niedziela, 24 czerwca 2018

Dzisiaj narysujemy śmierć - Wojciech Tochman




Kiedy sięga się po książki Wojciecha Tochmana to nie ma co liczyć na piękno i pokrzepienie serca, ale przecież nie taka rola reportera. Jego zadanie polega na przedstawieniu faktów i z tego zadania Tochman wywiązuje się znakomicie, a że przy okazji konfrontuje on czytelnika z ludzkim okrucieństwem... no cóż tacy też potrafimy być choć trudno nam przyznać się do tej części naszej natury.

"Dzisiaj narysujemy śmierć" to bodaj najtrudniejsza pozycja autorstwa Wojciecha Tochmana, którą dane mi było czytać, a jednocześnie uważam że jest to lektura obowiązkowa, z gatunku tych ku przestrodze. Należę do pokolenia dla którego Rwanda już na zawsze będzie się kojarzyć z maczetą i krwawymi wydarzeniami, które rozegrały się pomiędzy dwoma zantagonizowanymi plemionami Tutsi i Hutu. W roku 1994 kiedy dochodziły do nas informacje o ludobójstwie, które odbywało się właśnie w tym małym afrykańskim kraju, pamiętam jak dziś że widok tych tabunów uchodźców budził przerażenie i trwogę niemal wszystkich. Sporo się zmieniło od tego czasu gdyż obecnie jako społeczeństwo nie jesteśmy tak jednomyślni na widok uchodźców z Syrii i innych państw naznaczonych wojną, którzy stoją u wrót Europy. Obecnie wielu z nas włącza się zimna  kalkulacja na temat tego kto zasługuje na pomoc a kto nie koniecznie, dlatego też wznowienie książki Wojciecha Tochmana nie mogło mieć miejsca w lepszym momencie. Pytanie tylko czy nawet tak bezpośredni i twardy reportaż ma szansę obudzić empatię w społeczeństwie tak mocno zfokusowanym na własnej wygodzie i coraz to bardziej egoistycznych potrzebach. W każdym razie zawsze znajdzie się choć garstka tych, którzy będą czytać książki tego typu i oburzać się na niesprawiedliwość na tym świecie i dla nas właśnie ta książka jest adresowana. 

Wojciech Tochman jedzie do Rwandy, aby lata po krwawych wydarzeniach badać piętno jakie zaznaczyły one na tym narodzie. Pamięć jest instrumentem mocno zaznaczajacym się na tożsamości każdego narodu. Nie inaczej jest w przypadku Rwandy i choć istnieje presja rządzących co do tego co można, a nie można mówić odnośnie wydarzeń z przed lat, to zapomnieć nakazać się niczego nie da. Rozmówcy Tochmana pamiętają jak to w momencie próby jedni zdawali egzamin z człowieczeństwa, a inni nie. Podczas gdy instytucje zawiodły niemal bez wyjątku, to na pojedyncze jednostki można było liczyć w chwili zbliżającej się śmierci. Obok bowiem tych, którzy poddali się masowej histerii i ulegli bratobójczej patanoji, znaleźli się również i tacy ludzie u których Tutsi znaleźli schronienie i ratunek przed maczetami Interahamwe. Znaleźli się więc i tacy, którzy wprost sprzeciwiali się przemocy, znaleźli tacy którzy na swych strychach trzymali kobiety w ciąży, znaleźli i tacy którzy brali pod protekcję dzieci Tutsi. Więcej jednak było tych, którzy egzaminu z człowieczeństwa nie zdali i kiedy trzeba było wstawić się za słabszym nie tylko nie pomagali, ale i przykładali rękę do rzezi. Co do wspomnianych instytucji to zarówno ONZ jak i Kościół jak i rządy najbardziej wpływowych państw na świecie bardziej pozorowały działania niż realnie działały na rzecz zapobiegania toczącej się rzezi. Poczucie opuszczenia, krzywdy i żalu to dominujące uczucia u rozmówców Wojciecha Tochmana. 

