poniedziałek, 6 listopada 2017

Dajcie żyć!



Dla tych którzy wymyślili konflikt pomiędzy Heloween a grobbingiem należy się Nobel z zawiści. Miałem zacząć od tego, że właśnie w okolicach listopada zaczyna się ten newralgiczny okres w roku, kiedy "mądrości" odnośnie tego co wypada albo nie, co jest polskim, a co zachodnim świętem bądź też najzwyczajniej w świecie co powinno się, a czego w żadnym wypadku nie powinno, zaczynają zyskiwać na wartości. Powtarzam, miałem tak właśnie zacząć ten tekst, ale w trakcie pisania posta dotarła do mnie smutna refleksja o której gdzieś po drodze ( mechanizm iluzji i zaprzeczania:D) zapomniałem. Otóż to co ma miejsce przy okazji 1 listopada, a później między innymi 11-ego listopada, podczas Świąt Bożego Narodzenia tak naprawdę trwa cały rok. Tendencja ogromnej części naszych rodaków do narzucania innym własnej wizji świata wzrasta w tempie wprost proporcjonalnym do populistycznych działań jedynej słusznej Partii i akompaniamencie episkopatu jako reprezentanta jedynego prawdziwego kościoła.

Człowiekowi serce się kraja kiedy obserwuje postępującą w zawrotnym tempie schizofrenię jeżeli chodzi o poglądy niektórych ludzi, kiedy to zgodność pomiędzy wartościami deklaratywnymi, a wartościami realnymi zatraca się, a mało tego ludzie tacy otwarcie przyznają się do tego, że to co w teorii niekoniecznie w praktyce. Paradoksem w tym wszystkim jest, że to faktycznie na bazie wartości chrześcijańskich zbudowano społeczeństwa pluralistyczne, otwarte i przyjazne. To właśnie z tych wartości wyrosła idea solidaryzmu społecznego i wyrównywania szans. Jakby nie patrzeć na zachodzące w społeczeństwie procesy cywilizacyjne to przed zachłyśnięciem się tymiż zdobyczami nauki i utratą ducha broniły człowieka również i te systemy wyznaniowe, które głosiły ideę miłości bliźniego i poszanowania dla drugiego człowieka. Innymi słowy właśnie między innymi te szeroko rozumiane wartości chrześcijańskie stały u źródła maksymy "Żyj i daj żyć innym". Piszę o tym w czasie przeszłym, bo już tylko nieliczni pamiętają o co tak naprawdę w tym notabene pięknym systemie ideologicznym chodziło, a cała reszta podryfowała hen daleko na wody frustracji i zawiści.

Zawiść i frustracja to uczucia, które trawią niektórych ludzi w naszym społeczeństwie tak mocno, iż nie można już dłużej radzić sobie z nimi poprzez tłumienie ich w sobie i stąd też pewnie pojawia się tendencja do wylewania tego całego jadu na innych, czy tego chcą czy nie. Czasem można nawet odnieść wrażenie, że jeśli nie chcesz w tym wszystkim uczestniczyć i znalazłeś sobie jakąś wyspę w tej przestrzeni w której czujesz się w miarę komfortowo to wspomniani ludzie znajdą sposób żeby Ci zepsuć twój spokój i sączyć ten jad w twe żyły. Dlaczego? Bo nie może Ci być lepiej niż innym! Nie i basta! Cierp człowieku razem z nami! Skoro my nie możemy być szczęśliwi to ty też nie będziesz! 

Niektórzy z nas stawiają sobie pytanie czy ta frustracja i idącą z nią w parze zawiść narodziły się tu i teraz? Otóż nie. W żadnym wypadku. One trawiły tych ludzi od lat tyle że nie dało się już psychicznie wytrzymać ciągłego hamowania potrzeb, znoszenia niepowodzeń i zakłamywania własnej rzeczywistości poprzez  ukrywanie pod dywanem mnogości problemów. Nie dało się dłużej cierpieć w samotności. W związku z tym były dwie opcje do wyboru, albo zmienić się i dążyć do poprawy jakości  swego życia, albo popsuć komfort innym aby samemu poczuć się lepiej. Niestety łatwość drugiego rozwiązania i atrakcyjność jego jest z punktu widzenia takiegoż malkontenta rozwiązaniem "lepszym" dlatego też zostaliśmy wręcz "zgwałceni" do ich stylu życia. Tym bardziej, iż taki schemat funkcjonowania nie jest już marginalizowany, bo coraz dalej nam od społeczeństwa cywilizowanego, a coraz bliżej do barbarzyńskich zwyczajów. 

