sobota, 9 czerwca 2018

Opowiadania bizarne - Olga Tokarczuk



"Opowiadania bizarne" Olgi Tokarczuk są trochę jak serial "Czarne lustro". Autorka podobnie jak flagowiec Netflixa zagląda w najgorsze lęki człowieka przed sobą samym i tym do czego może doprowadzić w niedalekiej przyszłości. Formy, choć krótkie i czasem niepozorne stawiają raz po raz pytania o charakterze egzystencjalnym. To właśnie uwielbiam u Tokarczuk, że nie da się po lekturze tak łatwo zapomnieć i człowiek nadal myśli, mieli, stawia pytania.

Od kiedy tylko usłyszałem o premierze "Opowiadań bizarnych", wiedziałem że chcę przeczytać tę książkę. Tokarczuk w połączeniu z bizarre - to musi być dobre. Jeszcze bardziej mój apetyt się zaostrzył kiedy przeczytałem wywiad z autorką na łamach Krytyki Politycznej. Nie zawiodłem się gdyż zbiór opowiadań autorstwa Olgi Tokarczuk wciąga od pierwszego do ostatniego, a mimo że są to opowieści zróżnicowane pod względem miejsca, czasu akcji jak również gatunku to łączy je apel ze strony autorki o opamiętanie. Nie zauważamy natury, gardzimy nią, jesteśmy jako ludzie zbyt zadufani w sobie żeby zadać pytanie: Na jakiej podstawie przyznaliśmy sobie prawo do zdominowania natury i traktowania jej przedmiotowo? Nie bierzemy pod uwagę jej prawa do istnienia w innym celu niż nasze własne korzyści. Nie okazujemy szacunku nie tylko do innych form życia, ale również nie szanujemy siebie nawzajem w ramach swojego gatunku. Taka oto kondycja człowieka pojawia się według mnie w opowiadaniach Olgi Tokarczuk i stanowi spoiwo wszystkich tych z pozoru zgoła innych historii.

Nie będę tu opisywał treści wszystkich tych opowiadań, bo trochę wpisał bym się w to co kontestuje sama autorka. Piętnuje ona bowiem brak refleksyjności nad tym co nas otacza, co na nas wpływa, na co wpływamy my sami. Staliśmy się wygodni i leniwi, coraz bardziej roszczeniowi i egoistyczni. Tym bardziej myślę sobie dokonywanie wszelkiego rodzaju streszczeń, skrótów i gotowców nie stanie się moim udziałem jeżeli chodzi o moją osobę i liczę na to, że moja opinia o tej książce zachęci choć jedną osobę to przeczytania choć kilku z tych krótkich opowiadań o zadania sobie pytań w rodzaju tego postawionego wyżej. Taka też jest i rola zaangażowanej literatury, aby stawiać pytania, zachęcać do szukania odpowiedzi i w taki sposób zmieniać świat na lepsze. Niestety niewielu takich twórców jest w stanie przebić się ze swoją misją w gąszczu całej tej rozrywkowej, czasem bezmyślnej pseudoliteratury którą karmią nas Ci którym zależy na tym żebyśmy właśnie nie myśleli.

Natura - to ona dostaje głos w "Opowiadaniach bizarnych". Natura jest bowiem bardziej uduchowiona niż religia w obecnym wydaniu. Przeciwstawia się ona w swej prymitywnej, tajemniczej wciąż dla człowieka formie stworzonym przez nas systemom, które dokonują na niej od wieków gwałtu. Przypomina o sobie i swojej niezastąpionej roli dla funkcjonowania i przetrwania tego świata. Kiedyś człowiek potrafił żyć w harmonii z naturą, potrafił się komunikować ze zwierzętami i roślinami. Potrafił czytać pogodę, szanować siły drzemiące w naturze, kierował się sygnałami że świata i co najważniejsze szanował swoich współtowarzyszy w egzystencji. Cywilizacja oduczyła człowieka szacunku do innych gatunków, wpoiła mu dominującą rolę i sprawiła że rości sobie prawo do korzystania z tego świata bez pytania innych o zgodę. Człowiek zatracił w ten sposób samokontrolę i krok po kroku zmierza nie tylko do samozagłady, ale pragnie pociągnąć za sobą wszytko co spotka na swojej drodze. "Opowiadania bizarne" to nie pierwsza książka Olgi Tokarczuk, która porusza te właśnie kwestie, ale kolejny raz robi to inaczej, znowu pięknie.