Ciężko czytało mi się tę książkę. Raz po raz towarzyszyła mi wściekłość i oburzenie na to co jak mi się wydawało przebrzmialo przez te ponad dwadzieścia już lat i należy już do przeszłości, do historii. Jak się jednak okazuje dopóki żyją ludzie, którzy pamiętają co się wydarzyło, dopóki nie zostaną wprost nazwane winy, zaniedbania, jak również zwykła obojętność wśród uczestników ludobójstwa w Rwandzie, dopóty pozostanie poczucie krzywdy na tyle silne, że uniemożliwi rozwój i pójście do przodu. Mocno czuć z kart książki "Dzisiaj narysujemy śmierć", że są tacy którzy próbują na siłę zmusić wszystkich do skupienia na przyszłości podczas gdy wciąż w przestrzeni publicznej żyją zarówno sprawcy jak i ofiary. Uniemożliwia się im prawdziwe zadośćuczynienie i żałobę w imię szeroko pojętych partykularnych interesów. Próbuje się sztucznie wpływać na naturalne procesy, które powinny wynikać z tej najważniejszej, czysto ludzkiej perspektywy. Nie da się natomiast oszukać pamięci i to w jej imieniu wypowiada się w tej książce Wojciech Tochman. 

Zachęcam mocno do lektury "Dzisiaj narysujemy śmierć" także z innego powodu. Książka ta rzuca bowiem również światło na trudne tematy dotyczące historii organizacji międzynarodowych, w tym przede wszystkim Kościoła. Czytelnik ma okazję samemu wyrobić sobie zdanie na temat moralnego prawa do społecznej krytyki tych, którzy ze sporą łatwością ferują wyroki i pouczają o tym co dobre i złe, a samo raz po raz zawodzą w obliczu kryzysu i nie są przejrzyści moralnie patrząc choćby na to jakie priorytety kierowały nimi podczas wydarzeń w Rwandzie. 


piątek, 22 czerwca 2018

To oślepiające, nieobecne światło - Tahar Ben Jelloun




Wrażliwości tego marokańskiego pisarza zdążyłem już doświadczyć wcześniej, kiedy to objaśniał islam z perspektywy dziecka. Jeśli ktoś jest ciekawy to wystarczy poszperać na blogu za opinią. To był początek pięknej przyjaźni. Teraz kiedy leżę na plaży na tunezyjskiej Djerbie, a Maroko nigdy nie było bliżej, przyszła idealna pora na zapoznanie się z jego najbardziej znanym dziełem. "To oślepiające, nieobecne światło" jest książką, która głęboko wchodzi w duszę i pewnie na długo w niej pozostaje. Jej lektura to wydarzenie metafizyczne, prawdziwa duchowość której nie doświadczycie przy pomocy żadnej zinstytucjonalizowanej formy kultu religijnego.

Ta historia zdarzyła się naprawdę. Podczas nieudanego przewrotu i próby obalenia króla Maroka Hassana II, która to próba skończyła się klęską, do celi o wielkości grobu trafia Salim i jak się później okaże przyjdzie mu tam spędzić 18 lat. Pobyt w tajnym więzieniu Tazmamart to liczne tortury zmierzające do odczłowieczenia, do złamania ducha i sprowadzenia uczestników przewrotu do roli żywych trupów. Bohater tej powieści postara się tym zakusom przeciwstawić i pozostać człowiekiem przy pomocy siły ducha, wiary w Allaha. Salim kieruje się przy tym bardzo silnym pragnieniem aby przetrwać i dać świadectwo o wszystkim tym co spotkało jego i jego towarzyszy niedoli. W przeciwnym wypadku może się okazać, że nikt nigdy nie dowie się o tym, że tajne więzienie istniało, a śmierć wszystkich tych którzy nie zdołali przetrwać zostanie wymazana na kartach historii. Salim stara się więc nie tylko dla siebie, ale dla wszystkich tych z którymi tworzył specyficzną wspólnotę podczas pobytu w Tazmamart.

