niedziela, 20 maja 2018

Patrioci - Sana Krasikov



Nie będę ukrywał, że zawsze z zaciekawieniem obserwuje książki, które poleca Marcin Meller. Tym razem zachwalał on powieść na którą pewnie z uwagi na jej tytuł nie zwrócił bym uwagi samemu. "Patrioci" z początku potraktowałem stereotypowo i dopiero po rekomendacji Pana Marcina przyjrzałem się bliżej tej pozycji. Okazało się, iż nie jest to kolejna pozycja rodem z księgarni parafialnych czy też placówek Poczty Polskiej, które to podbijają piłeczkę męczeńskiej misji naszego narodu, a Sana Krasikov proponuje nam wycieczkę za wschodnią granicę i do tego snuje swoją opowieść na przestrzeni niemal całego stulecia.

"Patrioci" to opowieść o tym jak piękna ideologia umiera pod butem bezlitosnego systemu. To studium kondycji ludzkiej, która często jest mocno nadwątlona przez egoizm, dwulicowość i zwykłą zawiść. No dobra trochę dałem się ponieść i uderzyłem w jakieś śmieszne, zbyt donośne tony. Tak naprawdę powieść Sany Krasikov to opowieść o kobiecie, która zakochuje się i podążając za miłością zostaje rzucona w wir historycznych i społecznych przemian i ląduje w Związku Radzieckim. Od momentu podjęcia decyzji i przyjazdu do tego tak obcego pod każdym względem kraju amerykanka Florence Fein będzie zmagać się z dylematami, z których pewnie większość nie stała by się jej udziałem gdyby pozostała na Brooklynie.  No ale z drugiej strony cały urok życia to radzenie sobie z rozmaitymi kryzysami i dlatego pewnie z takim zaciekawieniem śledzimy losy bohaterki "Patriotów".vSą lata trzydzieste, idee komunistyczne zyskują coraz większą popularność na świecie a jednocześnie budzą dużo lęku i niewiadomych. W takim momencie Florence przybywa do kolebki komunizmu, pełna obaw ale i nadziei, którą dodatkowo podsyca fascynacja tą ideologią. 

Powieść Sany Krasikov czyta się szybko, łatwo i przyjemnie i te kilkaset stron objętości nie jest tak naprawdę odczuwalne. Czy to zaleta, czy też wada tej książki? Pewnie trochę to, a trochę to drugie. Z jednej strony łatwość przyswajania świadczy o umiejętnościach autorki, którą cechuje niezły kunszt jeżeli chodzi o budowanie atmosfery zarówno lat trzydziestych w Stanach Zjednoczonych i Związku Radzieckim jak też współczesnej, toczonej patologią i układami Rosji. Udało się jej połączyć w jedną całość wiele zgoła odmiennych gatunków jak choćby powieść historyczna, szpiegowska, czy romans, a przy tym pokazała dar do oddania rysu socjologicznego kiedy to rzucała w wir akcji kolejnych bohaterów. Jest ciekawie, wartko, a zarazem nie ma się wrażenia przeładowania treścią i naprawdę nie męczy nawet fakt, iż przyjdzie nam ogarniać wydarzenia z kilku dekad. Z drugiej jednak strony, spotkałem się z recenzjami, których autorzy sygnalizują że książka ta nie zostaje na dłużej w pamięci, a co za tym idzie nie wnosi zbyt wiele w nasze życie. Ja jestem gdzieś po środku, gdyż coraz częściej zdarza mi się oczekiwać od literatury materiału do refleksji i stawiania sobie pytań z gatunku tych egzystencjalnych. Z innego punktu widzenia czasem potrzeba odpocząć od tych ciężkich książek i sięgnąć po literaturę rozrywkową, a do takiej jednak trzeba by moim zdaniem zaliczyć książkę Sany Krasikov.