Nie będę polecał tej książki tym którzy znają i cenią Olgę Tokarczuk, bo oni i tak sięgną po "Opowiadania bizarne" Bardzo mocno polecam natomiast najnowszą pozycję Olgi Tokarczuk wszystkim tym, którzy nie idą za tłumem i brzydzą się wszechobecną konsumpcją i przemocą. Nie dajcie się propagandzie tych, którzy próbują wam obrzydzić pierwszą polską laureatkę Międzynarodowej Nagrody Bookera. Ataki na jej osobę są oznaką prymitywizmu i często tej autodestrukcyjnej głupoty przed którą ostrzega autorka w swoich książkach. Znane przysłowie mówi "Uderz w stół..." więc wszystko staje się od razu jasne. 

środa, 6 czerwca 2018

Życie i czasy Michaela K. - John Maxwell Coetzee



Po mojej pierwszej przygodzie z Coetzee, kiedy to podzieliłem się swoją opinią o "Dzieciństwie Jezusa" na portalu lubimyczytac.pl, dostałem prywatną wiadomość z rekomendacją kolejnej jego książki. "Życie i czasy Michaela K." sprawiły, że moja sympatia do tego autora jeszcze wzrosła. Podobny klimat, tempo i emocje, a mimo wszystko poraz kolejny poczułem się zaintrygowany opowiedzianą historią.

Bohaterowie u Coetzee, jak zdążyłem zauważyć do tej pory, nie czują się dobrze w świecie w który zostali wrzuceni jakby przypadkowo, może za karę, bez sensu. Tak było w przypadku Simona w "Dzieciństwie Jezusa", tak samo jest z Michaelem K. Michael jest jak mityczny Syzyf, który wytrwale dąży do zamierzonego celu, a choć ten jest pełen niewiadomych i dopiero się klaruje to co najważniejsze jest jego wyborem i będzie on skłonny wiele poświęcić aby do niego dążyć. Czy tak samo jak Syzyfowi przyjdzie mu się zmierzyć z bezsilnością i porażką na końcu drogi? Poznajemy go w każdym razie w momencie kiedy pewnego dnia uznaje, iż nie może już dłużej żyć tak jak dotychczas i pod pretekstem sprowadzenia matki w rodzinne strony wyrusza w podróż. Z miasta nie można wyjechać bez specjalnej przepustki, a pozwolenie nie zostaje wydane, na ulicach roi się od punktów kontrolnych, dlatego nasz bohater kluczy bocznymi drogami i śpi pod gołym niebem. Dopóki matka jest obok niego to jakoś raźniej pokonywać przeszkody dla niej właśnie, ale wkrótce przyjdzie mu się z nią pożegnać i wtedy trzeba będzie samotnie mierzyć się z systemem, a każdy kto samodzielnie myśli i nie podąża za tłumem wie jakie to ciężkie i jak trudno pozostać wiernym swoim przekonaniom kiedy wokół wszystko próbuje Cię stłamsić i dopasować.

Michael K. stosuje bierny opór. On po prostu robi wszystko by przeżyć i jeśli w tym celu przyjdzie mu spać pod gołym niebem czy też polować na ptaki to jest gotów ponieść ten koszt. Raz po raz jest okradany bądź traci w jednej sekundzie wszystko co tak mozolnie budował jednak się nie poddaje. Mało tego, jest jakby jeszcze bardziej wytrwały w swoim dążeniu do przetrwania w tym świecie, który co chwila rodzi przeszkody na jego drodze. Z pozoru słaby i przeciętny, jeden z wielu trybików w maszynie, a w rezultacie zawstydza swoim hartem ducha i uporem.