Sprawa z natury jest bardzo prosta, co nie zmienia faktu że budzi mój ogromny gniew i niezgodę. Otóż ja sam byłem wychowywany w nurcie, iż sam jestem odpowiedzialny za to co złe i dobre w moim życiu, dlatego też przypisuje sobie zasługi i porażki jeśli chodzi o stopę życiową i komfort psychiczny. Nie mam też tendencji do narzucania innym tegoż stylu pod warunkiem, iż nie wiąże się to z krzywdą dla tych którzy sami nie potrafią stanąć w swej obronie. Stąd też zachęcam innych do wzięcia sprawy we własne ręce zamiast zaspokajać własną frustrację unieszczęśliwianiem innych i ściąganiem ich do swego poziomu. Jest wystarczająco dużo przestrzeni dla nas wszystkich o nie trzeba się rozpychać. Innymi słowy jeśli na ten przykład nie pasuje Ci twoja waga to cholera jasna rusz dupę, idź na siłownię, zrób coś ze sobą a nie wmawiaj innym że ich zdrowy styl życia, weganizm itp to dzieło szatana. Jeżeli nie chcesz zachowywać aktywności seksualnej to nie psuj radości z seksu innym. Jeśli nie masz motywacji czy gotowości do zmiany to cholera jasna nie hamuj innych. Nie lubisz odpoczywać, to nie zmuszaj innych do pracy ponad siły. Nie masz pasji i zainteresowań to twój problem i spokojnie zostań sobie przed tv z piwem w ręku, ale wara Ci od tych którzy czegoś chcą. Można by tak bez końca, ale niechaj dane mi będzie zakończyć skandując jeszcze raz z przytupem "Żyj swoim życiem i pozwól żyć innym tak jak tylko im się to podoba". 

poniedziałek, 30 października 2017

Śmiertelność - Christopher Hitchens



Macie tak czasem, że poznajecie twórczość jakiegoś autora i czujecie swego rodzaju braterstwo dusz? Ja w każdym razie coś takiego czuję odkąd przeczytałem pierwsze wersy "Listów do młodego kontestatora". Od tamtego czasu ilekroć sięgam po pozycje, które wyszły z pod ręki Christophera Hitchensa, mam wrażenie iż czyta on w moich myślach i daje po emocjach ile tylko się da. 

"Śmiertelność" to tak naprawdę autobiograficzna podróż po świecie umierania,  gdzie inteligentnego, kreatywnego idealistę pożera nowotwór. Choroba zabiera mu sukcesywnie możliwość nieograniczonego czerpania ze świata i komentowania otaczającej rzeczywistości, co akurat dla tego człowieka, jest jakoby stratą tym bardziej dotkliwą. Większą część swego życia był on przecież aktywny intelektualnie i słynął z tego iż żonglował językiem i kontestował świat domagając się oddania należytego miejsca w naszym życiu dla rozumu wiedzy i doświadczenia. Nie zgadzał się na ferowanie sądów opartych na krzywdzących przekonaniach, zabobonach czy wątpliwych wierzeniach  bez pokrycia w faktach. Niezbyty dowód to wartość nadrzędna w dyskursie prowadzonym przez Christophera Hitchensa, ale od rozmaitych innych myślicieli, którzy zaznaczyli się w historii odróżniał się przede wszystkim tym, iż nie interesowało go rozważanie dla samego rozważania, ale swoim słowem dążył do wyrównywania szans i często zdarzało mu się stawać w obronie tych najsłabszych, którzy przez system zostali wyrzuceni poza nawias.