"Patrioci to książka warta przeczytania i szczerze ją polecam, aczkolwiek nie spodziewajcie się rewolucji w waszym życiu po tej lekturze. Śmiało natomiast możecie liczyć na miło spędzony czas i ciekawą historię w którą zaangażowane są trzy pokolenia i dwa najbardziej znaczące mocarstwa na świecie. Miłej lektury! 

poniedziałek, 14 maja 2018

Szpiegowskie dziedzictwo - John le Carré




Żeby pisać prawdziwą literaturę szpiegowską potrzeba klasy jaką posiada naprawdę niewielu. Jednym z tych nielicznych jest z pewnością John le Carré. Od razu trzeba zaznaczyć, iż jego styl nie do każdego trafi bo próżno szukać u niego jakiś zbędnych ozdobników, cz też fajerwerków, a atmosfera momentami staje się tak gęsta, że aż męcząca. Ci jednak, którzy szukają autentyzmu w odtwarzaniu tajnych akcji wywiadu będą usatysfakcjonowani, zwłaszcza że John le Carré porusza w swoich powieściach wątki autobiograficzne z czasów kiedy sam był agentem. 

"Szpiegowskie dziedzictwo" to powieść w której autor zastosował ryzykowny zabieg i wrócił do wydarzeń poruszanych w jednej ze swoich najbardziej znanych powieści "Z przejmującego zimna". Dzieci bohaterów wydarzeń z tamtej książki obecnie domagają się od służb Wielkiej Brytanii odszkodowań w związku z działaniami tychże służb w czasach zimnej wojny. Jak to zwykle bywa podczas każdej wojny, jej rezultatem są ofiary w ludziach i tak też było i tym razem. Do centrali zostaje zawezwany uczestnik tamtych wydarzeń i jest przesłuchiwany na okoliczność tego co wydarzyło się przed laty. Od tego momentu mamy do czynienia z odtwarzaniem działań służb wywiadowczych na terenie byłego NRD ze szczególnym uwzględnieniem różnego rodzaju brudnych zagrywek z pogranicza moralności. 

John le Carré to autor po którego przyznam szczerze nie sięgam zbyt często, a znajomość z nim rozpoczęła się tak naprawdę od rewelacyjnych według mnie adaptacji filmowych jego książek, to jest "Szpieg" i "Bardzo poszukiwany człowiek". Filmy te wzbudzały tyle samo pochlebnych opinii co przyczyniły się do opuszczenia sali kinowej przez niezadowolonych widzów. Sam byłem tego świadkiem podczas projekcji "Szpiega" właśnie. No cóż nie każdy doceni autentyzm w oddaniu realiów rozgrywek wywiadowczych i w zamian za to będzie oczekiwał efektowności rodem z Bonda. Ja mimo, że Bonda również lubię to jednak mimo wszystko wiedziałem czego mogę się spodziewać po "Szpiegu" i byłem zachwycony tym filmem. Kiedy w końcu sięgnąłem po powieść tego autora jestem jeszcze mocniej pod wrażeniem tego jak wygląda opisywana przez niego rzeczywistość rozgrywek wywiadowczych. 

W "Szpiegowskim dziedzictwie" spotykają się dwa różne światy. Z jednej strony mamy prawdziwego szpiega, który nawet na emeryturze posiada klasę i instynkt samozachowawczy, a po drugiej stronie młody prawniczy narybek agencji, który delikatnie mówiąc nie budzi zachwytu. Współcześni pracownicy, którzy dostali za zadanie ocenę działań Smiley'a Petera, Aleca Leamasa i innych podczas akcji z przed lat, która teraz odbija się czkawką, nie mają przede wszystkim pokory. To jednak tylko wierzchołek góry lodowej, bo poza wspomnianą pokorą nie grzeszą również komptencjami, wyczuciem i co chyba najbardziej razi w oczy, procedury zdają się przysłaniać im człowieka. Cała sprawa przypomina zresztą polowanie na czarownice, a najsłynniejsza w swoim czasie agencja wywiadowcza przypomina współcześnie prawdziwy "cyrk" w innym niestety tego słowa znaczeniu do którego zdążyli przywyknąć fani powieści Johna Le Carre. Nie tylko Peter z nostalgią wspomina dawne dni, mimo tego że ma świadomość iż nie wszystko przebiegało wtedy z poszanowaniem zasad moralnych, a sprzymierzeniec często okazywał się zakamuflowanym wrogiem. Mimo wszystko prymitywi i ignoranci byli jednak wtedy w mniejszości, a jak pokazują prawnicy przesłuchujący Petera proporcje uległy od tego czasu zmianie. 

