czwartek, 12 października 2017

Dziewiąty grób - Stefan Ahnhem



Stefan Ahnhem i jego cykl kryminalny z Fabianem Riskiem już jakoś tak zadomowił się na mojej półce w audiotece, że nie wyobrażam sobie innej sytuacji jak śledzenie kolejnych przygód tego śledczego właśnie w formie audiobooka i do tego w towarzystwie rewelacyjnego Mariusza Bonaszewskiego. "Dziewiąty grób" zgodnie z oczekiwaniami to kolejna po "Ofierze bez twarzy" dawka mocnych wrażeń, a Pan Mariusz znowu daje radę.

Jak to zwykle bywa z debiutami, mają one jeszcze pewne niedociągnięcia i mankamenty, które jednak u dobrych autorów zostają poprawione w kolejnych książkach. Tak właśnie dzieje się u Stefana Ahnhema. Wprawdzie "Ofiara bez twarzy" bardzo mi się podobała i nie zawiera zbyt wiele braków, aczkolwiek "Dziewiąty grób" jest według mnie książką lepszą, bardziej dopracowaną, a sama intryga jest jeszcze bardziej skomplikowana, a przy tym trzyma się kupy i moim zdaniem nie jest w żaden sposób naciągana. Czytelnik jest raz za razem wprowadzany w błąd, a kiedy już zaczyna mu się wydawać, że wszystko wie to okazuje się że tak naprawdę jest w wielkim błędzie. Nawet na samym niemal końcu kiedy już dane nam będzie poznać sprawcę, napięcie nie mija gdyż wtedy z kolei przyjdzie nam z zapartym tchem śledzić wyścig Policji z... W tej książce nic nie jest takie jak wydaje się być i to jest bodaj najlepszą rekomendacją dla każdego thrillera.

Postać Fabiana Riska może niektórych irytować swoim niezdecydowaniem zwłaszcza jeżeli chodzi o życie osobiste i rozterki sercowe, natomiast mnie osobiście ta lekka nieudolność przekonuje jeszcze bardziej do śledczego Riska. Staje się on bowiem jeszcze bardziej realny, ludzki poprzez swoje niedoskonałości. Poza tym, wprost proporcjonalnie do nieporadności w życiu osobistym Fabian imponuje skutecznością i przede wszystkim intuicją jeżeli chodzi o swoją pracę. Jego instynkt i nos niczym u psa gończego nie pozwalają na to by zwieść się fałszywym tropom i wabikom pozostawianych przez sprawcę grupie pościgowej.

Przyznam szczerze, iż drażnią mnie wszelkiego rodzaju porównania i marketingowe chwyty promujące pisarzy takich jak Ahnhem na plecach znanych już królów thrillerów jak choćby Jo Nesbo. Więcej z tego zniechęcenia i kreciej roboty niż potencjalnych czytelników. Myślę sobie, że książki Stefana Ahnhema są  w stanie skutecznie obronić się same i nie potrzeba tu sztucznego napędzania popytu. Podobnie jak miało to miejsce w przypadku "Ofiary bez twarzy" tak i "Dziewiąty grób" to historia z najwyższej półki i bez żadnych wątpliwości polecam ją fanom mocnej jazdy z pod znaku skandynawskich thrillerów, gdzie wątek obyczajowy jest w stanie iść w parze z naprawdę brutalną historią kryminalną. Bez względu więc na to czy podobał się wam Nesbo czy Larsson, warto dać szansę Ahnhemowi bo jego Fabian Risk jest w stanie uciagnąć intrygę najwyższych lotów. 

piątek, 6 października 2017

Mężczyźni objaśniają mi świat - Rebecca Solnit



Jeśli facet sięga po książkę taką jak ta to często spotyka się conajmniej że zdziwieniem, czasem z politowaniem, a w skrajnych przypadkach budzi się w stosunku do niego dziwna podejrzliwość. Stwierdzić wtedy, że taki po prostu mamy klimat to popełnić coś więcej niż nietakt. Bardziej należałoby jednak moim zdaniem celować w tezę i nie bójmy się tego mówić wprost, iż jest to jeden z przejawów nierówności na poziomie płci i akceptacja takiego stanu rzeczy równa się z uznaniem dla tej bądź co bądź patologicznej sytuacji. 

