piątek, 8 listopada 2019

Instytut - Jakub Żulczyk




Bardzo lubię sięgać po Żulczyka. Odkryłem go stosunkowo niedawno aczkolwiek przed wielkim boomem po ekranizacji "Ślepnąc od świateł" czy scenariuszu do "Belfra".

"Instytut" to jazda bez trzymanki już od samego początku. Autor nie cacka się z nami i już od pierwszej sceny daje do zrozumienia, że będzie mocno i konkretnie. Grupa znajomych budzi się po imprezie w apartamencie, który okazuje się być zamknięty od zewnątrz, a oni tym samym odcięci od świata. Atmosfera jest klaustrofobiczna, a  powietrze od napięcie staje się z każdą kolejną linijką coraz to gęstsze i trudne do przełknięcia. Mamy poczucie obcowania ze znakomitym horrorem, a co najmniej thrillerem, ale szybko okazuje się, że Jakub Żulczyk trochę zmylił tropy. Książka okazuje się bowiem znakomitą literaturą obyczajową, a odizolowanie bohaterów od otaczającej rzeczywistości zaczyna nabierać symbolicznego znaczenia. 

Jakub Żulczyk bawi się z czytelnikiem, wciąga go w specyficzną grę, a dzięki temu pozwala na subiektywną interpretację przedstawionej w "Instytucie" historii. Śmiem twierdzić, że taka właśnie była jego intencja, aby każdy czytelnik znalazł coś swojego w tej książce. Mnogość interpretacji, szeroki wachlarz obecnych tutaj emocji świadczą o tym, że mamy do czynienia z bardzo dobrą książką. Sam autor dopieszczał "Instytut" i finalnie udało mu się dopracować temat, ale  to nie wyklucza faktu, że dla czytelników zostaje mniejsze pole manewru. Podobnie rzecz się ma z samym klimatem opowiadanej historii, który potrafi zmieniać się jak w kalejdoskopie. 

Dla mnie "Instytut" jest opowieścią o złych wyborach, o przypadkowości i chichocie losu, który potrafi nas w momencie przytłoczyć i wywrócić do góry nogami nasze życie. Jest to również przypowieść o sile oczekiwać społecznych wobec jednostki, o systemie który nie znosi sprzeciwu i wymusza padnięcie na kolana i poddanie się nawet jeśli chodzi o najbardziej oryginalne i kreatywne jednostki. Jest wreszcie powieść Jakuba Żulczyka przestrogą przed popadnięciem w marazm, bezproduktywność i konformizm, a wszystkie one razem wzięte prowadzą do klaustrofobii i izolacji społecznej. Taka jest moja interpretacja, a jaka będzie wasza? Zachęcam do sprawdzenia jakie wrażenie na was wywrze "Instytut", bo raczej mało prawdopodobne że po prostu was obejdzie. 

Polecam, polecam i jeszcze raz polecam prozę Jakuba Żulczyka. Jak dotąd się jeszcze nie zawiodłem i już nie mogę się doczekać najnowszego "Czarnego słońca". To dopiero zapowiada się prawdziwa petarda. Tymczasem dajcie szansę również wcześniejszym jego książkom, a w tym między innymi właśnie "Instytutowi". Naprawdę warto!                                                                                                      

czwartek, 7 listopada 2019

Błoto słodsze niż miód. Głosy komunistycznej Albanii - Małgorzata Rejmer




W końcu i ja sięgnąłem po książkę, która tak namieszała na polskim rynku czytelniczym, a jej autorka została obsypana nagrodami. Trochę zwlekałem, ale tym bardziej miałem przyjemność z tej lektury.

Enver Hoxha może i nie zapisał się w historii tak mocno jak Stalin czy Mao natomiast po przeczytaniu "Błoto slodsze niż miód" nie można mieć wątpliwości, że stał on na czele jednego z najokrutniejszych systemów w historii. Jego paranoja i ideologiczna patologia doprowadziły do cierpienia wielu, a garstce z nich oddaje hołd Małgorzata Rejmer w swej książce. Opowiada o czasach kiedy to systemowo zaprzeczono istnieniu Boga, a do tegoż miana pretendował przywódca komunistycznej Albanii. To co trzeba mu przyznać to fakt, że wzbudził swoimi rządami taki kalejdoskop uczuć u swego ludu, iż ciężko było postrzegać go jako zwykłego człowieka z krwi i kości. U jednych budził lęk i przerażenie charakterystyczne dla mitologicznych bóstw, u pozostałych takież mocne uwielbienie. Nie było człowieka w ówczesnej Albanii, który pozostawał obojętny na jego osobę. 