Swego czasu zachwycałem się cyklem Severskiego, który też został stworzony przez byłego agenta, który opisywane realia zna od podszewki gdyż sam uczestniczył w wielu podobnych jeśli wierzyć promotorom jego serii. Po lekturze książki Johna Le Carre i oddając się retrospekcjom z akcji podczas trwania zimnej wojny muszę z całym przekonaniem stwierdzić, że to jednak inna liga. Jeśli szukacie naprawdę dobrej powieści szpiegowskiej to zdecydowanie polecam "Szpiegowskie dziedzictwo", a ja z pewnością jeszcze sięgnę po te bardziej znane i kultowe już tytuły Le Carre. 


wtorek, 8 maja 2018

Dzieciństwo Jezusa - John Maxwell Coetzee




Piękną książkę czytałem! Szczerze mówiąc do końca nie byłem pewien czy nie porywam się na książkę, która mnie przerośnie, która będzie trudna, dziwna, jakby nie z mojej bajki. To co przyczyniło się do moich obaw to nic innego jak uprzedzenia, te same którymi jesteśmy przesiąknięci od momentu wchodzenia w okres dojrzewania. Jedni z nas mają ich trochę, inni zaś zdają się uginać pod ich ciężarem, a co jest najlepszym lekarstwem na uprzedzenia? Oczywiście, że książka.

Bohaterowie książki "Dzieciństwo Jezusa" trafiają do miejsca, którego próżno szukać na mapie. Jest to fikcyjna kraina, gdzie wspólnym mianownikiem jest brak wspomnień i korzeni, które wyrywane są w momencie przyjmowania nowo przybyłych do społeczności, która tworzy Novillę. Nie tylko rola pamięci i tożsamości jednostki jest poddana w wątpliwość w dziele Johna Maxwella Coetzee, gdyż zakwestionowane wraz z nimi zostaną wszelkie tradycje, zwyczaje, idee a nawet model relacji międzyludzkich. Wszystko to stanie się po to, aby stworzyć nowy w założeniu lepszy świat, ale czy takowy on będzie to kwestia mocno wątpliwa jak łatwo można się domyślić. Do Novilli trafiają Simon i będący pod jego opieką chłopak David. Swoją przygodę z nowym miejscem rozpoczną od zgotowanego im chłodnego przyjęcia i obozu dla przesiedleńców. Nie zabije to jednak, szczególnie u Simona, chęci zaadaptowania się do nowo poznanego społeczeństwa, a to z kolei może być bardzo intrygujące, bo jak szybko się okaże nikt nie jest tutaj zwyczajny i łatwy do określenia. Praktycznie każdy obywatel Novilli, którego przyjdzie nam poznać jest postacią wieloznaczną, a poza tym nawet z pozoru pospolity człowiek prowadzi tu dysputy o charakterze filozoficznym jakby gardząc myślą o zajmowaniu się rzeczami przyziemnymi i błahymi.