Przyznam szczerze, że nie spodziewałem się po tej książce aż tak głębokiej diagnozy jeśli chodzi o problemy kobiet w świecie, który jak się okazuje rzeczywiście jest mocno zdominowany przez męską perspektywę. Czasem zwykła zmiana punktu widzenia może zdziałać naprawdę cuda jeśli chodzi o obserwację pewnych istotnych zjawisk społecznych. Niby nie jest to jakieś odkrycie, ale niestety często o tym zapominamy kiedy trzymamy głowę we własnym tyłku. Od razu zastrzegam w tym miejscu, iż nie oceniam i nie wytyka nikogo palcami, bo kiedy o tym piszę mam na myśli przede wszystkim własną osobę. Jest to dla mnie tym bardziej zaskakujące odkrycie gdyż gdzieś tam zawsze miałem się za osobę tolerancyjną i co chyba najważniejsze daleki mi był męski szowinizm i protekcjonalizm. Oczywiście nie jest tak, iż na skutek lektury esejów autorstwa Rebecci Solnit nie odkryłem w sobie jakiejś ukrytej nienawiści i podszytych przemocą zachowań wobec kobiet, no ale niestety muszę przyznać, że sformułowanie "nie wszyscy mężczyzni" często gości w moim słowniku. Gdyby tłumaczyć i wyjaśniać w tym momencie wszystko, łacznie z kontekstem tego sformułowania, nie było by wtedy sensu sięgać po tę książkę więc zainteresowanych odsyłam do lektury.

Teksty, które znajdziemy w tej książce zwracają naszą uwagę na fakt, iż żyjemy w kulturze, która w znacznym stopniu daje przyzwolenie mężczyźnie na dominację w relacji z kobietą. Czasami dzieje się to wprost i zarazem przy użyciu brutalnych metod, kiedy fakt ten odbywa się na zasadzie gwałtu, a innym razem mamy do czynienia z dewaluacją, ośmieszaniem czy protekcjonalnym traktowaniem. Wszystkie te sytuacje łączy fakt, iż u podłoża tych zachowań leży przekonanie o prawie do decydowania za kobietę w większości istotnych kwestii dotyczących jej ciała, uczuć, przekonań, a w rezultacie całego życia. Dochodzi tym samym do paradoksalnych sytuacji, kiedy to za gwałt obwiniana jest sama ofiara, a to z uwagi na wygląd, a to przez ubiór, innym razem przez gesty i choćby sam fakt, iż "na własne życzenie"  znalazła się w "ryzykownej sytuacji". Ten sposób myślenia jest tak mocno zakorzeniony w naszej kulturze, iż przyznam szczerze, że kiedy analizowałem swój sposób myślenia to sam złapałem się na pewnych automatyzmach w takim toku myślenia. Zresztą sam fakt, iż w strategiach obrony kobiet większą uwagę skłania się w kierunku instruowania ich w kwestiach tego jak zapobiegać atakom na własną osobę ( sztuki walki, odpowiedni wybór, nie wychodzenie samej po zmroku, bądź w niebezpieczne miejsca) zamiast uderzając w przemocowe wzorce i zachowania u mężczyzn zaraz u ich zarania, budzi coś na kształt odrazy u każdego kto pozwoli sobie na uczciwy ogląd i ocenę tych zjawisk.