Żyjąc we współczesnej Polsce można zaobserwować jak silnym narzędziem wpływu jest strach i jak ogromny wpływ ma on na kształtowanie opinii obywateli. Przykład Albanii pokazuje do jakich rozmiarów może się rozwinąć system polityczny na nim oparty i jakie wynaturzenia że sobą przynieść. Enver Hoxha odizolował Albanię od reszty świata. W swojej obsesji utrzymania władzy raz po raz doprowadzał do czystek usuwając potencjalne zagrożenie dla funkcjonowania systemu kierując się paranoją. W tym tonie zarządził wybudowanie schronów na terenie całego kraju obawiając się inwazji. Dotychczasowi sprzymierzeńcy stawali się wrogami, a taki ZSRR czy Chiny nie były wystarczająco zamordystyczne i komunistyczne. W imię chorej ideologii doprowadził do zacofania kraju, a winą obarczył zwykłych obywateli.

Kto pozostał w Albanii rządzonej przez Hoxhe ten nie mógł spokojnie wyrażać poglądów, bo za drobną uwagę, nawet przeinaczaną trafiało się na tortury i do więzienia. Służby doprowadziły do tego, że ogromna większość obywateli donosiła na siebie nawzajem, w tym często brat na brata, dziecko na rodzica. Każdy indywidualizm był tłamszony, a obywatel nie mógł być niczym więcej niż bezmyślnym i bezkrytycznym trybikiem machiny. Kto znów postanowił uciec z Albanii tego czekał jeszcze bardziej tragiczny los gdyż zemsta systemu była niewyobrażalna. Izolacja kraju i zakaz kontaktu ze światem zewnętrznym doprowadziły do tego, że nawet Ci którzy oglądali zagraniczną TV czy słuchali radia nie ufali jakoby dobrobyt tam pokazywany był czymś więcej niż propagandą imperialistów z Zachodu. Cierpienie, pot i łzy to był najlepszy sposób na to aby służyć komunistycznej Albanii, a podporządkowanie i niewychylanie się może nie dawało szczęścia, ale pozwalało liczyć na przetrwanie. Syndrom sztokholmski był na tyle obecny w społeczeństwie albańskim, że wielu autentycznie płakało po śmierci swego przywódcy i utraciło poczucie ładu i bezpieczeństwa.

Ksiazka Małgorzaty Rejmer to przestroga przed jednostkowym kosztem życia w dyktaturze do której tak tęskni wielu we współczesnym świecie. Historia przecież najlepiej uczy jakich błędów nie należy popełniać, a każda władza absolutna, nieważne czy pod czerwoną, brunatną, czy jeszcze inną flagą jest z natury swej zła. Problem tylko w tym, że wielu po tą wiedzę do historii nie sięga i na własnej skórze chce doświadczać tych samych błędów. 

niedziela, 27 października 2019

Zakazane wrota - Tiziano Terzani




Kolejne moje spotkanie z Tiziano Terzanim, który zrobił na mnie tak wielkie wrażenie "Listami przeciwko wojnie". Tym razem opowiada on o komunistycznych Chinach.

O tym, że reporterzy są w stanie zrobić wiele aby zdobyć miarodajny materiał wiedziałem od dawna. Trochę tych reportaży mam za sobą jeżeli chodzi o lekturę. Tiziano Terzani poszedł jednak kilka leveli wyżej w "Zakazanych wrotach". On niemalże stał się Chińczykiem, wtopił się w tamtejsze społeczeństwo, aby w ten sposób zbadać jak w praktyce sprawdza się komunizm w jednym z największych jego światowych bastionów. 

