tego też względu już teraz,  na świeżo po lekturze "Morderstwa w Boże Narodzenie"  nie dziwi mnie jej legenda i niesłabnąca popularność jej książek. Mocno wam polecam tą książkę, przede wszystkim zaś wszystkim fanom kryminałów którzy wciąż boją się klasyki sugeruję aby zacząć od tej autorki,  a pewnie się nie zawiedziecie. 

wtorek, 3 stycznia 2017

Syn - Philipp Meyer









Arcydzieło, epopeja, powieść wybitna i złożona - to tylko niektóre z określeń, które towarzyszą książce Philippa Meyera. Nie sposób wobec takich określeń przejść obojętnie i wiedziałem, że nasze drogi w końcu muszą się zetknąć, a jedyną tak naprawdę przeszkodą był fakt, iż jest to powieść bardzo obszerna, a takich nie jestem zbyt wielkim fanem :) Wytłumaczenie jest tu bardzo proste, bo choć uwielbiam książki, to nie lubię się z żadną wiązać na zbyt długo, bo na horyzoncie widoczna jest zwykle już kolejna na ktorą nie mogę się doczekać.


Powieść Phillppa Meyera nie zawodzi pod żadnym względem. Tak naprawdę mimo wspomnianej wcześniej obszerności, pochłania się ją jednym tchem i jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, kiedy mamy do czynienia z dobrą literaturą to za szybko się kończy. "Syn" to powieść, której akcja toczy się na przestrzeni kilku pokoleń rodziny MacCullloughów, a wraz z ich dziejami mamy okazję obserwować historię Stanów Zjednoczonych, co dla mnie było nie lada gratką. Bardzo lubię poznawać historię w ten właśnie sposób, kiedy pisana jest ona przez losy ludzi ją tworzących, jak również kiedy można zauważyć jak się oni odnajdują w rozmaitych wydarzeniach, które koła tejże historii ze sobą niosą. Stany Zjednoczone, które przedstawia nam w swej książce łączą ze sobą zarówno ten mit i romantyzm związany z wielką szansą i sukcesem, którego poszukiwali tutaj przybysze z Europy wraz ze świadectwem niechlubnej przemocy, która służyła do podboju terenów zamieszkałych pierwotnie przez tutejszych Indian i która ostatecznie obracała się przeciw kolonizatorom. Właśnie ofiarą tejże spirali przemocy jest pierwszy z bohaterów "Syna", czyli Eli MacCullough, którego poznajemy w momencie, kiedy zostaje uprowadzony przez Komanczów, a większa część jego rodziny wymordowana.Rozpoczynamy więc wielką przygodę z tą kilkupokoleniową epopeją od pierwszej połowy XIX-ego wieku, a skończymy ją na losach potomkini spuścizny Eliego czyli Jeannie MacCulllough, czyli w drugiej połowie XX-ego wieku. Po drodze zahaczymy jeszcze o Petera MacCulllough, którego losy śledzimy głównie z perspektywy jego miłości do pięknej Marii.


"Syn" wciąga czytelnika bez pamięci przede wszystkim z uwagi na plastyczny, bardzo obrazowy język jakim została napisana. Opisy zwyczajów Komanczów, życia na farmie, czy wreszcie potyczek i bitew na granicy Stanów i Meksyku są tak przez autora namalowane, że momentami ma się wrażenie, że mamy do czynienia z literaturą faktu. Jednocześnie Meyerowi udaje się włączyć w to wszystko elementy charakterystyczne dla literatury przygodowej rodem z Karola Maya, czy też klimat kojarzący się z "Ostatnim Mohikaninem". W ogóle sporo tych porównań pojawia się w odniesieniu zarówno do samej powieści jak i jej autora, począwszy od Wilbura Smitha, a na Cormacku McCarthy skończywszy. Warto jednak zaznaczyć, że Meyera charakteryzuje oryginalny, własny styl i nie mamy tu do czynienia z żadnym naśladownictwem, a zarzucane mu: komiksowość tej powieści czy też zbytnia przystępność, wręcz prostota narracji to w moim odczuciu akurat duże plusy. Bardzo podobały mi się również opisy codziennego życia Komanczów, ich kultura, tradycja, wierzenia, wreszcie zwyczaje. Kiedy czytam opinie, że kogoś to nudzi to u mnie z kolei wzbudza to zdziwienie, bo dla mnie to jedne z fajniejszych elementów tej książki, ale to pewnie rzecz gustu właśnie.