"Śmiertelność" nie jest może książka zbyt obszerną i tak naprawdę w odróżnieniu od innych pozycji Hitchensa, które dane mi było czytać nie wnosi aż tak wiele pod refleksję jeżeli chodzi o konstrukcję świata w którym żyjemy. W zamian za to otrzymujemy natomiast bardzo osobistą rozprawę z absurdami i ograniczeniami ludzkiej egzystencji. Christopher Hitchens raz po raz złości się na postępującą degenerację własnego ciała, aby chwilę później uznawać własną bezsilność odnośnie tejże sytuacji. Przychodzą momenty gdy zdaje się łapać oddech i zbierać siły do walki z chorobą aby zaraz potem przyjmować z pokorą wyrok ślepego losu. Do samego końca pozostaje natomiast wierny swoim ideałom i nie szuka ukojenia w oddaniu się woli bożej. Mało tego z charakterystyczną dla siebie satysfakcją wykorzystuje naciski na własną osobę odnośnie nawrócenia i pełne nienawiści ataki ze strony "pseudochrześcijan" do tego aby obnażyć tą pełną obłudy stronę zinstytucjonalizowanych ruchów religijnych. Zyskujemy dzięki temu kolejny raz możliwość, aby podziwiać kunszt i poczucie humoru tego wielkiego myśliciela, które to nawet w obliczu agonii są na najwyższym poziomie.

Bardzo mocno polecam "Śmiertelność" Christophera Hitchensa wszystkim tym, którzy mają umysły otwarte, nieobca jest im kontestacja zastałych reguł i wartości, a także tym którzy mają ochotę poznać inny od konwencjonalnego model przeżywania choroby i zbliżającej się śmierci. Jeśli zaś wam się spodoba to koniecznie sięgnijcie po pozostałe jego książki.  

poniedziałek, 23 października 2017

Topografia pamięci - Martin Pollack


Kto lubi literaturę faktu to z pewnością zna Wydawnictwo Czarne, a co za tym idzie doskonale się już pewnie orientuje, iż wybór książek do lektury z tych wydawanych ich nakładem rzadko zdarza się być wyborem nietrafionym. "Topografia pamięci" potwierdza ten fakt doskonale i osobiście nie żałuję iż koniec końców udało mi się zabrać za tę książkę, a trochę się zbierałem.

Martin Pollack w swoich esejach snuje rozważania na temat roli pamięci w życiu człowieka, a kształtowaniu ludzkich losów, a przede wszystkim pochyla się nad jej wybiórczością i kruchością ludzkich wspomnień. Co natomiast przede wszystkim chyba pozostało mi w ramach refleksji na temat jego tekstów to kwestia jak różnica perspektyw w oglądaniu pewnych sytuacjach wpływa na fakt ich zapamiętania. Okazuje się bowiem, co pewnie nie jest jakąś nowością ale i tak uderza jeszcze mocniej z kart tej książki, że te same wydarzenia mogą zapisać się zupełnie inaczej w pamięci ich świadków, a to w zależności jaką rolę w tych wydarzeniach pełnili.

Pamięć ludzka może być naszym ogromnym sprzymierzeńcem jak również bywa zgubna, a przechowywane w niej traumy z przeszłości mogą człowieka złamać jeżeli nieumiejętnie się do nich zabieramy i bezpardonowo omijamy mechanizmy obronne, które przecież mają do spełnienia określoną funkcję i nie wzięły się u nas bez powodu. Jak ogromne są to szkody miałem okazję nieraz obserwować przy okazji swojej pracy, która często wiąże się z interpretacją wspomnień. Ludzie bywają ignorantami jeżeli o te właśnie wspomnienia chodzi, a w jaki sposób można wykorzystać pamięć, bądź też kompletnie zaprzepaścić jej dobrodziejstwa, o tym właśnie próbuje nam opowiedzieć autor "Topografii pamięci". Pewnie każdy znajdzie tu coś innego dla siebie gdyż jak się okazuje temat jest obszerny i znajdziemy tu rozmaite odniesienia począwszy od próby rozliczenia się z demonami nazizmu, a na fascynacji granicami kończąc. Może się okazać zatem, iż dla każdego ta książka będzie znaczyć coś zupełnie innego o to moim zdaniem jest jej podstawowy atut zważywszy na obrzydliwą tendencję do zawłaszczania pamięci i nadawania jej jednej, jedynej, zamkniętej i ograniczonej w swej istocie interpretacji potrzebnej tylko i wyłącznie do prowadzenia perfidnej gry polityczno-psychologicznej.