Terzani zamieszkał w Chinach w latach osiemdziesiątych i przez cztery lata wraz ze swoją rodziną starał się wtopić w tamtejszą społeczność. Czy mu się to udało? Pewnie nie bardzo, gdyż służby miały na niego oko, a najbardziej strzeżone tajemnice były od samego początku poza jego zasięgiem. Mimo wszystko jako jeden z nielicznych otworzył tak szeroko te zakazane wrota. Nie bał się przy tym zmierzyć ze smutną prawdą, iż jego wizja chińskiego komunizmu jest wyidealizowana. Rzeczywistość okazała się brzydka. Propaganda na każdym kroku próbowała przykryć biedę i zacofanie będące wynikiem nietrafionych decyzji i reform. Absurd poganiał absurd, a dyktatura wykazywała bodaj największą kreatywność w nieludzkich przepisach jak choćby kontrola urodzin, reedukacja czy okupacja Tybetu. Tak jak odrażający był system komunistyczny podczas pobytu Terzaniego w Chinach, tak samo fascynujący i pełen niezapomnianego klimatu jeżeli chodzi o wielowiekową tradycję i zwyczaje tamtejszych mieszkańców. Szkoda tylko, że bezlitosny system nie ustawał w próbach zniszczenia tych z nich, które miały być dla niego zagrożeniem, a nieustanna paranoja władz sprawiała że takowym miało być niemal wszystko. Doprowadziło to między innymi do niepowetowanych strat jeżeli chodzi o dziedzictwo kulturowe na skalę światową, jak również do wypaczenia ducha chińskiego narodu. 

Pomimo tego, że lata osiemdziesiąte XX-ego wieku mamy już dawno za sobą i Chiny od tego czasu zdążyły się zmienić diametralnie to "Zakazane wrota" są pozycją obowiązkową dla każdego fana reportażu. Myślę, że każdy kogo ciekawi świat, odmienne kultury, ludzie, będzie zaczytywał się z niebywałą przyjemnością w książce Tiziano Terzaniego. 

sobota, 19 października 2019

Zjadanie zwierząt - Jonathan Safran Foer



Po lekturze książki "Zjadanie zwierząt" trudno będzie wam nadal udawać, że nie wiecie jak to się dzieje, iż na wasz talerz trafia burger czy też inny spreparowany odpowiednio pod wasze potrzeby kawałek zwierzęcia.

Już od pierwszych stron towarzyszyły mi niesmak i wyrzuty sumienia, że uczestniczę w tym systemie. Przyczyniam się do tego, iż zwierzęta cierpią, że są na masową skalę mordowane po to żebym ja mógł sobie położyć na talerzu kotleta czy też zjeść hot-doga. Żyjemy w społeczeństwie tak wysoce nastawionym na konsumpcję, że nauczyliśmy się nie zastanawiać nad tym skąd biorą się towary poddane naszej uwadze. Wolimy nie myśleć o tym, że nasze ubrania wyprodukowano dzięki pracy małego dziecka w dalekiej Azji, które jest wyzyskiwane po to żeby producent i pośrednicy zarobili na naszym pędzie za modą. Podobnie nie zastanawia nas na dłużej dlaczego na aliexpress wszystko jest takie tanie łącznie z przesyłką, albo ile zarabia listonosz, który dostarcza nam paczkę. Na bazie takich założeń ktoś wpadł na pomysł jak zarobić krocie i rozpoczęła się produkcja przemysłowa mięsa.