"Dzieciństwo Jezusa" jest powieścią którą czyta się z jednej strony jednym tchem, a jednocześnie jakoś tak nieśpiesznie, kontemplując ten bajkowy klimat w jakim toczy się jej akcja. Trudno oprzeć się potrzebie refleksji na ile świat namalowany przez Coetzee jest tworem wyobraźni, a na ile żyjemy w nim obecnie kiedy to notorycznie odcinamy się od własnych korzeni, zatracamy tożsamość i wybieramy przyszłość w miejsce teraźniejszości. Ogromne rzesze ludzi żyją bezrefleksyjnie, a jednocześnie bezcelowo o co jest przerażające nie tylko nie widzą w tym nic złego, ale próbują forsować taki pomysł na życie jako wartość. Paradoksalnie "Dzieciństwo Jezusa" mimo swego wielce wymownego tytułu jest odzwierciedleniem tego jak wygląda świat bez Boga, bez ducha, bez uczuć wyższych. Jak wyglądało by takie życie? Dowiecie się właśnie z tej lektury. Ponadto możemy czytać książkę autorstwa Johna Maxwella Coetzee jako ostrzeżenie przed zbytnią kategoryzacją życia w społeczeństwie, przed rutyną, monotonią i ślepym realizowaniem tego co przychodzi nam w udziale jako system ról społecznych. Mógłbym tak jeszcze dzielić się pomysłami na interpretację tej powieści, ale byłoby to bezcelowe właśnie między innymi z uwagi na fakt, iż Coetzee stworzył tę książkę w takiej formie,,że daje ona swobodę interpretacyjną czytelnikowi i ośmielę się powiedzieć, że ilu czytających tyle interpretacji.

Mocno polecam lekturę książki Johna Maxwella Coetzee, bo jest to jedna z tych powieści, które na długo pozostaną w naszych głowach, a jej przesłanie nie pozwoli spokojnie spać w nocy wszystkim z choćby odrobiną wrażliwości i autorefleksji. Dla mnie to było na tyle ciekawe doświadczenie, że pewno dam kolejną szansę temu autorowi. To bardzo pozytywne zaskoczenie, swego rodzaju odkrycie nie jest tak naprawdę do końca przypadkowe,  a bardziej jest zasługą dziewczyn z bloga Niespodziegadki, który nota bene jest kopalnią wiedzy o dobrych książkach i autorach wartych polecenia. 

środa, 2 maja 2018

Farma lalek - Wojciech Chmielarz



"Farma lalek" to drugi tom serii z Jakubem Mortką autorstwa Wojciecha Chmielarza. Moja przygoda z tym cyklem zaczęła się dość nietypowo, bo od ostatniej części. "Przejęcie" spodobało mi się na tyle, że postanowiłem nadrobić zaległości. "Podpalacz" wbrew różnym sceptycznym opiniom na które trafiłem w sieci trafił w mój gust, a teraz przyszła pora na "Farmę lalek". Wojciech Chmielarz pokazuje tu naprawdę wielką klasę jeśli chodzi o tworzenie historii kryminalnych.

"Farma lalek" już od samego początku jednocześnie odraża czytelnika swym tematem i bohaterami,  jak również powoduje iż bez reszty oddajemy się tej intrydze i z zaciekawieniem śledzimy kolejne wydarzenia. Rozpoczyna się od zaginięcia dziewczynki i szybkiego pojmania podejrzanego, który wyjątkowo chętnie współpracuje z policją, a że miał już na swoim koncie przestępstwa seksualne to sprawa wydaje się zmierzać do rozwiązania. Nic jednak bardziej mylnego. Jest to bowiem dopiero początek góry lodowej, a to co ukaże się śledczym już na zawsze pozostanie w pamięci mieszkańców małej polskiej miejscowości do której dyscyplinarnie przeniesiony został Jakub Mortka. Miało byś mu tutaj nudno i spokojnie, a wkrótce okaże się, iż dostanie możliwość rozwiązania sprawy o sporym kalibrze.