Coetzee poraz kolejny stworzył świat, który działa na wyobraźnię w sposób jednocześnie intrygujący oraz przerażający. Tym razem osadził akcję w RPA, czyli w swoim rodzinnym kraju. Wojna, segregacja, obozy reedukacyjne to wszak rzeczywistość w RPA znana, a jednak pomimo podobieństw pomiędzy fikcją a rzeczywistością, trudno traktować książkę "Życie i czasy Michaela K." jedynie jako opowieść o apartheidzie. Jest to bardziej uniwersalna historia walki samotnego człowieka z systemem, historia jednostki rzuconej w wir przemian społeczno-politycznych, w sam środek wojny. Michael szuka z początku sensu i lepszego losu dla siebie i matki, a kiedy orientuje się, że to nigdy nie nastąpi to jego celem staje się zwyczajnie przetrwanie w tym świecie, którego nie pojmuje. Pomimo, że dla takich jak on nie ma tu miejsca i okrutny świat ustawicznie stara mu się to pokazać to tym bardziej wzmaga to u niego wolę przerwania. Powieść Coetzee pokazuje jak niewiele znaczy jednostka i co czeka tych, którzy szukają dla siebie autonomii w tym świecie, który nie znosi indywidualizmu i oferuje komfort istnienia tylko dla wybranych i tych którzy zrezygnują z wolności, a Michael im mocniej jest do tego nakłaniany tym bardziej jest skłonny udowodnić, iż nie upadnie na kolana. Tym samym "Życie i czasy Michaela K." to dla mnie przede wszystkim opowieść o samotności w tłumie

Piękną, mądrą książkę napisał John Maxwell Coetzee i mocno polecam ją przede wszystkim tym, którzy doświadczają osamotnienia w świecie, który tłamsi, ogranicza i narzuca normy i wartości nie do przyjęcia dla tych którzy umiłowali wolność i autonomię.

czwartek, 31 maja 2018

Zrób mi jakąś krzywdę - Jakub Żulczyk




Spotkałem się z opiniami, iż debiut Żulczyka, którym jest właśnie "Zrób mi jakąś krzywdę" to najsłabsza z jego książek. No cóż pozwolę sobie mieć inne zdanie. Osobiście podoba mi się ten jego styl naładowany metaforami i luźnymi dywagacjami, które jakby nie mają związku z toczącą się akcją, a jednocześnie nadają jej odpowiedni kontekst i budują bardzo fajny klimat.

Nostalgia! To główne uczucie, które towarzyszyło mi podczas lektury "Zrób mi jakąś krzywdę". Żulczyk snuje opowieść o młodzieńczym zauroczeniu, o czasie gdy dogasający idealizm próbuje w ostatnim zrywie nie poddać się kojarzonej z dorosłością odpowiedzialnością. Główny bohater powieści Dawid popada w zauroczenie siostrą kolegi Kaśką, która z początku nie wykazuje kompletnie zainteresowania jego osobą, jednak przygoda jaką jej zaoferuje ten niemal dwa razy starszy chłopak okazuje się wystarczającą zachętą. Dawid proponuje Kaśce wyprawę w Polskę, która okaże się pełna nieoczekiwanych zdarzeń i przyniesie korowód najdziwniejszych postaci, które spotkają na swej drodze. Emerytki, dresy, dziwacy, a nawet aktorzy porno może nie stanowią okazji do nauki życia, ale przecież nie taki jest cel tej podróży. Dla Dawida jest to ostatnia szansa na beztroską zabawę i emocjonalny roller coaster, a dla Kaśki szansa na wejście w dorosłość z przytupem. Dla jednych i drugich może to być kopalnia sentymentalnych wspomnień na lata. Czy tak będzie w rzeczywistości, czy może wyprawa okaże się kompletną klapą? O tym przekonamy się w finale.