Jonathan Safran Foer nie potępia jedzących mięso i w żadnym wypadku nie wychwala wegetarianizmu. Nie jest jego celem przekonanie nikogo do zrezygnowania że swoich przyzwyczajeń i nawyków, gdyż sam ma z tym problem. Próbuje za to wzbudzić refleksję nad tym w czym jako społeczeństwo światowe uczestniczymy, a najlepiej zwiększa się świadomość poprzez wiedzę. Ta natomiast jest zatrważająca i bardzo niewygodna dla przemysłu mięsnego. Już sam fakt, że zabijanie zwierząt które jak dotąd wiązało się ze swego rodzaju rytuałami, które zakładały szacunek dla naszych braci mniejszych nawet w momencie odbierania im życia stało się produkcją zakrawa na absurd. Trudno natomiast inaczej to widzieć skoro już od momentu zapłodnienia zwierzęta hodowlane traktowane są jako produkt z którym o zgrozo można robić co tyko się podoba bo za przepisy regulujące co jest dozwolone, a co nie odpowiadają sami producenci żywności, a jest to lobby potężne. Jeśli zwierzęta produkujemy to dokonujemy ich uprzedmiotowienia, a jeśli coś jest rzeczą to odbieramy mu prawa do odczuwania, szacunku i swobody. Dlatego też zamknięto zwierzęta w klatkach w których nie mogą się swobodnie poruszać, manipuluje się ich genami, odbiera możliwość kontaktu ze światłem słonecznym i sprowadza właściwie od samego początku do produktu finalnego jakim jest kawał mięsa. Przy okazji uprzedmiotowienie wiąże się z bestialstwem, torturami i tym podobnym wynaturzeniom.

Nie będę tu że szczegółami opisywał wszystkich praktyk dotyczących tak zwanego przemysłu mięsnego. Podzielę się natomiast refleksją, iż doszliśmy do punktu w historii ludzkości kiedy poziom wyzyskiwania przez nas planety dla naszej wygody i bezmyślnego trwania przy przyzwyczajeniach jest zatrważający i prowadzi nas wprost ku samozagładzie. Masowa produkcja mięsa to bowiem nie tylko cierpienie samych zwierząt, ale również drylowanie choćby wody i ziemi uprawnej do produkcji paszy. Zero refleksji, wręcz przeciwnie durne argumenty za tym, że to nieunikniony proces. Tymczasem Jonathan Safran Foer podaje przykłady, że nawet pozostając przy diecie zawierającej mięso można robić to inaczej. Z takim też pomysłem na siebie pozostaję ja po tej lekturze, a mianowicie chciałbym jeść mniej mięsa, a jeśli już w ogóle po niego sięgać to unikać tego taniego z wielkich ferm, molochów uprawiających zwykłą anihilację zwierząt. Może was też ta książka zachęci do jakiejś zmiany, a może już macie je za sobą. Jedno jest pewne, "Zjadanie zwierząt" to pozycja ważna, ale ogromnie trudna i wywołująca mocne emocje. Polecam! 

sobota, 28 września 2019

Ta, która musi umrzeć - David Lagercrantz



Tyle czekania, a potem człowiek szybko pochłonął wszystko i zanim się zorientował było już po wszystkim. "Ta, która musi umrzeć" definitywnie już chyba zamyka serię Millennium.

Lisbeth ma już dość bycia zwierzyną i tym razem to ona wybiera się na polowanie. Jej siostra musi zginąć tylko czy Lisbeth Salander będzie w stanie wykonać wyrok? Właśnie w tym celu wybiera się do Moskwy, by przygotować należycie wyrok. Tymczasem w Sztokholmie ginie bezdomny i chociaż często taka śmierć pozostaje niezauważona to tym razem zwraca uwagę lekarki sądowej. Koniec końców sprawa trafia do Mikaela Blomkqvista i okazuje się, że trop prowadzi do szwedzkiego ministra obrony, o którym Blomkqvistowi zdarzyło się wcześniej pisać. Co może łączyć bezdomnego z Forsselem? Jaką tajemnicę kryje kod genetyczny zabitego człowieka? Pomimo początkowej niechęci do sprawy, bardzo szybko Mikael zaangażuje się w nią bez reszty. Jednocześnie będzie próbował skontaktować się z Lisbeth, która jak to bywało wcześniej wniesie swój nieoceniony wkład w śledztwo dziennikarskie.