Wiele instrumentów stosowanych jest do tego, aby utrwalić w społeczeństwie patriarchalny model, poczynając od sformułowań językowych, które wzmacniają i bronią pewnych patologicznych tak naprawdę zachowań i postaw ( co dzieje się paradoksalnie w dobie tak aktywnych przecież ruchów wolności owych), a na dyskredytacji postulatów feministcznych kończąc. Najsmutniejsze jest chyba to, iż w tym całym procederze biorą też udział same kobiety, to jest te z nich, które bronią modelu kobiety jako matki, gospodyni, poslusznej mężczyźnie i nastawionej na zaspokajanie jego potrzeb kosztem swoich. Oczywiście mają prawo żyć po swojemu, nawet jeśli tym samym rezygnują z rozwoju i elementarnych praw, szkoda tylko że jednocześnie przy tym dołączają się często do tych mężczyzn, którzy atakują kobiety mające ochotę żyć inaczej realizując się zawodowo, rozwijając swoje pasje i zachowania, żyjąc w związkach nastawionych na inne cele niż tzw. model tradycyjny itp. Kiedy czyta się komentarze krytyczne 

Upolitycznianie roli kobiet poprzez prawne dyspozycje odnośnie własnego ciała, życia i myślenia, które zdawały się odchodzić do lamusa znowu przeżywają renesans przynajmniej w naszym kraju.  Plany dotyczące zmian w prawie, dyskusje na poziomie mikro i makro coraz częściej zniżają się do poziomu rynsztokowego, kiedy zwyczajnie dochodzi do lżenia kobiet, które biorą udział w marszach w obronie swych praw czy głośno mówią o swojej krzywdzie. Marginalizacja tych problemów, wyparcie ich że świadomości społeczeństwa odbywa się już nawet nie przy cichym lecz jawnym wsparciu rządzących. Tym bardziej zyskują na wartości książki jak ta, której autorką jest Rebecca Solnit i myślę, że powinna ona trafić pod rozwagę każdego dla kogo idee takie jak wolność i równość mają znaczenie. Gorąco polecam książkę "Mężczyźni objaśniaja mi świat" 

sobota, 30 września 2017

24 na dobę - Janusz Mika




Nie dane by mi było pewnie przeczytać tych opowiadań gdyby nie pewna sympatyczna osoba, która podarowała mi tom autorstwa Janusza Miki. Szczerze mówiąc, nie słyszałem do tej pory o tym autorze, a że do Joanny Stovrag (bo ona umożliwiła mi zapoznanie się z "24 na dobę") żywię ogromną sympatię to jakoś tak z góry założyłem sobie, iż nie zaszkodzi przecież dać tej książce szansy zwłaszcza, że lubię krótkie formy. Z Joanną zresztą było podobnie jeśli chodzi o lekturę "Chwili na miłość". Żyjemy niestety w takim świecie, że reklama jest w stanie sprzedać wszystko, nawet największy gniot, a okładka i gadżety związane z nową pozycją czynią z niej bestseller. Tym samym nie pozostaje na rynku zbyt dużo przestrzeni dla książek dobrych, które muszą obronić się same, no ale od czego jest poczta pantoflowa. 

Jest w opowiadaniach Janusza Miki przede wszystkim chyba niedopowiedzenie. Taka jakaś przestrzeń, która pozostaje kiedy wybrzmi już ostatnie zdanie, chociaż ono samo paradoksalnie czasem potrafi być tak dosadne jak tylko się da. Mimo to czytelnik, a w każdym razie ten tutaj niżej podpisany, pozostaje właśnie z taką jakąś czarną dziurą, którą może wypełnić tylko jego wyobraźnia. Wszystkie 24 utwory, które złożyły się na ten zbiór stanowią mieszankę stylów i tak naprawdę będzie tu miejsce na bardzo szeroki wachlarz gatunkowy, a struny jakie Janusz Mika poruszy w nas za pomocą swych opowiadań stworzą całą gamę począwszy od tych sentymentalnych, a na nutach grozy kończąc. Wraz z jego bohaterami wybierzemy się w podróż nie tylko po krakowskich zakamarkach, ale przede wszystkim poznamy najskrytsze ścieżki ludzkiej duszy ze schowanymi na jej dnie sekretami.