Jakuba Żulczyka znam nie od dziś. Zacząłem od "Ślepnąc od świateł", która jest książką wyśmienitą, potem było "Radio Armagedon", a wreszcie ostatnia jego powieść "Wyspa psów", czyli wiwisekcja peryferyjnej Polski. Zdążyłem się już przyzwyczaić do jego stylu, który może i nie jest łatwy, przyjemny ale na tyle wciągający iż za każdym razem kończyłem lekturę z poczuciem świetnie wykorzystanego czasu. Jego proza jest na tyle intrygująca i obrazowa, że doczekała się przeniesienia na ekran ( na podstawie "Ślepnąc od świateł" powstaje właśnie serial, a adaptacji filmowej ma się ponoć doczekać właśnie "Zrób mi jakąś krzywdę"). Jakub Żulczyk jest również autorem scenariusza do serialu z Maciejem Stuhrem "Belfer" który okazał się hitem telewizyjnym. Żulczyk oddaje rzeczywistość w sposób bezpośredni, odzwierciedlając język jakim posługują się jego bohaterowie na codzień, a że jest on często pełny wulgarności to nie kwestia prowokacji że strony autora, ale rzeczywistej kondycji Polaków. Można by porównać jego prozę do hip hopu, który w podobny sposób oddaje polską ulicę. Ja zdecydowanie to kupuje i mocno polecam wam "Zrób mi jakąś krzywdę". 

wtorek, 29 maja 2018

Bardo - Agnieszka Szpila




Świetnie napisana satyra na to co obecnie możemy zaobserwować przyglądając się polskiemu społeczeństwu. Agnieszka Szpila nie oszczędzała tutaj nikogo i w sposób bardzo demokratyczny potraktowała wszelkie plagi, które od kilku a może kilkudziesięciu lat trawią Polaków. Zrobiła to zaś w taki sposób, że nadal mi się micha cieszy kiedy sobie przypominam niektóre sceny z tej książki, a piszę tę opinię że sporym poślizgiem.

Kto interesuje się trochę naszym południowym sąsiadem ten być może tak jak ja zazdrości Czechom autoironii i dystansu do siebie. Słuchając opowieści Mariusza Szczygła jak to Czesi potrafią się śmiać z samych siebie tak bardzo żal, że tego samego za grosz nie potrafią nasi rodacy wiecznie napinający się na cień choćby satyry. Polacy bowiem pokazują już od wieków, że z trudem przychodzi im akceptowanie własnych przywar, a ponad próbę jakiejkolwiek autorefleksji wolą odreagowywanie frustracji poprzez zawiść do wszystkiego co inne. Nieznane znaczy obce, obce znaczy zagrażające, a lęk budzi nienawiść i agresję. Może i nie stanowimy jakiegoś wyjątku na tle coraz bardziej brunatnej Europy, ale uważam za głupie szukać w ten sposób usprawiedliwienia dla braku tolerancji i solidaryzmu w kraju, który pretenduje do miana awangardy chrześcijańskiej. Całe to polskie zacietrzewienie i podwórkowy zamordyzm wzięła właśnie na tapetę Agnieszka Szpila w "Bardo".

Kibole przebrani w mundury żołnierzy wyklętych, pielgrzymujący na Jasną Górę prosto z kibicowskiej ustawki, kler który ponad pokorę i służbę wiernym wybiera rozpustę i obżarstwo, a do tego dewoci którzy bezmyślnie podążają za pasterzami prowadzącym ich na manowce to właśnie bohaterowie powieści Agnieszki Szpili. Bohaterowie stworzeni przez autorkę po to by odprowadzać nas po tym świecie bezeceństw i hipokryzji tyleż śmieszą co przerażają, a czasem wręcz budzą współczucie. Są jakby wycięci na ten sam szablon, a zdaje się ich różnic tylko wiek i płeć. Poza tym są tak samo podatni na manipulację i pozbawieni własnej inicjatywy co do budowania własnej wizji świata. W zamian za to wolą gotowce i nie tylko lenistwo jest źródłem ich motywacji w tej kwestii, ale przede wszystkim trzeba to wprost powiedzieć - głupota.