Książka Martina Pollacka pojawia się w trudnym czasie kiedy tak naprawdę mało jest miejsca na swobodną i w miarę spokojną refleksję nad historycznymi uwarunkowaniami relacji pomiędzy sąsiadami w naszej części Europy. Wydaje się momentami iż wszelkie próby inteligentnej i cywilizowanej dyskusji nad genezą tego co się między nami wydarzyło są skazane na niepowodzenie, ale może właśnie taki sposób nienarzucającej się refleksji w postaci esejów, dzielenia się wspomnieniami i doświadczeniami (zwłaszcza tymi traumatycznymi) jest metodą na przebrnięcie przez cały ten bełkot i zacietrzewienie. Miejmy nadzieję, że tak właśnie będzie, bo zdecydowanie nie można odmówić Pollackowi wrażliwości i wyczucia, co z uwagi na stygmat jaki nosi z uwagi na swoje pochodzenie działa na jego korzyść w obecnej rzeczywistości. Myślę, że nikogo nie trzeba uświadamiać co do tego, iż ogromną część naszego społeczeństwa cechuje raczej niska tolerancja nie tylko dla sąsiadów z zachodniej granicy a przy tym paradoksalnie coraz popularniejsze są ruchy neonazistowskie. Tym samym książka której autorem jest Austriak dokonujący rozliczenia z ojcem, który jak się okazuje w czasie wojny dokonywał pogromów na ziemiach polskich może być właśnie tym remedium jakiego potrzebujemy do tego aby oczyścić pamięć zbiorową. Ja w każdym razie ze swojej strony gorąco ją polecam! 

czwartek, 12 października 2017

Dziewiąty grób - Stefan Ahnhem



Stefan Ahnhem i jego cykl kryminalny z Fabianem Riskiem już jakoś tak zadomowił się na mojej półce w audiotece, że nie wyobrażam sobie innej sytuacji jak śledzenie kolejnych przygód tego śledczego właśnie w formie audiobooka i do tego w towarzystwie rewelacyjnego Mariusza Bonaszewskiego. "Dziewiąty grób" zgodnie z oczekiwaniami to kolejna po "Ofierze bez twarzy" dawka mocnych wrażeń, a Pan Mariusz znowu daje radę.

Jak to zwykle bywa z debiutami, mają one jeszcze pewne niedociągnięcia i mankamenty, które jednak u dobrych autorów zostają poprawione w kolejnych książkach. Tak właśnie dzieje się u Stefana Ahnhema. Wprawdzie "Ofiara bez twarzy" bardzo mi się podobała i nie zawiera zbyt wiele braków, aczkolwiek "Dziewiąty grób" jest według mnie książką lepszą, bardziej dopracowaną, a sama intryga jest jeszcze bardziej skomplikowana, a przy tym trzyma się kupy i moim zdaniem nie jest w żaden sposób naciągana. Czytelnik jest raz za razem wprowadzany w błąd, a kiedy już zaczyna mu się wydawać, że wszystko wie to okazuje się że tak naprawdę jest w wielkim błędzie. Nawet na samym niemal końcu kiedy już dane nam będzie poznać sprawcę, napięcie nie mija gdyż wtedy z kolei przyjdzie nam z zapartym tchem śledzić wyścig Policji z... W tej książce nic nie jest takie jak wydaje się być i to jest bodaj najlepszą rekomendacją dla każdego thrillera.