Jeśli nie dane wam było poznać jeszcze Mortki, to pora czym prędzej nadrobić te zaległości gdyż jest to jedna z najciekawszych postaci jeśli chodzi o polski kryminał. Jego największą zaletą jest chyba to, iż pomimo swej pozornej przeciętności jest jednocześnie bardzo wyrazisty i szybko zdobywa sympatię czytelnika. Kibicuje się mu trochę tak jak Kurtowi Wallanderowi, kiedy to spotyka niepowodzenie za niepowodzeniem zarówno na gruncie zawodowym jak i osobistym. W "Farmie lalek" również daje znać o sobie jego pech, kiedy to zamiast spokojnie przetrwać zesłanie na prowincję i wrócić do Warszawy, Jakub Mortka trafia w sam środek afery. Jeśli jest jakieś miejsce w którym być nie powinien, to właśnie tam się znajdzie, przy okazji podejmując nieprzemyślane decyzje, które przysporzyć mogą mu wiele stresu. Czy do reszty się pogrąży, czy może w tym szaleństwie jest metoda i pokaże swój niebywały zmysł śledczy i wykorzysta niebywałą szansę żeby się wykazać pomagając rozwiązać międzynarodową aferę? O tym będziecie się mogli przekonać z lektury Farmy lalek"

Wojciech Chmielarz wie jak pisać kryminały i pomimo, iż jestem dopiero na początku przygody z jego powieściami, to już teraz mogę, pełną odpowiedzialnością polecić jego kryminały. "Farma lalek" przypadnie zaś do gustu szczególnie wszystkim tym, którzy dla odmiany od skandynawskich, czy też anglosaskich intryg będą mieli ochotę emocjonować się sprawą, która tak naprawdę może wydarzyć się tuż obok nas. Polecam mocno i czekam na wasze wrażenia

wtorek, 24 kwietnia 2018

Księżyc. Od nowiu do nowiu - Martín Caparrós




"Głód" Martína Caparrósa jest dla mnie książką fenomenalną. Długo po jego lekturze nie mogłem się otrząsnąć. Tym bardziej ucieszyłem się kiedy cichaczem na rynek wmaszerowała niniejsza pozycja. 

Zawód - to właśnie uczucie towarzyszy mi świeżo po lekturze książki "Księżyc. Od nowiu do nowiu". Momentami trudno mi uwierzyć, iż autorem jest ta sama osoba, która z taką wrażliwością podejmowała temat głodu i niesprawiedliwości społecznej na świecie. To bowiem co Martin Caparrós funduje nam w swej najnowszej propozycji to przedstawione zresztą dość sucho historie ludzi walczących o lepsze jutro na uchodźstwie, które to historie zostały na siłę wciśnięte pomiędzy luźne refleksje autora z podróży podjętej na zlecenie ONZ. Sugerując się opisem tej książki niby właśnie tego powinniśmy się spodziewać, ale chyba nikt nie przypuszczał, że Caparrós uczyni to w takim stylu. Niby próbuje się on tłumaczyć tym, że bodajże poraz pierwszy pisze książkę na zlecenie, niby trudno mu odnaleźć się w ograniczeniach nałożonych przez zamawiającego, ale w moim odczuciu nie jest to żadne usprawnienie.

Odnalazłem przed sięgnięciem po książkę "Księżyc. Od nowiu do nowiu" opinie, których autorzy doszukiwali się homofobii czy rasizmu w wypowiedziach Caparrósa, które zawarł w tej książce. Ja chciałbym w tym  miejscu mocno zaznaczyć, iż nie odnalazłem tutaj niczego takiego. Znalazłem natomiast chaos, bałagan, czasem przeintelektualizowane treści pisane jakby na pokaz. Caparrós jakby sam pogubił się w tym po co, dlaczego i o czym pisze. Momentami kompletnie go nie rozumiałem, bądź zastanawiałem się nad sensem poszczególnych fragmentów. Czym dalej brnąłem w tę książkę tym mocniejsze było moje rozczarowanie. Tym bardziej nie rozumiałem potraktowania w ten sposób tematu, iż niósł on ze sobą ogromny potencjał. Aż przykro mi jest, że nie umiem odnaleźć w tej książce czegoś co by ją ratowało. Pewnie i tak lepiej było ją przeczytać, niż sobie darować, bo bądź co bądź przyczyniła się do jakichś refleksji, ale nie o takie refleksje mi chodziło i wypada się cieszyć, iż przynajmniej nie była ona obszerna. Nie polecam. Polecam natomiast przy tej okazji poraz kolejny fenomenalny "Głód" 