Ludzie u Janusza Miki ukazują się nam tylko na moment, a mimo to przy użyciu kilku zdań są w stanie wzbudzić w nas masę emocji i raz poraz budzą w nas odrazę, współczucie, czy też zwykłą litość, czasem nawet przerażenie. Potrafią nas zaskoczyć, wzbudzić refleksję nad kruchością i przypadkowością naszego ludzkiego losu, ale przede wszystkim chyba uczą nas, że stereotypowe postrzeganie może sprowadzić na manowce bardziej niż byśmy się tego spodziewali. W opowiadaniach tu zawartych może okazać się zwykłym bandziorem, a belfer nad którym się litujemy, gdyż nie potrafi się obronić przed złośliwością że strony swych uczniów okazuje się chować trupa w szafie ( no nie dosłownie oczywiście :D) Ironia, czasem sarkazm to nieodłączni towarzysze bohaterów Janusza Miki, a to co mocno wybrzmiewa na koniec lektury to potrzeba zdystansowania się do siebie i świata, a co za tym idzie chęć puszczenia wodzy wyobraźni tak jak czyni to autor "24 na dobę"

Polecam serdecznie tę książkę każdemu niezależnie od waszych preferencji gatunkowych i nie radzę się jakoś szczególnie nastawiać na to co tu znajdziecie bo myślę, że będzie to zupełnie coś innego niż się spodziewacie. Mi osobiście bardzo się podobało i cieszę się, że dobra literatura potrafi przetrwać i dotrzeć do czytelnika nawet na przekór prawom rynku, bo jak się okazuje "podaj dalej" jest w stanie konkurować z wielkim marketingiem

piątek, 22 września 2017

Folwark zwierzęcy - George Orwell






Są takie lektury, które dla ich zrozumienia i odpowiedniej interpretacji potrzebują by czytelnik dojrzał i dlatego po ponownej przygodzie z "Folwarkiem zwierzęcym" Orwella mogę w końcu stwierdzić, że w pełni doceniam fenomen i dociera do mnie przekaz tego wybitnego dzieła. Myślę sobie przy tej okazji, iż warto tak już na dojrzale, po latach wrócić do tych lektur szkolnych, które zniechęcały mnie przede wszystkim tym, że "trzeba" je było czytać, ale też i pewnie dlatego iż nie byłem na nie jeszcze wtedy gotów.

"Folwark zwierzęcy" to przede wszystkim doskonała satyra na rosyjską rewolucję, ale jej przesłanie nie kończy się na tym aspekcie. Jest to krytyczne spojrzenie na wszelkiego rodzaju rewolucje, które zdaniem Orwella skazane są po jakimś czasie na ideologiczną porażkę z uwagi na postępujące zepsucie swych przywódców, którzy po dojściu do władzy zapominają o ideałach, a do głosu zaczynają dochodzić egoistyczne przesłanki o partykularne interesy. Dzieje się tak z uwagi na bierną postawę mas, których zadaniem powinno być według Orwella dążenie do wymiany liderów po zrealizowaniu przez nich zadania jakim jest dokonanie przewrotu. Warunki towarzyszące walce i zadania, które stają przed rządzącymi w okresie pokoju to dwie różne sprawy i choćby dlatego stery powinny być przejęte przez masy wystarczająco szybko, bo w przeciwnym razie cele przewrotu zostaną zatracone.

Uniwersalny wydźwięk książki Orwella jest tym bardziej zasługujący na uwagę, iż był on od zawsze zwolennikiem lewicy. Przedstawiony zatem przez niego obraz zdegenerowanych elit i wyzysku mas w imię pięknych haseł zyskuje więc jeśli chodzi o obiektywny obraz. Jego rozgoryczenie postawą Wielkiej Brytanii wobec sojusznika w postaci Związku Radzieckiego jest tym większe iż wiązało się to z cenzurą w ramach publicznej dyskusji, co bezpośrednio spotkało zresztą samego Orwella. Świadczą o tym jego refleksje zawarte w przedmowie, która zresztą pomaga w lepszej interpretacji dzieła. Autor nie zostawia bowiem wątpliwości co do swych zamiarów przy pisaniu "Folwarku..." i co do przyczyn, które utrudniały temu dziełu ujrzenie światła dziennego.