Postać Fabiana Riska może niektórych irytować swoim niezdecydowaniem zwłaszcza jeżeli chodzi o życie osobiste i rozterki sercowe, natomiast mnie osobiście ta lekka nieudolność przekonuje jeszcze bardziej do śledczego Riska. Staje się on bowiem jeszcze bardziej realny, ludzki poprzez swoje niedoskonałości. Poza tym, wprost proporcjonalnie do nieporadności w życiu osobistym Fabian imponuje skutecznością i przede wszystkim intuicją jeżeli chodzi o swoją pracę. Jego instynkt i nos niczym u psa gończego nie pozwalają na to by zwieść się fałszywym tropom i wabikom pozostawianych przez sprawcę grupie pościgowej.

Przyznam szczerze, iż drażnią mnie wszelkiego rodzaju porównania i marketingowe chwyty promujące pisarzy takich jak Ahnhem na plecach znanych już królów thrillerów jak choćby Jo Nesbo. Więcej z tego zniechęcenia i kreciej roboty niż potencjalnych czytelników. Myślę sobie, że książki Stefana Ahnhema są  w stanie skutecznie obronić się same i nie potrzeba tu sztucznego napędzania popytu. Podobnie jak miało to miejsce w przypadku "Ofiary bez twarzy" tak i "Dziewiąty grób" to historia z najwyższej półki i bez żadnych wątpliwości polecam ją fanom mocnej jazdy z pod znaku skandynawskich thrillerów, gdzie wątek obyczajowy jest w stanie iść w parze z naprawdę brutalną historią kryminalną. Bez względu więc na to czy podobał się wam Nesbo czy Larsson, warto dać szansę Ahnhemowi bo jego Fabian Risk jest w stanie uciagnąć intrygę najwyższych lotów. 

piątek, 6 października 2017

Mężczyźni objaśniają mi świat - Rebecca Solnit



Jeśli facet sięga po książkę taką jak ta to często spotyka się conajmniej że zdziwieniem, czasem z politowaniem, a w skrajnych przypadkach budzi się w stosunku do niego dziwna podejrzliwość. Stwierdzić wtedy, że taki po prostu mamy klimat to popełnić coś więcej niż nietakt. Bardziej należałoby jednak moim zdaniem celować w tezę i nie bójmy się tego mówić wprost, iż jest to jeden z przejawów nierówności na poziomie płci i akceptacja takiego stanu rzeczy równa się z uznaniem dla tej bądź co bądź patologicznej sytuacji. 

Przyznam szczerze, że nie spodziewałem się po tej książce aż tak głębokiej diagnozy jeśli chodzi o problemy kobiet w świecie, który jak się okazuje rzeczywiście jest mocno zdominowany przez męską perspektywę. Czasem zwykła zmiana punktu widzenia może zdziałać naprawdę cuda jeśli chodzi o obserwację pewnych istotnych zjawisk społecznych. Niby nie jest to jakieś odkrycie, ale niestety często o tym zapominamy kiedy trzymamy głowę we własnym tyłku. Od razu zastrzegam w tym miejscu, iż nie oceniam i nie wytyka nikogo palcami, bo kiedy o tym piszę mam na myśli przede wszystkim własną osobę. Jest to dla mnie tym bardziej zaskakujące odkrycie gdyż gdzieś tam zawsze miałem się za osobę tolerancyjną i co chyba najważniejsze daleki mi był męski szowinizm i protekcjonalizm. Oczywiście nie jest tak, iż na skutek lektury esejów autorstwa Rebecci Solnit nie odkryłem w sobie jakiejś ukrytej nienawiści i podszytych przemocą zachowań wobec kobiet, no ale niestety muszę przyznać, że sformułowanie "nie wszyscy mężczyzni" często gości w moim słowniku. Gdyby tłumaczyć i wyjaśniać w tym momencie wszystko, łacznie z kontekstem tego sformułowania, nie było by wtedy sensu sięgać po tę książkę więc zainteresowanych odsyłam do lektury.