Czytałem wiele książek traktujących o tym do jakich okropieństw zdolny jest człowiek wobec drugiego człowieka, ale takiej jak ta jeszcze nigdy. Tahar Ben Jelloun dokonał czegoś niebywałego, gdyż pisząc o rzeczach które zwykle powodują u mnie wściekłość, zrobił to w tak nietypowy sposób iż bardziej niż na nienawiści wobec oprawców skupiłem się na uznaniu dla Salima, a jest za co go podziwiać. Przemiana duchowa jakiej dokonuje on po uwięzieniu wydaje mi się czymś niedoścignionym. Na początek wyzbywa się nienawiści do swoich politycznych przeciwników, w tym do ojca który go porzucił a w obliczu kryzysu wyrzekł się go. W dalszej kolejności uczy się oddzielać ducha od ciała, aby nie pozwolić go zbrukać, zniszczyć jak powłokę, która tego ducha przechowuje, a ulega coraz to bardziej postępującej degeneracji. Ponadto uczy się pokory wobec świata w którym przyszło mu żyć, a jak się okazuje nawet w celi wielkości grobu i w odcięciu od zewnętrznego świata człowiek nigdy nie jest zupełnie sam i nawet skorpion zasługuje na prawo do istnienia. Salim na nowo odkrywa też wagę i znaczenie najbardziej przyziemnych czynności i uczy się tego jak ważna może być jego opowieść dla drugiego człowieka, jak pozwala podtrzymać nadzieję, pozostać przy życiu. Mógłbym tak jeszcze wymieniać długo, jednak zamiast wyręczać was w szukaniu własnego przesłania, poprzestanę na tym iż w toku lektury osobiście zacząłem doświadczać czegoś na kształt duchowego przeżycia. Jestem za to ogromnie wdzięczny autorowi, bo chyba nie ma lepszej rekomendacji dla pisarza ponad to, iż lektura jego dzieła staje się wydarzeniem o wymiarze transcendentnym.

"To oślepiające, nieobecne światło" jest opowieścią o tym, jak czasem musimy stracić, aby zyskać. Jest świadectwem tego czym tak naprawdę powinna być wiara, która w swej prawdziwej postaci jest afirmacją miłości, a nie zaproszeniem to nienawiści. Jeśli kiedykolwiek blisko mi jest do poszukiwania wiary to jedynie w takiej formie jak proponuje to właśnie Tahar Ben Jelloun. Cudnie się to czyta, z jednej strony jakoś tak nieśpiesznie a jednocześnie pochłonąłem to książkę za jednym zamachem. Na sam koniec pozostałe z refleksją, iż czasem wstyd mi za swoje wygórowane potrzeby i oczekiwania podczas gdy ciągle są tacy, którzy chcieliby jedynie godnie żyć. Jeśli zdecydujecie się na lekturę tej książki i przypadnie wam do gustu to jeszcze raz mocno zachęcam do sięgnięcia również po "Co to jest islam? Książka dla dzieci i dorosłych". 

środa, 20 czerwca 2018

Wyśniona jedenastka - Paweł Fleszar




Książka Pawła Fleszara dostępna jest tylko w formie elektronicznej i można ją pobrać za darmo tutaj. Nie ukazała się dotychczas w żadnym wydawnictwie, a o jej istnieniu dowiedziałem się od samego autora, który zagadnął mnie na Facebooku z prośbą o opinię na temat jego niewydanego jeszcze debiutu.

Sformułowanie tej opinii było dla mnie o tyle trudne, że muszę przyznać, iż napisanie książki to marzenie, które zawsze mi towarzyszyło i dlatego podziwiam każdego kto doprowadził swoje marzenia do skutku. Tym bardziej trudno mi podchodzić krytycznie do pasjonatów, którzy oddają się w całości debiutanckiemu materiałowi. Z drugiej jednak strony myślę, że zasługuje on na konstruktywną krytykę, gdyż przynajmniej moim zdaniem nie wszystko było w tej książce tak jak powinno być. Tak czy inaczej Paweł Fleszar zasługuje na czytelników, którzy docenią pracę jaką wykonał przy "Wyśnionej jedenastce", gdyż ogrom wysiłku przy kompletowaniu materiału na tę książkę jest godny podziwu. Pomysł połączenia wątków kryminalnych ze sportem także wydaje się być strzałem w dziesiątkę. Debiutanci mają jednak to do siebie, że ich warsztat wymaga doszlifowania i nawet taki Jo Nesbo kiedy pisał "Człowieka nietoperza" momentami nie potrafił jeszcze wykorzystać potencjału intrygi którą obmyślił, a w dalszych częściach cyklu robił to genialnie. Mam nadzieję, że tak samo będzie w przypadku Pawła Fleszara i że mimo problemów ze znalezieniem wydawcy to jednak dopnie on swego i napisze kolejne książki. Mimo, że znalazłem w "Wyśnionej jedenastce" kilka niedociągnięć to książka może się podobać i pewnie znajdzie swoich fanów. Ja z chęcią poczekam na kolejne książki jego autorstwa i myślę że wtedy będzie już dużo lepiej. 