Manipulacje że strony władzy, dbanie o zachowanie przywilejów i tworzenie alternatywnej rzeczywistości, w którą uwierzyła duża część mas są w "Folwarku zwierzęcym" chyba jeszcze bardziej widoczne i budzą ( przynajmniej u mnie) jeszcze większy gniew niż miało to miejsce w "Roku 1984". W moim odczuciu, choć forma w jakiej przemawia do nas Orwell w obu przypadkach jest zgoła inna to alternatywna rzeczywistość przedstawiona przy pomocy dystopii jest równie przerażająca co ta opisana przy użyciu satyry. Inteligencja i humor że strony mistrza dorównują trafności jego spostrzeżeń co do mechanizmów systemów totalitarnych, a na dodatkową odwagę zasługuje również odwaga w mówieniu rzeczy niewygodnych i niepopularnych w tamtym okresie.

"Folwark zwierzęcy" jak już wspomniałem wcześniej jest dziełem uniwersalnym, a mimo że autor wprost wskazuje na konkretne wydarzenia, które stały się celem tejże satyry, to trudno nie doszukać się tu również analogii do sytuacji w naszym kraju, gdzie z łatwością można odnaleźć znajome nuty. Smutne to zwłaszcza kiedy weźmiemy pod uwagę bierność mas, które niczym owce u Orwella bezmyślnie powtarzają tą samą modłę i bezkrytycznie ufają tym, którzy żerują na irracjonalnym strachu przed zagrożeniem którego tak naprawdę nie ma. Tak samo też jak folwarczne świnie manipulują faktami, tak i też stawiane nam są przed oczami zakłamane "paski informacyjne" i rozmaite sondaże piorące co słabsze umysły. Tym bardziej warto czytać Orwella. Z tym że czytać należy go ze zrozumieniem, a ja już ostrzę sobie apetyt na kolejne jego książki. 

sobota, 16 września 2017

Chłopiec z Aleppo, który namalował wojnę - Sumia Sukkar




Jakoś tak po cichu, bez echa przemknęła ta książka na naszym rynku wydawniczym. Swego czasu rzuciła mi się w oczy okładka, ale zwyczajnie nie wczułem się w klimat i nie zwróciłem wtedy większej  uwagi na tę pozycję. Szczerze mówiąc, pomimo tego iż ostatecznie bardzo przypadła mi do gustu ta historia to wciąż nie jestem przekonany do projektu okładki, która moim zdaniem bardziej zniechęca niż intryguje.

"Chłopiec z Aleppo, który namalował wojnę" to debiut, ale ten z rodzaju gdzie czytelnik ( tudzież ja) rozdziawia japę i wydaje okrzyk "Wow!". Jest to powieść bardzo emocjonalna, poruszająca ważny temat i myślę, że powinni go wziąć pod uwagę przede wszystkim Ci, którym tak łatwo przychodzi ocena uchodźców i ich motywacji przy próbie osiedlenia się w Europie. Piekło wojny w Syrii zostało w książce Sukkar oddane w sposób bardzo sugestywny, a specyficzny punkt widzenia narratora, którym jest autentyczny chłopiec jeszcze dodaje grozy całej historii. 14-letni Adam wprowadza nas w wydarzenia, które położyły piętno na jego kraju poczynając od pierwszych sygnałów wzbudzających niepokój, a na ucieczce w ochronie resztek godności i przede wszystkim życia kończąc. Wraz z nim poznajemy jego rodzinę, której wszyscy członkowie bez wyjątku, czy to kobiety czy mężczyźni przejdą prawdziwą gehennę zanim zaczną salwować się ucieczką. 