Ostatnia część serii bardzo mi się podobała, nie wiem na ile wynikało to z sentymentu i świadomości, że więcej już nie będę mógł śledzić poczynań tej sympatycznej dwójki, a na ile po prostu opisana tutaj intryga miała dobrą nośność. Może po prostu jedno i drugie. W każdym razie historia wciąga. Znowu okazuje się, że zakopane gdzieś w zakamarkach przeszłości tajemnice wychodzą z czasem na jaw i zainteresowani ich ponownym pogrzebaniem będą w stanie zrobić wiele, aby pozostały niewidoczne dla ludzkiego oka. Intryga, którą zaserwował nam Lagercrantz jest o tyle interesująca, że mocno operuje na symbolice. Tym razem jest to symbolika wysokogórskich wspinaczek, adrenaliny i testowania możliwości ludzkiego organizmu. Jak wiemy z tego typu wyprawami w celu zdobycia trudno dostępnych szczytów górskich zawsze wiąże się egzamin z siły charakteru. Ludzie sprawdzając się w ekstremalnych warunkach dowiadują się prawdy o sobie samym, kiedy to przychodzi podjąć ważną decyzję w ułamku sekundy i kiedy to kodeks etyczny zostaje poddany najważniejszemu w życiu egzaminowi. Stanowi to doskonałe tło dla opowieści snutej w finałowej części serii i ostrzegam, iż czyta się bardzo szybko więc książka zostanie przez was pochłonięta ekspresowo i pozostanie niedosyt, iż nie będzie już więcej Lagercrantza w larssonowskim sosie.

Mocno polecam najnowszą powieść Davida Lagercrantza i myślę, że fani dobrych thrillerów będą usatysfakcjonowani. Wystarczy uwolnić umysł od wygórowanych oczekiwań i otworzyć się na serwowaną tu intrygę, a gwarantuję że będziecie usatysfakcjonowani. Eh będzie mi brakować Lisbeth i Mikaela, ale to co dobre zawsze się kiedyś kończy. 

poniedziałek, 23 września 2019

Taśmy rodzinne - Maciej Marcisz



"Taśmy rodzinne" to opowieść o relacjach rodzinnych, o traumie i jej ciężarze jaki wraz z nią człowiek wnosi w dorosłość.

Maciej Marcisz napisał świetną książkę, a biorąc pod uwagę, iż jest to jego debiut tym większe uznanie mu się należy. Jego bohater jest skrojony na miarę naszych czasów. Brakuje mu samodzielności, żyje na kredyt, nie ma większego pomysłu na siebie i w przypływie problemów jedyne co przychodzi mu do głowy to ucieczka przed rzeczywistością. Ciągle liczy na obiecane przez ojca zasilenie finansowe i kiedy już się wydaje, że jest ono na wyciągnięcie ręki, to nagle okazuje się iż ojciec się rozmyślił, bo wedle niego syn nie spełnił warunków. W tym momencie rozgoryczenie i strach wtłaczają Marcina w retrospekcyjną podróż zmierzającą do wyjaśnienia jak znalazł się w tym momencie swojego życia. Podróż ta sięgnie dalej niż jego pojawienie się na świecie i przyjdzie mu się zmierzyć z tym, co ukształtowało jego rodziców. 

Jak już wspomniałem mamy w "Taśmach rodzinnych" do czynienia ze skomplikowanymi relacjami rodzinnymi, a tak się składa że Maciej Marcisz jest bardzo dobrym obserwatorem, a co najważniejsze umie swoje obserwacje przekazać czytelnikowi w sposób inteligentny, a jednocześnie przystępny i zakropiony gorzkim humorem. Dla mnie osobiście szczególnym smaczkiem jest tutaj umieszczenie akcji w okresie transformacji, kiedy to ojciec Marcina Małysa tworzy swoją fortunę, a jednocześnie infekuje swoją rodzinę wirusem łatwego pieniądza i konsumpcjonizmu. Czasy kiedy "biznesy powstawały jak grzyby po deszczu, czasy giełd VHS i powstających jak grzyby po deszczu wypożyczalni kaset wideo, giełdy towarowe itp. Jakże to były piękne czasy, barwne i generujące masę rozmaitych historii i anegdot żyjących własnym życiem aż do dziś gdyż trzeba było się nieźle nagimnastykować żeby coś zdobyć. Czasy kiedy zwyczajny przypadek prowadził do pomysłów, które skutkowały powstaniem całkiem niezłych fortun. Do czasów mojego dzieciństwa czyli przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych wracam zawsze z sentymentem pomimo, że miały one w sobie również tą brzydką stronę zasygnalizowaną właśnie w "Taśmach rodzinnych". Okres transformacji w Polsce to przecież również początek kryzysu relacji, a wraz z nim kryzysu rodziny i jedni z nas wyszli z niego mocniejsi, a inni jak rodzina Marcina zostali pokiereszowani na kilka pokoleń do przodu. Brak czasu, pogoń za pieniądzem, szybko rozwarstwiające się społeczeństwo, to wszystko wystawiło na ciężką próbę niejedną rodzinę i w czasie retrospekcji Marcina możemy śledzić działanie tego wirusa. 