Wraz z opowieścią o rodzinie MacCullloughów mamy okazję śledzić takie ważne wydarzenia z historii Stanów Zjednoczonych jak i całego świata jak wojnę na granicy meksykańskiej, eksterminację Indian, wojnę światową, zabójstwo Kennedy'ego ( w tym przypadku pojawia się nawet nieznany mi dotąd trop związany z zamachem na jego osobę ), bum naftowy itd. Itd. Naprawdę sporo udało się zawrzeć autorowi na kartach tej książki i w trakcie czytania miałem poczucie, że mimo iż na starcie już powieść wydawała się ogromną, to w efekcie chciało by się by była jeszcze dłuższa. Chętnie sięgnę jeszcze po twórczość Phillppa Meyera i życzę mu jak najlepiej bo to pisarz warty uwagi. Z przyjemnością oglądnę również adaptację, którą na mały ekran przygotowuje stacja AMC, a premiera planowana jest na ten rok. Na koniec taka refleksja, że skoro z tak znakomitą powieścią jaką jest "Syn" wchodziłem w rok 2017, to istnieje szansa, że będzie on równie atrakcyjny czytelniczo co miniony już 2016.

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Świnki morskie - Ludvík Vaculík




No to jeszcze trochę zaległości z zeszłego roku :)


Kiedy przeczytałem recenzję tej książki na blogu cocteauandco.pl to byłem przekonany, że ta książka jest zdecydowanie dla mnie. Zagadnienia związane z wolnością i ograniczającą tą wolność władzą, źródła zła i przemocy, kontrola to kwestie które od zawsze chyba należą do moich zainteresowań. Kiedy do tego dodamy jeszcze autora czeskiego i stworzony przez niego sos absurdu, którym przybrał swoją opowieść to otrzymujemy must-read dla osinskipoldzku.


Książka Ludvika Vaculika już od samego początku zwraca uwagę językiem jakim została napisana. Jest to rodzaj opowiastki i można odnieść wrażenie jakby autor opowiadał bajkę dzieciom. Tak zresztą zwraca się do nas w pierwszej osobie : "Drogie dzieci". W tonie jego opowieści są jednakże wyczuwalne nuty ironii że zdania na zdanie wzrasta niepokój i dziwny rodzaj znajomego napięcia. Zaczyna się jednakże bardzo niewinnie, bo od zakupu świnki morskiej przez pewnego ( z pozoru tylko) sympatycznego bankiera dla jednego z synów. Świnka ma być prezentem świątecznym i pełnić rolę wychowawczą, to jest wyrabiać u młodego narybku odruchy opiekuńcze, ludzkie, uczyć empatii, odpowiedzialności, a przede wszystkim jednak wnieść dużo radości w życie rodziny. Jak się wkrótce okaże stanie się wyzwalaczem dla mrocznych instynktów tkwiących... no właśnie i tu dochodzimy do sedna... W każdym z nas?



Nie dajcie się zwieść i jeśli oczekujecie zabawnej opowiastki od czeskiego autora, bo jak wiadomo Czesi słyną z poczucia humoru i dystansu, to się mocno zawiedziecie. Wprawdzie humor i dystans zabarwione sporą dawką absurdu są tu obecne, ale stanowią narzędzie do innego celu, czyli przedstawienia historii mrocznej, niepokojącej, a atmosfera wraz z rozwojem opowieści zagęszcza się i powoduje ciarki na plecach. Ludvík Vaculík w swej książce pokazuje przede wszystkim rolę i miejsce Boga w świecie. Główny bohater w relacji do świnki morskiej doskonale oddaje to co może charakteryzować naszą relację z siłą wyższą. Jesteśmy zależni od władzy i tak naprawdę bez żadnego prawa do wyjaśnienia możemy zostać w każdej chwili poddani eksperymentom niczym Albinosek czy też jego współtowarzysze niewoli. Jak się okazuje nie mamy prawa do zadawania pytań, często nie będzie nam dane zrozumieć motywów działania tego, który posiada władzę nad naszym losem i decyduje o tym, czy okazać nam łaskę czy potraktować nas w sposób okrutny i bezduszny. Biorąc pod uwagę stosunek większości czeskiego społeczeństwa do kwestii religii, to niekoniecznie Vaculík może tu mieć na myśli Boga, a równie dobrze jakikolwiek system sprawujący kontrolę nad człowiekiem.