W autobusie na pielgrzymkę do Bardo wyrusza grupa osób, które na ulicy często nie podały by sobie ręki mijając się z obojętnością. Tym co połączy ich podczas podróży jest niechęć do obcokrajowców, Żydów i innych religii. Każdy kogo wizja życia choć trochę odbiega od kalki narzuconej przez episkopat i małomiasteczkową wizję patriotyzmu zostanie wzięty na celownik. Co najgorsze uczestnicy tej narodowej pielgrzymki są w stanie łączyć w swym ideologicznym miksie przekonania wprost sprzeczne, bo w duchu chrześcijańskiego umiłowania Matki Boskiej zieją jednocześnie jadem nienawiści do innych ludzi. Panuje tu ogólne przyzwolenie na wulgaryzm przy założeniu, że adresatami bluzgów są wrogowie ojczyzny i jedynej słusznej wiary. Symbole urastają do rangi pogańskich bożków, bo przecież zabobony i i przekonania będące źródłem krzywdzących stereotypów na stałe są wpisane w polską religijność i trudno je będzie wyplenić dopóki sami hierarchowie kościoła używają ich do własnych celów. Jedzie więc tak sobie ten autobus i człowiek modli się o to żeby to wszystko w końcu trafił szlag, a jak wiemy z zapowiedzi na samym początku książki w końcu trafi, ale zanim to nastąpi czeka nas wiele śmiechu przez łzy. Mocno polecam lekturę "Bardo" ludziom z dystansem do siebie i poczuciem humoru w przeciwnym wypadku lepiej omijać tę książkę gdyż ku mojej wielkiej uciesze Agnieszka Szpila się nie certoli. 

niedziela, 20 maja 2018

Patrioci - Sana Krasikov



Nie będę ukrywał, że zawsze z zaciekawieniem obserwuje książki, które poleca Marcin Meller. Tym razem zachwalał on powieść na którą pewnie z uwagi na jej tytuł nie zwrócił bym uwagi samemu. "Patrioci" z początku potraktowałem stereotypowo i dopiero po rekomendacji Pana Marcina przyjrzałem się bliżej tej pozycji. Okazało się, iż nie jest to kolejna pozycja rodem z księgarni parafialnych czy też placówek Poczty Polskiej, które to podbijają piłeczkę męczeńskiej misji naszego narodu, a Sana Krasikov proponuje nam wycieczkę za wschodnią granicę i do tego snuje swoją opowieść na przestrzeni niemal całego stulecia.

"Patrioci" to opowieść o tym jak piękna ideologia umiera pod butem bezlitosnego systemu. To studium kondycji ludzkiej, która często jest mocno nadwątlona przez egoizm, dwulicowość i zwykłą zawiść. No dobra trochę dałem się ponieść i uderzyłem w jakieś śmieszne, zbyt donośne tony. Tak naprawdę powieść Sany Krasikov to opowieść o kobiecie, która zakochuje się i podążając za miłością zostaje rzucona w wir historycznych i społecznych przemian i ląduje w Związku Radzieckim. Od momentu podjęcia decyzji i przyjazdu do tego tak obcego pod każdym względem kraju amerykanka Florence Fein będzie zmagać się z dylematami, z których pewnie większość nie stała by się jej udziałem gdyby pozostała na Brooklynie.  No ale z drugiej strony cały urok życia to radzenie sobie z rozmaitymi kryzysami i dlatego pewnie z takim zaciekawieniem śledzimy losy bohaterki "Patriotów".vSą lata trzydzieste, idee komunistyczne zyskują coraz większą popularność na świecie a jednocześnie budzą dużo lęku i niewiadomych. W takim momencie Florence przybywa do kolebki komunizmu, pełna obaw ale i nadziei, którą dodatkowo podsyca fascynacja tą ideologią. 