Dla dorastającego chłopca wydawać by się mogło, że nic bardziej nie jest w stanie zaburzyć jego świata niż śmierć kogoś kto najlepiej go rozumiał, to jest jego matki. Tym bardziej jeżeli ma on duże trudności w zyskaniu tegoż zrozumienia i akceptacji że strony rówieśników, co z kolei wynika z jego trudności poznawczych. Wprawdzie siostra Adama stara się wypełnić pustkę po śmierci matki i opiekuje się nim jak tylko potrafi, ale trudno jest zapewnić poczucie bezpieczeństwa w przypadku takiej właśnie traumy. Jakby tego było mało wybucha powstanie. Jak to zwykle bywa przy wszelkiego rodzaju przewrotach, na początku jest bardzo romantycznie o powietrze przepełnia nadzieja i atmosfera uniesienia. Szybko jednak ustępują one krwawemu terrorowi reżimu, który próbuje ten przewrót zdławić, a najbardziej poszkodowanymi będą niestety cywile.

Jak odnaleźć się w sytuacji kiedy nie ma co jeść? Jak odróżnić przyjaciół od wrogów? Jak poradzić sobie z kolejnymi stratami i jak pojąć to co tak naprawdę z założenia jest niepojęte? Z takimi dylematami przyszło się zmierzyć bohaterowi książki "Chłopiec z Aleppo, który namalował wojnę". Sumia Sukkar pozwala nam wczuć się w sytuację dziecka, które wraz ze swoimi bliskimi przeżywa gehennę. Ktoś może powie, że takich książek jest wiele, ale chyba jednak ciągle za mało jeśli obserwować reakcje choćby w naszym kraju na ewentualność udzielenia schronienia imigrantom między innymi z terenów objętych wojną. Wojna dotyka każdego bez wyjątku, dzieci, kobiety i mężczyzn. Wobec jej okrucieństwa nikt nie pozostaje bezpieczny stąd też dziwić może wybiórczość w kwestii komu należy się a komu nie należy pomoc i schronienie. Taką właśnie prawdę wyniosłem ja z książki którą popełniła Sumia Sukkar, a zrobiła to w taki sposób jakby sama była naocznym świadkiem przedstawionych tu wydarzeń. Może tak jak jej główny bohater malował wojnę, tak i ona swoją powieścią namaluje empatię w sercach tych najbardziej zatwardziałych. 

niedziela, 10 września 2017

Pogorzelisko ( 2010) - Denis Villeneuve



"Pogorzelisko" jest jednym z najważniejszych filmów jakie widziałem w swoim życiu i nie przesadzam ani trochę pisząc te słowa. Długo dałem mu czekać zważywszy, że już ładne parę lat temu polecał mi ten film znajomy zaznaczając, iż trzeba go po prostu zobaczyć. No cóż, wtedy zareagowałem podobnie jak pewnie większość czytających początek tej opinii, to znaczy że sporym sceptycyzmem. Pozostaje mi mieć nadzieję, że się go jednak wyzbędziecie.

Bliźnięta Simon i Jeanne w momencie śmierci swojej matki zostaną poddani największej próbie w swoim życiu. Podczas czytania testamentu dowiadują się nie tylko o tym, iż ich ojciec żyje ale też, że mają brata o którego istnieniu dotąd nie wiedzieli. Matka zostawiła przed nimi pewną misję do wykonania. Otóż mają dostarczyć swemu ojcu i bratu zapieczętowane listy, a wtedy dopiero mogą dokończyć płytę na jej nagrobku. Dopóki obietnica, której jej nie udało się spełnić osobiście nie zostanie spełniona dopóty ona spoczywać będzie w nienazwanym grobie. Jaką historię swego pochodzenia odkryją bliźnięta? Jak wpłynie ona na ich dalsze życie i z jakimi traumami przyjdzie im sobie poradzić? O tym dowiemy się krok po kroku składając do kupy poszczególne elementy układanki, które na początku rodzą kolejne pytania zamiast dawać oczekiwane odpowiedzi.