Teksty, które znajdziemy w tej książce zwracają naszą uwagę na fakt, iż żyjemy w kulturze, która w znacznym stopniu daje przyzwolenie mężczyźnie na dominację w relacji z kobietą. Czasami dzieje się to wprost i zarazem przy użyciu brutalnych metod, kiedy fakt ten odbywa się na zasadzie gwałtu, a innym razem mamy do czynienia z dewaluacją, ośmieszaniem czy protekcjonalnym traktowaniem. Wszystkie te sytuacje łączy fakt, iż u podłoża tych zachowań leży przekonanie o prawie do decydowania za kobietę w większości istotnych kwestii dotyczących jej ciała, uczuć, przekonań, a w rezultacie całego życia. Dochodzi tym samym do paradoksalnych sytuacji, kiedy to za gwałt obwiniana jest sama ofiara, a to z uwagi na wygląd, a to przez ubiór, innym razem przez gesty i choćby sam fakt, iż "na własne życzenie"  znalazła się w "ryzykownej sytuacji". Ten sposób myślenia jest tak mocno zakorzeniony w naszej kulturze, iż przyznam szczerze, że kiedy analizowałem swój sposób myślenia to sam złapałem się na pewnych automatyzmach w takim toku myślenia. Zresztą sam fakt, iż w strategiach obrony kobiet większą uwagę skłania się w kierunku instruowania ich w kwestiach tego jak zapobiegać atakom na własną osobę ( sztuki walki, odpowiedni wybór, nie wychodzenie samej po zmroku, bądź w niebezpieczne miejsca) zamiast uderzając w przemocowe wzorce i zachowania u mężczyzn zaraz u ich zarania, budzi coś na kształt odrazy u każdego kto pozwoli sobie na uczciwy ogląd i ocenę tych zjawisk.

Wiele instrumentów stosowanych jest do tego, aby utrwalić w społeczeństwie patriarchalny model, poczynając od sformułowań językowych, które wzmacniają i bronią pewnych patologicznych tak naprawdę zachowań i postaw ( co dzieje się paradoksalnie w dobie tak aktywnych przecież ruchów wolności owych), a na dyskredytacji postulatów feministcznych kończąc. Najsmutniejsze jest chyba to, iż w tym całym procederze biorą też udział same kobiety, to jest te z nich, które bronią modelu kobiety jako matki, gospodyni, poslusznej mężczyźnie i nastawionej na zaspokajanie jego potrzeb kosztem swoich. Oczywiście mają prawo żyć po swojemu, nawet jeśli tym samym rezygnują z rozwoju i elementarnych praw, szkoda tylko że jednocześnie przy tym dołączają się często do tych mężczyzn, którzy atakują kobiety mające ochotę żyć inaczej realizując się zawodowo, rozwijając swoje pasje i zachowania, żyjąc w związkach nastawionych na inne cele niż tzw. model tradycyjny itp. Kiedy czyta się komentarze krytyczne 

Upolitycznianie roli kobiet poprzez prawne dyspozycje odnośnie własnego ciała, życia i myślenia, które zdawały się odchodzić do lamusa znowu przeżywają renesans przynajmniej w naszym kraju.  Plany dotyczące zmian w prawie, dyskusje na poziomie mikro i makro coraz częściej zniżają się do poziomu rynsztokowego, kiedy zwyczajnie dochodzi do lżenia kobiet, które biorą udział w marszach w obronie swych praw czy głośno mówią o swojej krzywdzie. Marginalizacja tych problemów, wyparcie ich że świadomości społeczeństwa odbywa się już nawet nie przy cichym lecz jawnym wsparciu rządzących. Tym bardziej zyskują na wartości książki jak ta, której autorką jest Rebecca Solnit i myślę, że powinna ona trafić pod rozwagę każdego dla kogo idee takie jak wolność i równość mają znaczenie. Gorąco polecam książkę "Mężczyźni objaśniaja mi świat" 