czwartek, 19 kwietnia 2018

Na gigancie - Peter May



Peter May to jedno z moich literackich odkryć z przed kilku lat. Jego "Trylogia z Wyspy Lewis" to moim zdaniem majstersztyk, a autor ten udowodnił, iż jeśli chodzi o budowanie atmosfery napięcia, tajemnicy i opowiadanie historii trudno znaleźć kogoś kto dorównuje mu jeśli chodzi o literaturę gatunku i nie tylko. Jego powieści wychodzą daleko poza schemat zwykłego kryminału. Tym bardziej sięgając po "Na gigancie", która dziwnym trafem gdzieś mi umknęła pośród nowości wydawniczych, ostrzyłem sobie apetyt ma kolejną rewelacyjną historię. Czy mój apetyt został zaspokojony? O tym za chwilę.

Z literackimi fascynacjami jest trochę tak jak że smakami z dzieciństwa. Jak byśmy się nie starali i gdzie byśmy nie szukali to i tak nie jesteśmy w stanie odtworzyć smaku andruta przekładanego marmoladą czy też szynki konserwowej. To bowiem nie rzeczywisty smak, a bardziej emocje i wspomnienia z tamtymi momentami związane przyczyniły się do niezapomnianych i niepowtarzalnych smaków. Tak też było w moim przypadku w trakcie lektury "Na gigancie". Z jednej strony widziałem na okładce bliskie mi nazwisko Peter May, a z drugiej strony z biegiem upływających stron cały czas miałem poczucie, że to jednak nie to. Czy to wina książki, czy bardziej moich oczekiwań? Raczej to drugie, aczkolwiek nie do końca... 

Myślę, że powieść Petera Maya jest powieścią przyzwoitą i gdyby napisał ją ktoś inny to wtedy wymagający bądź co bądź jeśli chodzi o kryminały czytelnik byłby całkowicie usatysfakcjonowany. Intryga tocząca się dwutorowo, przeszłość zaznaczająca swe piętno na wydarzeniach kilkadziesiąt lat później, klimat lat sześćdziesiątych i wybrzmiewająca w tle muzyka rockowa to składniki, które są w stanie zagwarantować opowieść pierwszorzędnej jakości. Bohaterom też w sumie nie można wiele zarzucić gdyż są ciekawi i zróżnicowani, przyzwoicie nakreśleni. Jest jednak w przypadku tej książki coś co powoduje mój niedosyt. Po części miałem problem z tempem akcji, która moim zdaniem toczyła się jakoś tak bez przekonania i nierówno. Po części brakowało mi trochę wyrazistości jeśli chodzi o bohaterów, co powodowało, że trudno było się z nimi związać mimo że przecież nie miałem problemów z wyobrażeniem ich sobie. Największy jednak mankament stanowi fakt, że nie bardzo było wyczuwalne w tej całej historii napięcie, a to moim zdaniem naprawdę niezbędny element książki, która pretenduje do miana kryminału.

Dochodząc w końcu do sedna, pewnie można zauważyć w tej opinii iż trudno mi się było zdecydować co do jednoznacznej opinii na temat książki "Na gigancie". Z czystym sumieniem nie mogę jej jednak polecić. Może jeśli wcześniej nie mieliście kontaktu z tym autorem to jest szansa, że będziecie usatysfakcjonowani, ale jeśli już mieliście okazję sięgnąć choćby po "Trylogię z Wyspy Lewis" to raczej sobie darujcie tę pozycję. Jest duża szansa, że się zawiedziecie. Jednym słowem książka ta ujdzie, ale pewnie szybko o niej zapomnę i nadal będę tęsknić do Petera Maya, który wzruszał, straszył i intrygował w "Czarnym domu". 

wtorek, 10 kwietnia 2018

Pieśń koguta - Viktor Fischl



Uwielbiam takie niby niepozorne książki, takie niby o niczym, które pod przykrywką infantylnych wręcz historii skrywają całą masę życiowych mądrości. Ogromnie cieszę się za każdym razem kiedy uda mi się na taki rarytas trafić, bo w gąszczu promocyjnej papki, wśród tzw.bestsellerów łatwo taką perełkę przegapić.