Powieść Sany Krasikov czyta się szybko, łatwo i przyjemnie i te kilkaset stron objętości nie jest tak naprawdę odczuwalne. Czy to zaleta, czy też wada tej książki? Pewnie trochę to, a trochę to drugie. Z jednej strony łatwość przyswajania świadczy o umiejętnościach autorki, którą cechuje niezły kunszt jeżeli chodzi o budowanie atmosfery zarówno lat trzydziestych w Stanach Zjednoczonych i Związku Radzieckim jak też współczesnej, toczonej patologią i układami Rosji. Udało się jej połączyć w jedną całość wiele zgoła odmiennych gatunków jak choćby powieść historyczna, szpiegowska, czy romans, a przy tym pokazała dar do oddania rysu socjologicznego kiedy to rzucała w wir akcji kolejnych bohaterów. Jest ciekawie, wartko, a zarazem nie ma się wrażenia przeładowania treścią i naprawdę nie męczy nawet fakt, iż przyjdzie nam ogarniać wydarzenia z kilku dekad. Z drugiej jednak strony, spotkałem się z recenzjami, których autorzy sygnalizują że książka ta nie zostaje na dłużej w pamięci, a co za tym idzie nie wnosi zbyt wiele w nasze życie. Ja jestem gdzieś po środku, gdyż coraz częściej zdarza mi się oczekiwać od literatury materiału do refleksji i stawiania sobie pytań z gatunku tych egzystencjalnych. Z innego punktu widzenia czasem potrzeba odpocząć od tych ciężkich książek i sięgnąć po literaturę rozrywkową, a do takiej jednak trzeba by moim zdaniem zaliczyć książkę Sany Krasikov.

"Patrioci to książka warta przeczytania i szczerze ją polecam, aczkolwiek nie spodziewajcie się rewolucji w waszym życiu po tej lekturze. Śmiało natomiast możecie liczyć na miło spędzony czas i ciekawą historię w którą zaangażowane są trzy pokolenia i dwa najbardziej znaczące mocarstwa na świecie. Miłej lektury! 

poniedziałek, 14 maja 2018

Szpiegowskie dziedzictwo - John le Carré




Żeby pisać prawdziwą literaturę szpiegowską potrzeba klasy jaką posiada naprawdę niewielu. Jednym z tych nielicznych jest z pewnością John le Carré. Od razu trzeba zaznaczyć, iż jego styl nie do każdego trafi bo próżno szukać u niego jakiś zbędnych ozdobników, cz też fajerwerków, a atmosfera momentami staje się tak gęsta, że aż męcząca. Ci jednak, którzy szukają autentyzmu w odtwarzaniu tajnych akcji wywiadu będą usatysfakcjonowani, zwłaszcza że John le Carré porusza w swoich powieściach wątki autobiograficzne z czasów kiedy sam był agentem. 

"Szpiegowskie dziedzictwo" to powieść w której autor zastosował ryzykowny zabieg i wrócił do wydarzeń poruszanych w jednej ze swoich najbardziej znanych powieści "Z przejmującego zimna". Dzieci bohaterów wydarzeń z tamtej książki obecnie domagają się od służb Wielkiej Brytanii odszkodowań w związku z działaniami tychże służb w czasach zimnej wojny. Jak to zwykle bywa podczas każdej wojny, jej rezultatem są ofiary w ludziach i tak też było i tym razem. Do centrali zostaje zawezwany uczestnik tamtych wydarzeń i jest przesłuchiwany na okoliczność tego co wydarzyło się przed laty. Od tego momentu mamy do czynienia z odtwarzaniem działań służb wywiadowczych na terenie byłego NRD ze szczególnym uwzględnieniem różnego rodzaju brudnych zagrywek z pogranicza moralności. 