sobota, 30 września 2017

24 na dobę - Janusz Mika




Nie dane by mi było pewnie przeczytać tych opowiadań gdyby nie pewna sympatyczna osoba, która podarowała mi tom autorstwa Janusza Miki. Szczerze mówiąc, nie słyszałem do tej pory o tym autorze, a że do Joanny Stovrag (bo ona umożliwiła mi zapoznanie się z "24 na dobę") żywię ogromną sympatię to jakoś tak z góry założyłem sobie, iż nie zaszkodzi przecież dać tej książce szansy zwłaszcza, że lubię krótkie formy. Z Joanną zresztą było podobnie jeśli chodzi o lekturę "Chwili na miłość". Żyjemy niestety w takim świecie, że reklama jest w stanie sprzedać wszystko, nawet największy gniot, a okładka i gadżety związane z nową pozycją czynią z niej bestseller. Tym samym nie pozostaje na rynku zbyt dużo przestrzeni dla książek dobrych, które muszą obronić się same, no ale od czego jest poczta pantoflowa. 

Jest w opowiadaniach Janusza Miki przede wszystkim chyba niedopowiedzenie. Taka jakaś przestrzeń, która pozostaje kiedy wybrzmi już ostatnie zdanie, chociaż ono samo paradoksalnie czasem potrafi być tak dosadne jak tylko się da. Mimo to czytelnik, a w każdym razie ten tutaj niżej podpisany, pozostaje właśnie z taką jakąś czarną dziurą, którą może wypełnić tylko jego wyobraźnia. Wszystkie 24 utwory, które złożyły się na ten zbiór stanowią mieszankę stylów i tak naprawdę będzie tu miejsce na bardzo szeroki wachlarz gatunkowy, a struny jakie Janusz Mika poruszy w nas za pomocą swych opowiadań stworzą całą gamę począwszy od tych sentymentalnych, a na nutach grozy kończąc. Wraz z jego bohaterami wybierzemy się w podróż nie tylko po krakowskich zakamarkach, ale przede wszystkim poznamy najskrytsze ścieżki ludzkiej duszy ze schowanymi na jej dnie sekretami.

Ludzie u Janusza Miki ukazują się nam tylko na moment, a mimo to przy użyciu kilku zdań są w stanie wzbudzić w nas masę emocji i raz poraz budzą w nas odrazę, współczucie, czy też zwykłą litość, czasem nawet przerażenie. Potrafią nas zaskoczyć, wzbudzić refleksję nad kruchością i przypadkowością naszego ludzkiego losu, ale przede wszystkim chyba uczą nas, że stereotypowe postrzeganie może sprowadzić na manowce bardziej niż byśmy się tego spodziewali. W opowiadaniach tu zawartych może okazać się zwykłym bandziorem, a belfer nad którym się litujemy, gdyż nie potrafi się obronić przed złośliwością że strony swych uczniów okazuje się chować trupa w szafie ( no nie dosłownie oczywiście :D) Ironia, czasem sarkazm to nieodłączni towarzysze bohaterów Janusza Miki, a to co mocno wybrzmiewa na koniec lektury to potrzeba zdystansowania się do siebie i świata, a co za tym idzie chęć puszczenia wodzy wyobraźni tak jak czyni to autor "24 na dobę"

Polecam serdecznie tę książkę każdemu niezależnie od waszych preferencji gatunkowych i nie radzę się jakoś szczególnie nastawiać na to co tu znajdziecie bo myślę, że będzie to zupełnie coś innego niż się spodziewacie. Mi osobiście bardzo się podobało i cieszę się, że dobra literatura potrafi przetrwać i dotrzeć do czytelnika nawet na przekór prawom rynku, bo jak się okazuje "podaj dalej" jest w stanie konkurować z wielkim marketingiem

piątek, 22 września 2017

Folwark zwierzęcy - George Orwell






Są takie lektury, które dla ich zrozumienia i odpowiedniej interpretacji potrzebują by czytelnik dojrzał i dlatego po ponownej przygodzie z "Folwarkiem zwierzęcym" Orwella mogę w końcu stwierdzić, że w pełni doceniam fenomen i dociera do mnie przekaz tego wybitnego dzieła. Myślę sobie przy tej okazji, iż warto tak już na dojrzale, po latach wrócić do tych lektur szkolnych, które zniechęcały mnie przede wszystkim tym, że "trzeba" je było czytać, ale też i pewnie dlatego iż nie byłem na nie jeszcze wtedy gotów.