Nie pamiętam czy czytałem Kafkę, wstyd się przyznać. Pamiętam, że w szkole skutecznie bojkotowałem większość lektur i nie wiem czy "Proces" też nie padł ofiarą tej mojej postawy. Z pewnością kojarzy mi się natomiast filmowa adaptacja z 1993 roku z Kaylem MacLachlanem . Atmosfera napięcia, dziwnego niepokoju, wręcz lęku tam obecna są bardzo zbliżone w klimacie do czytanego z kolei niedawno przeze mnie Orwella i jego "Roku 1984". Do tych dwóch pisarzy porównywany jest Ludvík Vaculík Myślę, że niepotrzebnie. Te porównania mimo że mają mu przysporzyć czytelników, to moim zdaniem mogą być bardzo mylące. U Vaculíka niepokój, napięcie, strach schodzą na dalszy plan, a na pierwszy jednak wychodzi absurd i groteskowość władzy w swej najczystszej postaci. Władza ta u niego nie potrzebuje wiele, aby uruchomić w człowieku najgorsze instynkty. Istotę mającą w swoich rękach przewagę nad drugą istotą dzieli bardzo niewielka, niepozorna często i dlatego pewnie do ostatniej chwili niewidzialna granica pomiędzy działaniem na jej rzecz, a sprawowaniem nad nią kontroli. Kontrola z kolei równie łatwo może przeistoczyć się w przemoc i nadać tej relacji opresyjny charakter. Mieliśmy i mamy takich przykładów wiele jeśli chodzi o systemy totalitarne, a myślę że trzeba by cofnąć się już krok wcześniej i rozpatrywać pod tym kątem systemy z pozoru demokratyczne, a jednocześnie wciąż dążące do sprawowania jak największej kontroli nad obywatelem. Nawet sytuacja współczesnych "demokracji" pokazuje jak wielka jest ta pokusa.


Przerażającą, lecz w moim odczuciu bardzo prawdziwą wizję władzy roztacza przed nami autor "Świnek morskich". Mocno przypadła mi do gustu forma tej książki. Daje do myślenia, zastanawiam się często jak sam zachował bym się na górze tego łańcucha pokarmowego. Jak by to było gdyby to w moje ręce powierzono jakiś zakres władzy. Czy pozostał bym tym samym człowiekiem, czy może uruchomiła by ta sytuacja podobne instynkty jak w bohaterze książki Vaculíka. W każdym razie absurdalny humor zaprawiony niepokojącym duchem Edgara Allana Poe sprzyja tego typu rozważaniom. Mimo tego, że książka według mnie jest bardzo głęboka i daje przestrzeń do interpretacji, to równocześnie jest bardzo przystępną i dobrze się ją czyta. Polecam!

niedziela, 1 stycznia 2017

Ranking filmów i seriali 2016





Na początek będzie podsumowanie wyzwania FB "W 2016 roku obejrzę 52 filmy w małym kinie", a potem ranking najlepszych filmów i seriali 2016 

Filmowe wyzwanie zrealizowano z nadwyżką - 78/52 

Zestawienie wraz z osobistymi ocenami według skali Filmwebu :

Parking - 8/10
Widzę, widzę - 5/10
Pasolini- 3/10
Lucyfer - 3/10
W objęciach węża - 8/10
Moje córki krowy - 7/10
Mandarynka - 8/10
Nienawistna ósemka - 9/10
Córki dancingu - 9/10
Slow West - 8/10
Zanim się rozstaniemy - 8/10
Zupełnie Nowy Testament - 8/10
Syn Szawła - 10/10
Aferim - 8/10
Janis - 8/10
Fusi - 8/10
Scena ciszy - 7/10
Pokój - 8/10
Mustang - 10/10
45 lat - 7/10
Carol - 6/10
Creed. Narodziny legendy - 6/10
Zjawa - 9/10
Brooklyn - 7/10
Seria Niezgodna. Wierna - 7/10
Barany.Islandzka opowieść - 7/10
Głośniej od bomb - 9/10
Batman vs Superman. Świt sprawiedliwości - 8/10
Spotlight - 10/10
El Clan - 8/10
Ave, Cezar - 7/10
Zabójczyni - 5/10
Nawet góry przeminą - 8/10
Deadpool - 10/10
Belgica - 9/10
Subtelność - 6/10
Opiekun - 6/10
Wszyscy albo nikt - 9/10
Nasza młodsza siostra - 8/10
Kapitan Ameryka. Wojna bohaterów - 8/10
Wojna - 7/10
Dobra żona - 9/10
Nienasyceni - 8/10
Lobster - 8/10
Zanim się pojawiłeś - 8/10
Umrika - 6/10
Z podniesionym czołem - 9/10
Iluzja 2 -  7/10
Zjednoczone stany miłości - 7/10
Z daleka  -  7/10
Kiedy gasną światła - 6/10
Legion samobójców - 7/10
Śmietanka towarzyska - 6/10
Pycha - 5/10
Skarb - 6/10
Szukając Kelly - 8/10
Julieta - 8/10
Wróble - 8/10
Sługi boże - 8/10
Co przynosi przyszłość - 7/10
Ostania rodzina - 10/10
Dziewczyny inne niż wszystkie - 8/10
Komuna - 7/10
Wołyń - 10/10
Nawet nie wiesz jak bardzo Cię kocham - 8/10
Hedi - 8/10
Jestem mordercą - 8/10
Zagubieni - 7/10
Pitbul. Niebezpieczne kobiety - 6/10
Lo i stało się. Zaduma nad światem w sieci - 6/10
Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć - 7/10
Służąca - 9/10
Ederly - 6/10
Vaiana. Skarb oceanu - 7/10
Opieka domowa - 7/10
Doktor Strange - 9/10
Bridget Jones 3 - 8/10
Jarocin. Po co wolność - 9/10