John le Carré to autor po którego przyznam szczerze nie sięgam zbyt często, a znajomość z nim rozpoczęła się tak naprawdę od rewelacyjnych według mnie adaptacji filmowych jego książek, to jest "Szpieg" i "Bardzo poszukiwany człowiek". Filmy te wzbudzały tyle samo pochlebnych opinii co przyczyniły się do opuszczenia sali kinowej przez niezadowolonych widzów. Sam byłem tego świadkiem podczas projekcji "Szpiega" właśnie. No cóż nie każdy doceni autentyzm w oddaniu realiów rozgrywek wywiadowczych i w zamian za to będzie oczekiwał efektowności rodem z Bonda. Ja mimo, że Bonda również lubię to jednak mimo wszystko wiedziałem czego mogę się spodziewać po "Szpiegu" i byłem zachwycony tym filmem. Kiedy w końcu sięgnąłem po powieść tego autora jestem jeszcze mocniej pod wrażeniem tego jak wygląda opisywana przez niego rzeczywistość rozgrywek wywiadowczych. 

W "Szpiegowskim dziedzictwie" spotykają się dwa różne światy. Z jednej strony mamy prawdziwego szpiega, który nawet na emeryturze posiada klasę i instynkt samozachowawczy, a po drugiej stronie młody prawniczy narybek agencji, który delikatnie mówiąc nie budzi zachwytu. Współcześni pracownicy, którzy dostali za zadanie ocenę działań Smiley'a Petera, Aleca Leamasa i innych podczas akcji z przed lat, która teraz odbija się czkawką, nie mają przede wszystkim pokory. To jednak tylko wierzchołek góry lodowej, bo poza wspomnianą pokorą nie grzeszą również komptencjami, wyczuciem i co chyba najbardziej razi w oczy, procedury zdają się przysłaniać im człowieka. Cała sprawa przypomina zresztą polowanie na czarownice, a najsłynniejsza w swoim czasie agencja wywiadowcza przypomina współcześnie prawdziwy "cyrk" w innym niestety tego słowa znaczeniu do którego zdążyli przywyknąć fani powieści Johna Le Carre. Nie tylko Peter z nostalgią wspomina dawne dni, mimo tego że ma świadomość iż nie wszystko przebiegało wtedy z poszanowaniem zasad moralnych, a sprzymierzeniec często okazywał się zakamuflowanym wrogiem. Mimo wszystko prymitywi i ignoranci byli jednak wtedy w mniejszości, a jak pokazują prawnicy przesłuchujący Petera proporcje uległy od tego czasu zmianie. 

Swego czasu zachwycałem się cyklem Severskiego, który też został stworzony przez byłego agenta, który opisywane realia zna od podszewki gdyż sam uczestniczył w wielu podobnych jeśli wierzyć promotorom jego serii. Po lekturze książki Johna Le Carre i oddając się retrospekcjom z akcji podczas trwania zimnej wojny muszę z całym przekonaniem stwierdzić, że to jednak inna liga. Jeśli szukacie naprawdę dobrej powieści szpiegowskiej to zdecydowanie polecam "Szpiegowskie dziedzictwo", a ja z pewnością jeszcze sięgnę po te bardziej znane i kultowe już tytuły Le Carre. 


wtorek, 8 maja 2018

Dzieciństwo Jezusa - John Maxwell Coetzee




Piękną książkę czytałem! Szczerze mówiąc do końca nie byłem pewien czy nie porywam się na książkę, która mnie przerośnie, która będzie trudna, dziwna, jakby nie z mojej bajki. To co przyczyniło się do moich obaw to nic innego jak uprzedzenia, te same którymi jesteśmy przesiąknięci od momentu wchodzenia w okres dojrzewania. Jedni z nas mają ich trochę, inni zaś zdają się uginać pod ich ciężarem, a co jest najlepszym lekarstwem na uprzedzenia? Oczywiście, że książka.