Nie chciałabym zbytnio zdradzać więcej odnośnie samej treści "Pogorzeliska", gdyż sam na szczęście uniknąłem spojlerów czytając fragmenty recenzji tego filmu w sieci i dzięki temu zrobił on maksymalne wrażenie jakie chyba mógł zrobić na widzu, który pozwoli sobie na przeżywaniu obrazu Denisa Villeneuve w skupieniu. Nie będę też z wiadomych względów rozpisywał się nad kunsztem reżysera i innych jego walorach technicznych, bo filmoznawcą czy krytykiem nawet domorosłym nie jestem. To co skłoniło mnie do napisania tej opinii, to przesłanie tego filmu, które mimo iż historia dotyczy wojny domowej w Libanie i tamtejszej specyfiki społecznej jest jak najbardziej przesłaniem uniwersalnym i co najważniejsze bardzo istotnym z punktu widzenia obecnych wydarzeń i zachodzących procesów społecznych, które są co najmniej niepokojące. Obraz Villeneuve porusza bowiem kwestie związane z winą, odkupieniem, nienawiścią i przebaczeniem. Mówi o fundamentalnych wartościach człowieka, które zatracają się w momencie nastania nurtów nacjonalistycznych i fundamentalistycznym podejściu do wiary. Opowiada o znaczeniu pochodzenia i roli traumy z przeszłości na podejmowane przez nas w późniejszym życiu decyzje, które to traumy zniekształcają często nasze wybory, a nawet je odczłowieczają.

Żyjemy w czasach kiedy postawy nacjonalistyczne nie tylko zaczynają być obdarzane przez rządzące "elity" ( mam trudność z tym terminem w odniesieniu do osób które znalazły się w obozie wpływów na losy nie tylko naszego kraju, ale i większości Europy i Świata stąd też cudzysłów) poparciem, ale wręcz są promowane jako jeden z elementów kontroli nad wpędzanym w paranoję i schizofrenię społeczeństwem. W czasach kiedy pojęcie fundamentalizmu jest błędnie odnoszone wyłącznie do islamu podczas gdy tendencje fundamentalistyczne są obecne w większości wyznań o religii. Do tego dochodzą coraz bardziej widoczne tendencje do podkreślania różnic, zawłaszczania symboli, rozdrapywania ran i jątrzenia. Szczególnie dziś więc wydaje się na nowo aktualne to o czym mówi historia ukazana przez Villeneuve. Jest to swego rodzaju psychodrama, a przy tym również okazja do przyjrzenia się wciąż powtarzającym się konsekwencjom tego wszystkiego o czym przed chwilą pisałem, a te są przerażające. Emocji jest taki ogrom, że po zakończeniu seansu z mych ust automatycznie poniosło się "Ja pierdole..." Gniew, bezsilność, smutek, żal to tylko niektóre z tych emocji które przychodzą mi teraz do głowy, a wszystko to włącznie z przygnębiającą refleksją - "Dlaczego ludzie nie chcą się uczyć na błędach poprzednich pokoleń i narodów tylko wciąż na siłę chcą je powtarzać na własnych skórach, kiedy to najczęściej cierpią przecież Ci najsłabsi". Taka już chyba jednak ta nasza natura.

"Pogorzelisko" to film który nie tylko powinien być polecany i rozpowszechniany wśród znajomych i przyjaciół, ale filmy tego typu powinny wchodzić do kanonu wychowania na tej samej zasadzie jak choćby  wizyta w Obozach Zagłady - ku przestrodze i pamięci. Tyle, że pamiętać należy by przy okazji  mówić, mądrze interpretować, pomagać zrozumieć, bo zmiany w sposobie widzenia świata wśród ogłupianych propagandą ludzi zaszły już za daleko i pewna perspektywa wydaje się dla niektórych zbyt abstrakcyjna. Świadczyć o tym może choćby to co udało mi się przeczytać w niektórych opiniach o tym filmie, gdzie znalazły się i takie które mówią o braku odczuwanych emocji i nudzie - O zgrozo!


piątek, 8 września 2017

Pokolenie Ja - Michael Nast



Bardzo lubię od czasu do czasu poczytać o relacji, o różnych aspektach ją wzmacniających oraz tych, które ją osłabiają, a czasem wręcz zaburzają. Michael Nast napisał książkę o tytule mocnym i prowokującym, która dotyczy pokolenia "niezdolnego do relacji". Czy rzeczywiście jest aż tak źle? Myślę, że każdy kto przeczyta ten zbiór esejów Nasta i pozwoli sobie na odrobinę refleksji i krytycyzmu odnajdzie tu momentami siebie, innym  razem swych bliskich bądź też znajomych.