Jak widać z powyższego zestawienia, a mam nadzieję że nic mi nie umknęło, całkiem fajnie się to prezentuje pod kątem jakości kina jakie miałem okazję oglądać w zeszłym roku :) Znalazły się tu jedynie filmy widziane w moim ulubionym studyjnym,  klimatycznym Kinie Janosik, przede wszystkim obejrzane w ramach Dyskusyjnego Klubu Filmowego,  ale są też seanse na które wybrałem się ekstra. Celowo nie umieszczałem filmów obejrzanych w innych kinach i TV,  ale nie było tego dużo. Z tych wartych polecenia to zdecydowanie musiałbym tu umieścić Osobliwy dom pani Peregrine - 8/10 i Światło między oceanami - 9/10. 

W TV i na necie praktycznie filmów nie oglądałem, a jeśli już to głównie seriale, o których też tu wspomnę :) 



Najlepsze filmy 2016


Jeśli miałbym wybrać najlepsze filmy zeszłego roku,to myślę że nie będzie z tym problemu :

3 miejsce przypadnie :
Syn Szawła - 

Jeśli komuś wydaje się, że już widział wszytko i pod każdą postacią jeśli chodzi o "kino zagłady",  to kiedy obejrzy ten film zorientuje się jak bardzo się mylił. "Syn Szawła" to połączenie osobistej tragedii z tragedią o wymiarze uniwersalnym. Film poruszający do granic wytrzymałości, wzruszający,  smutny,  ale przede wszystkim bardzo niepokojący. Do dziś mam w głowie głównie dwie rzeczy z tej projekcji,  a mianowicie przerażające, budzące grozę szepty osób oczekujących w obozowej komorze gazowej na śmierć, jak również kamerę, która prowadzona była w taki sposób, że obraz budził klaustrofobiczne wręcz uczucie niepokoju, a wręcz strachu. Momentami można się było poczuć jakbyśmy sami byli na miejscu bohatera. Po takim filmie zastanawia mnie jeszcze mocniej jak można prezentować w cieniu tych historycznych doświadczeń postawę antysemityzmu, czy jakiejkolwiek nienawiści na tle rasowym. 




2 miejsce przypadnie :
Wołyń - Czasem się tak składa, że najbardziej pacyfistycznym obrazem jest właśnie film o wojnie, a właściwie o ludobójstwie. Tak właśnie jest w przypadku "Wołynia", który pokazuje całe tło słynnych wydarzeń znanych nam pod nazwą "rzezi wołyńskiej". Wojciech Smarzowski pokazuje nam wspólną odpowiedzialność za zło rodzące się w danej społeczności, bo dla mnie film jest dowodem na to, iż wzajemne pretensje, kiedy trafią na podatny grunt w którym jest choć odrobina napięcia, mogą rozpalić ogromną pożogę. Dawno po zakończeniu seansu nie panowała w kinie taka cisza. Tego się nie da opowiedzieć, to trzeba zobaczyć .