"Folwark zwierzęcy" to przede wszystkim doskonała satyra na rosyjską rewolucję, ale jej przesłanie nie kończy się na tym aspekcie. Jest to krytyczne spojrzenie na wszelkiego rodzaju rewolucje, które zdaniem Orwella skazane są po jakimś czasie na ideologiczną porażkę z uwagi na postępujące zepsucie swych przywódców, którzy po dojściu do władzy zapominają o ideałach, a do głosu zaczynają dochodzić egoistyczne przesłanki o partykularne interesy. Dzieje się tak z uwagi na bierną postawę mas, których zadaniem powinno być według Orwella dążenie do wymiany liderów po zrealizowaniu przez nich zadania jakim jest dokonanie przewrotu. Warunki towarzyszące walce i zadania, które stają przed rządzącymi w okresie pokoju to dwie różne sprawy i choćby dlatego stery powinny być przejęte przez masy wystarczająco szybko, bo w przeciwnym razie cele przewrotu zostaną zatracone.

Uniwersalny wydźwięk książki Orwella jest tym bardziej zasługujący na uwagę, iż był on od zawsze zwolennikiem lewicy. Przedstawiony zatem przez niego obraz zdegenerowanych elit i wyzysku mas w imię pięknych haseł zyskuje więc jeśli chodzi o obiektywny obraz. Jego rozgoryczenie postawą Wielkiej Brytanii wobec sojusznika w postaci Związku Radzieckiego jest tym większe iż wiązało się to z cenzurą w ramach publicznej dyskusji, co bezpośrednio spotkało zresztą samego Orwella. Świadczą o tym jego refleksje zawarte w przedmowie, która zresztą pomaga w lepszej interpretacji dzieła. Autor nie zostawia bowiem wątpliwości co do swych zamiarów przy pisaniu "Folwarku..." i co do przyczyn, które utrudniały temu dziełu ujrzenie światła dziennego.

Manipulacje że strony władzy, dbanie o zachowanie przywilejów i tworzenie alternatywnej rzeczywistości, w którą uwierzyła duża część mas są w "Folwarku zwierzęcym" chyba jeszcze bardziej widoczne i budzą ( przynajmniej u mnie) jeszcze większy gniew niż miało to miejsce w "Roku 1984". W moim odczuciu, choć forma w jakiej przemawia do nas Orwell w obu przypadkach jest zgoła inna to alternatywna rzeczywistość przedstawiona przy pomocy dystopii jest równie przerażająca co ta opisana przy użyciu satyry. Inteligencja i humor że strony mistrza dorównują trafności jego spostrzeżeń co do mechanizmów systemów totalitarnych, a na dodatkową odwagę zasługuje również odwaga w mówieniu rzeczy niewygodnych i niepopularnych w tamtym okresie.

"Folwark zwierzęcy" jak już wspomniałem wcześniej jest dziełem uniwersalnym, a mimo że autor wprost wskazuje na konkretne wydarzenia, które stały się celem tejże satyry, to trudno nie doszukać się tu również analogii do sytuacji w naszym kraju, gdzie z łatwością można odnaleźć znajome nuty. Smutne to zwłaszcza kiedy weźmiemy pod uwagę bierność mas, które niczym owce u Orwella bezmyślnie powtarzają tą samą modłę i bezkrytycznie ufają tym, którzy żerują na irracjonalnym strachu przed zagrożeniem którego tak naprawdę nie ma. Tak samo też jak folwarczne świnie manipulują faktami, tak i też stawiane nam są przed oczami zakłamane "paski informacyjne" i rozmaite sondaże piorące co słabsze umysły. Tym bardziej warto czytać Orwella. Z tym że czytać należy go ze zrozumieniem, a ja już ostrzę sobie apetyt na kolejne jego książki.