"Pokolenie Ja" to pokolenie dzisiejszych 30-40 latków, które przez autora nie zostało zdiagnozowane zbyt pozytywnie. Warto jednak moim zdaniem wyzbyć się reakcji obronnych w rodzaju wyparcia ( co wedle Nasta jest jednym z podstawowych mechanizmów stosowanych przez to pokolenie by uniknąć konfrontacji z pustką duchową ) i przeanalizować to co znajduje się w tych esejach, bo diagnoza jest jak najbardziej trafna. Rozwój internetu, mediów społecznościowych, telefonia komórkowa i tworzenie sztucznych potrzeb z jednej strony usprawniły komunikację, a z drugiej znów paradoksalnie przeniosły ją z wymiaru realnego w wirtualny. Regułą stało się stawianie życia osobistego na jednym z ostatnim miejsc jeśli chodzi o listę priorytetów. Znacznie wyżej stoi rozwój zawodowy, samodoskonalenie się, eksploracja świata i wszelkiego rodzaju zainteresowania własne. Bardzo często ludzie funkcjonują na takim poziomie intensywnością jeśli chodzi o o te sfery, że na prawdziwą, bliską relację z drugą osobą zwyczajnie nie ma czasu ani wystarczającej przestrzeni. 

Inną istotną kwestią wedle Nasta jest wieczna pogoń za ideałem i niska tolerancja na wady i niedoskonałości u drugiej osoby. Społeczeństwo tworzy niedoścignione tak naprawdę wzorce zachowań i postaw w ramach relacji z drugim człowiekiem, co z kolei wiąże się z rosnącą frustracją wynikającą z pościgu za niemożliwym. Reprezentanci "pokolenia Ja" żonglują partnerami, z ogromną łatwością wchodzą i wychodzą z kolejnych relacji, z tym że bardzo rzadko mamy do czynienia z relacjami głębokimi. Szacunek do drugiego człowieka, wierność i empatia to towary deficytowe. Ludzie zamienili się w kolekcjonerów i o ile kolekcjonowanie kolejnych "lajków" może być traktowane z przymrużeniem oka, to już zaliczanie rozlicznych  partnerów seksualnych wystawia obrzydliwą laurkę dla naszych czasów. Wprost proporcjonalnie do rozwoju serwisów społecznościowych typu Facebook czy Tinder wzrasta liczba ludzkich awatarów nastawionych nie na bycie sobą lecz na nieustanną kreację. Wystudiowane pozy, sztucznie modelowany wizerunek stał się czymś zupełnie normalnym q wszystko to przyczynia się do sztuczności i pozorowanych relacji na gruncie interpersonalnym.

Wraz z tymi wszystkimi, opisanymi wyżej negatywnymi zjawiskami i wszechobecnym egocentryzmem wzrasta zastraszająco liczba osób z zaburzeniami osobowości. Najczęściej spotykane z nim to osobowości typu borderline, czyli tzw. osobowość pogranicza. Można sobie wyobrazić prawdopodobny rozwój wypadków na przestrzeni następnych lat i nie są to w żadnym wypadku optymistyczne prognozy. Czy jest w takim razie jakakolwiek szansa na opamiętanie? Ciężko będzie o zatrzymanie obecnej tendencji do której zmierza ludzkość gdyż rozwój technologiczny, mnogość sztucznie wygenerowanych potrzeb oraz tempo z jakim toczy się nasze życie nie dają nam zbyt wielu szans na autorefleksję. Tym bardziej polecam lekturę książki "Pokolenie Ja", bo podobnie jak opisywane przeze mnie swego czasu na blogu książki z serii "Wystarczająco dobrze" jest to doskonała okazja dla autodiagnozy.