1 miejsce przypadnie:
Mustang - Francuski kandydat do Oscara. Jeden z piękniejszych filmów, które przyszło mi zobaczyć w ostatnim czasie. Wszystko to dzięki Gutek Film i mojemu ulubionemu studyjnemu Kinu Janosik i odbywającemu się tam cyklicznie Dyskusyjnemu Klubowi Filmowemu. Mustang to film o wolności, a przy okazji poruszający szeroki wachlarz problemów młodych kobiet począwszy od wchodzenia w dojrzałość, określanie własnej tożsamości i walkę o podstawowe prawa w świecie opanowanym przez mężczyzn i krzywdzącą tradycję. Film mądry, plastyczny, z piękną ścieżką dźwiękową, a do tego zagrany przez młode aktorki w sposób brawurowy. mimo trudnej tematyki wcale nie jest dołujący, a przy okazji daje do myślenia.




 Najlepsze seriale 2016 

Co do najlepszych seriali,  przy okazji pragnę zamknąć usta wszystkim tym,  którzy pomniejszają wartość współczesnych seriali i traktują ją jako coś gorszego sortu,  otóż seriale obecnie to często produkcje bardzo ambitne,  wyważone,  artystycznie przewyższające wiele produkcji kinowych. Tak więc do rzeczy,  najlepsza trójka obejrzana w zeszłym roku to :

3 miejsce :
Belfer - fajny,  świeży,  wciągający serial wyprodukowany przez stację Canal+ w którego powstawaniu maczał palce pisarz młodego pokolenia Jakub Żulczyk. Czuć jego pióro w dialogach i sposobie prowadzenia intrygi zawartej w "Belfrze". Doskonałe aktorstwo Macieja Stuhra i wielu młodych aktorów zaangażowanych do tej produkcji. Akcja toczy się w małej miejscowości na Mazurach,  gdzie ginie młoda dziewczyna,  a kiedy Policja ociąga się ze śledztwem to sprawą zainteresuje się tajemniczy "belfer". Kim jest, jaką rolę ma do spełnienia o kto i dlaczego jest odpowiedzialny za śmierć dziewczyny? Do samego finału będziemy trzymani w napięciu i niepewności. 





2 miejsce
Pakt - pierwszy sezon "Paktu"  z niezrozumiałych dla mnie przyczyn spotkał się z krytyką. Mi przypadł z miejsca do gustu. Wolno tocząca się akcja,  klimat ciężki i podszyty podskórnym napięciem niczym w "Homeland". Układy, tajemnice, spiski i tajemnica z przed lat,  która połączyła grupę wpływowych osób,  a kiedy zaczyna wszystko pękać i wychodzić na światło dzienne to sieć zaczyna się ukazywać w najmniej spodziewanych konfiguracjach. Drugi sezon jeszcze lepszy moim zdaniem od pierwszego. Więcej polityki,  mniej biznesu, a Marcin Dorociński jawi się nam niczym bohater z Millennium Larssona, słynny Mikael Blomkvist. Bezkompromisowy,  skomplikowany, dający niestrudzenie do wyjaśnienia zagadki. Świetna produkcja niezawodnego HBO. 






1 miejsce ex aequo 
( naprawdę nie umiałem wybrać z dwóch jakże różnych, ale jednocześnie znakomitych oryginalnych produkcji Netflixa ) 

Stranger Things - mimo, że serial ten odwołuje się do tradycji rodem z lat osiemdziesiątych i było wiele obaw że będzie kopiował z takich twórców jak John Carpenter czy Steven Spielberg, to okazał się produktem nad wyraz świeżym i dla mnie nowatorskim nawet jeśli chodzi o produkcje telewizyjne. Jest to serial w klimacie familijnym, zaprawiony tajemnicą i stanowi taki jakby mix hororu, science-fiction i serialu dla młodzieży. Wszystko to wymieszane w tak apetyczny sposób, że nie powstydziłby się tego klimatu choćby Stephen King, czyli ikona tamtejszej popkultury z którym chyba najmocniej mi się ta atmosfera kojarzy :




The Crown -  znakomity serial o brytyjskiej koronie okresu powojennego,kiedy to na tron wstępuje Elżbieta II, znakomicie grana przez Claire Foy. Świetny, klimatyczny serial, który pokazuje kawał historii i to nie tylko brytyjskiej, ale i światowej, a także przedstawił mi królową Elżbietę II w zupełnie innej, bardziej ludzkiej perspektywie. Polecam!






Pozytywne zaskoczenie filmowego roku, które daje mi obecnie wiele radości to : Netflix - platforma w końcu zadebiutowała w Polsce i mimo krytyki pod jej adresem dostarcza mi wiele rozrywki i wrażeń artystycznych. Bardzo mocno polecam wszystkim fanatykom kina i seriali :) 
The End