Pomimo faktu, iż tematy poruszane w debiucie Macieja Marcisza do łatwych nie należą to książkę dobrze się czyta, a bohaterowie nakreśleni są bardzo autentycznie podobnie jak cała historia w której zostali osadzeni. Szczególnie Marcin wzbudza wiele emocji od złości, przez irytację, aż wreszcie po litość. Wraz z nim śledzimy trudną historię naszego społeczeństwa ostatnich dziesięcioleci i momentami można mieć wrażenie jakbyśmy oglądali kasety VHS w domowym zaciszu. Mocno polecam waszej uwadze "Taśmy rodzinne". 

wtorek, 17 września 2019

Zamęt - Vincent V. Severski



Powieść szpiegowska najwyższych lotów. Historia skrojona doskonale, a atmosfera napięcia budowana z największą starannością. Na tym właściwie powinna się kończyć każda opinia o tej książce gdyż każde dodatkowe zdanie to ryzyko spojlera. No cóż, jako że pisać i gadać uwielbiam to zaryzykuje.

Uwielbiam książki z pod szyldu Vincent V. Severski gdyż jest to naprawdę literatura zapadająca w pamięć. Myślę, że każdy fan powieści szpiegowskiej powinien się odnaleźć w tym co ten autor ma do zaoferowania, no chyba że mamy do czynienia z malkontentami, a tych nie mało niestety. Po trylogii Nielegalni (tak na marginesie trzecią część wciąż mam w odwodzie na trudny czas) przyszła pora na historię, która rozpoczyna się w iście hitchcockowskim stylu czyli od wielkiego bum! W Pakistanie dochodzi do ataku terrorystycznego i zostają wzięci zakladanicy. Wśród nich jest Polak i to nie byle jaki Polak, ale tu już ugryzę się w język i nie będę psuł wam zabawy. W uwolnienie naszego rodaka zostaje zaangażowana działająca w tajemnicy i jak najbardziej nieoficjalna Sekcja, którą dowodzi Roman. To śmietanka szpiegów zatem zagwarantowane mamy mocne wrażenia do samego finału.

U Severskiego mamy pewne ślepe uliczki, mylące zwody i podejrzenia, które tak naprawdę służą zabawie w kotka i myszkę. Mamy również wyrazistych bohaterów, którzy nigdy nie są jednoznaczni, bo jakżesz jednoznaczny może być szpieg. Już od samego początku rozpoczyna się gra wywiadów w którą zaangażowani są wszyscy najważniejsi gracze. Znajdziemy tu również poboczne wątki osobiste, nawet miłosne, ale wszystko z umiarem, jako że najważniejsza jest gra szpiegów. Uczestnicy przesuwani są niczym pionki na szachownicy, a czytelnik śledzi tą rozrywkę i kibicuje Romanowi i ekipie w rozgryzieniu sprawy ujęciu kreta, bo jakże by miało go nie być. Jest ciekawie, jest mocno i jest przede wszystkim ambitnie i autentycznie, bo Vincent V. Severski to firma sprawdzona i pewna.

Mocno polecam "Zamęt", zwłaszcza że ukazała się niedawno kolejna część cyklu i pewnie wielu pospieszy moim tropem by kontynuować przygodę z Sekcją. Nie dajcie się zwieść malkontentom, bo nie mają racji kiedy pastwią się nad nową serią Severskiego. Książka jest na tyle dobra, że powinniśmy się spodziewać kolejnej adaptacji telewizyjnej powieści Severskiego po "Nielegalnych". Ja nie ukrywam, że. chętnie bym przytulił taki serial, po tym jak zobaczyłem jaką wagę przykłada Canal Plus do szczegółów i odpowiedniego klimatu takiegoż serialu.