Bohaterowie książki "Dzieciństwo Jezusa" trafiają do miejsca, którego próżno szukać na mapie. Jest to fikcyjna kraina, gdzie wspólnym mianownikiem jest brak wspomnień i korzeni, które wyrywane są w momencie przyjmowania nowo przybyłych do społeczności, która tworzy Novillę. Nie tylko rola pamięci i tożsamości jednostki jest poddana w wątpliwość w dziele Johna Maxwella Coetzee, gdyż zakwestionowane wraz z nimi zostaną wszelkie tradycje, zwyczaje, idee a nawet model relacji międzyludzkich. Wszystko to stanie się po to, aby stworzyć nowy w założeniu lepszy świat, ale czy takowy on będzie to kwestia mocno wątpliwa jak łatwo można się domyślić. Do Novilli trafiają Simon i będący pod jego opieką chłopak David. Swoją przygodę z nowym miejscem rozpoczną od zgotowanego im chłodnego przyjęcia i obozu dla przesiedleńców. Nie zabije to jednak, szczególnie u Simona, chęci zaadaptowania się do nowo poznanego społeczeństwa, a to z kolei może być bardzo intrygujące, bo jak szybko się okaże nikt nie jest tutaj zwyczajny i łatwy do określenia. Praktycznie każdy obywatel Novilli, którego przyjdzie nam poznać jest postacią wieloznaczną, a poza tym nawet z pozoru pospolity człowiek prowadzi tu dysputy o charakterze filozoficznym jakby gardząc myślą o zajmowaniu się rzeczami przyziemnymi i błahymi.

"Dzieciństwo Jezusa" jest powieścią którą czyta się z jednej strony jednym tchem, a jednocześnie jakoś tak nieśpiesznie, kontemplując ten bajkowy klimat w jakim toczy się jej akcja. Trudno oprzeć się potrzebie refleksji na ile świat namalowany przez Coetzee jest tworem wyobraźni, a na ile żyjemy w nim obecnie kiedy to notorycznie odcinamy się od własnych korzeni, zatracamy tożsamość i wybieramy przyszłość w miejsce teraźniejszości. Ogromne rzesze ludzi żyją bezrefleksyjnie, a jednocześnie bezcelowo o co jest przerażające nie tylko nie widzą w tym nic złego, ale próbują forsować taki pomysł na życie jako wartość. Paradoksalnie "Dzieciństwo Jezusa" mimo swego wielce wymownego tytułu jest odzwierciedleniem tego jak wygląda świat bez Boga, bez ducha, bez uczuć wyższych. Jak wyglądało by takie życie? Dowiecie się właśnie z tej lektury. Ponadto możemy czytać książkę autorstwa Johna Maxwella Coetzee jako ostrzeżenie przed zbytnią kategoryzacją życia w społeczeństwie, przed rutyną, monotonią i ślepym realizowaniem tego co przychodzi nam w udziale jako system ról społecznych. Mógłbym tak jeszcze dzielić się pomysłami na interpretację tej powieści, ale byłoby to bezcelowe właśnie między innymi z uwagi na fakt, iż Coetzee stworzył tę książkę w takiej formie,,że daje ona swobodę interpretacyjną czytelnikowi i ośmielę się powiedzieć, że ilu czytających tyle interpretacji.

Mocno polecam lekturę książki Johna Maxwella Coetzee, bo jest to jedna z tych powieści, które na długo pozostaną w naszych głowach, a jej przesłanie nie pozwoli spokojnie spać w nocy wszystkim z choćby odrobiną wrażliwości i autorefleksji. Dla mnie to było na tyle ciekawe doświadczenie, że pewno dam kolejną szansę temu autorowi. To bardzo pozytywne zaskoczenie, swego rodzaju odkrycie nie jest tak naprawdę do końca przypadkowe,  a bardziej jest zasługą dziewczyn z bloga Niespodziegadki, który nota bene jest kopalnią wiedzy o dobrych książkach i autorach wartych polecenia.