Wydawnictwo Czytelnik popełniło tę przyjemność i wydało książkę Viktora Fischla "Pieśń koguta", śledząc instagramowy profil Niespodziegadki znalazłem tę rekomendację. Już sama osoba autora rozbudza ciekawość, gdyż kiedy prześledzicie jego życiorys na Wikipedii to zauważycie, iż ten czeski prozaik i poeta żydowskiego pochodzenia to również znany i ceniony polityk, który przysłużył się zarówno Czechom jak i Izraelowi. Jego dorobek literacki zyskuje tym samym dodatkowy kontekst kiedy weźmiemy pod uwagę jego historię życiową. "Pieśń koguta" to ponoć najbardziej wartościowe z jego dzieł i doskonale widoczny jest w tym zbiorze opowiadań, a właściwie opowiastek ogromny bagaż życiowy autora. Bagaż ten z jednej strony jest bogactwem, a z drugiej strony obciążeniem, bo zebrane wraz z doświadczeniem życiowym mądrości potrafią być przekleństwem. Tak też skonstruowana jest "Pieśń koguta" gdzie odbywa się nieustanna dyskusja pomiędzy starym wiejskim lekarzem, któremu trudno jest już czerpać z życia radość, a jego alter ego w postaci koguta Pedro, który dla odmiany zdaje się dostrzegać powód do zachwytu w każdym detalu. 

Viktor Fischl pisze w taki sposób, że momentami człowiek ma wrażenie jakby usiadł w gospodzie przy piwie i słuchał swobodnych opowieści jej stałych bywalców. Perypetie doktora i koguta przedstawiane w zbiorze "Pieśń koguta" mają bowiem z jednej strony znamiona zwykłej prozy życia, a jednocześnie dotykają tematów o wymiarze egzystencjalnym. To właśnie przecież w perspektywie zbliżającej się śmierci zaczynają człowieka z zdwojoną siła nachodzić pytania o sens życia, o jego rolę w świecie, o charakter relacji z innymi ludźmi. Fischl zmusza nas także do refleksji nad tym czym jest dla nas miłość, przyjaźń czy też życiowe powołanie. Jego bohater poddaje w wątpliwość jakiś większy plan, skłania się w kierunku przypadkowości życia i tego co ono wraz ze sobą niesie. Bóg jeżeli istnieje potrafi być okrutny i bezwzględny w doświadczaniu człowieka, a jednocześnie Pedro wciąż stara się przypominać o radościach, które zachęcają nas do tego by kolejnego ranka wstać i ciągnąć swój żywot. Tak też robi niejeden z nas u może czasem rzeczywiście łatwiej skupić się na tych wszystkich przyjemnych drobiazgach zamiast zbytnio roztrząsać i analizować jakiś większy sens. Problem jednak z tym, że im jesteśmy starsi to staje się to trudniejsze i tak jak ma to miejsce u doktora czasem sił już brak i wtedy żyje się z coraz większą świadomością samotności wśród ludzi.

Pomimo, że ostatnie zdania zawarte w tej opinii mogły zabrzmieć dość pesymistycznie, to nie bójcie się tej lektury bo obok nostalgii i smutku znajdziecie tu masę humoru w najlepszym wydaniu. Tak to bowiem jest z tą czeską literaturą, że potrafi ona łączyć tematy trudne i poważne z dużym  dystansem do siebie i otaczającego świata, tak jak tylko Czesi to potrafią. Miłej lektury