Pierwsze dwa rozdziały książki zapowiadają się całkiem obiecująco i dlatego podjąłem się dalszej lektury. Im dalej w głąb lektury tym niestety historia się bardziej gmatwa i zmierza w innym kierunku niż można by się było spodziewać. Dla jej przebiegu z pewnością niekorzystne są dłużyzny w wątkach pobocznych, kiedy to bohaterzy zamiast otrzymać swego rodzaju charakterystyczny rys, toczą w nieskończoność rozmowy o historii futbolu. W rezultacie akcja trochę ślimaczy się i można pogubić się we wszystkich tych wątkach, tym bardziej iż poruszamy się w dwóch przestrzeniach czasowych. "Wyśniona jedenastka" reklamowana jest jako powieść kryminalna ze sportem w tle, kryminału jednak tu mało z uwagi na brak napięcia, a sportu jest bardzo dużo i fan piłki nożnej jak na ten przykład ja odnajdzie tu coś dla siebie. Myślę jednak, że osoby które w ogóle się piłką nożną nie interesują, a nawet te które wprawdzie lubią football, ale nie siedzą głębiej w jego historii i całej tej otoczce, takie osoby zwyczajnie mogą się nudzić i stracą ochotę do śledzenia intrygi. Paweł Fleszar jest dziennikarzem sportowym i mocno zaznacza się to w tej książce. Byłem pełny podziwu nie tylko dla jego znajomości historii piłki nożnej, ale też i dla wszystkich układów, ciekawostek, legend i anegdot że środowiska. Zastanawia mnie czy na korzyść nie wyszło by mu gdyby porzucił wątek kryminalny i skupił się właśnie na sporcie. Ten romans z kryminałem wyszedł właśnie na niekorzyść moim zdaniem, bo trudno było utrzymać tempo akcji.

Jest w tej książce kilka smaczków dla mnie osobiście bardzo istotnych, między innymi urzekło mnie miejsce gdzie autor umiejscowił akcję "Wyśnionej jedenastki". Często bywam w ostatnim czasie w Krakowie i czułem się jak bym wraz z bohaterami przemierzał Podgórze, Grzegórzki czy też Kazimierz. Doskonale znam te wszystkie miejsca i myślę, że taki zabieg że strony Pawła Fleszara to strzał w dziesiątkę, bo pewnie nie jedna osoba poczuje się swojsko i tym bardziej z ochotą będzie śledzić losy bohaterów w takiej scenerii. Fajne były też wątki redakcyjne i studenckie, trochę jakoś nie kupiłem tych siatkarskich jak również końcówka jakoś tak trąciła Danem Brownem, a nikt poza nim nie umie tak sprawnie tworzyć teorii spiskowych. Słowem podsumowania wystawiam "Wyśnionej jedenastce" ocenę przeciętną i mam nadzieję, że autor sam wie co można było zrobić lepiej i wyciągnie wnioski przy kolejnych książkach, bo zdecydowanie jest to ktoś ze świeżą głową jeśli chodzi o polską literaturę rozrywkową. Dajcie szansę Pawłowi Fleszarowi i sami oceńcie. Ja natomiast bardzo dziękuję mu za możliwość przeczytania tej książki, bo pewnie nawet bym nie wiedział, że powstała gdyby nie dał mi znać o sobie. 

sobota, 9 czerwca 2018

Opowiadania bizarne - Olga Tokarczuk



"Opowiadania bizarne" Olgi Tokarczuk są trochę jak serial "Czarne lustro". Autorka podobnie jak flagowiec Netflixa zagląda w najgorsze lęki człowieka przed sobą samym i tym do czego może doprowadzić w niedalekiej przyszłości. Formy, choć krótkie i czasem niepozorne stawiają raz po raz pytania o charakterze egzystencjalnym. To właśnie uwielbiam u Tokarczuk, że nie da się po lekturze tak łatwo zapomnieć i człowiek nadal myśli, mieli, stawia pytania.

Od kiedy tylko usłyszałem o premierze "Opowiadań bizarnych", wiedziałem że chcę przeczytać tę książkę. Tokarczuk w połączeniu z bizarre - to musi być dobre. Jeszcze bardziej mój apetyt się zaostrzył kiedy przeczytałem wywiad z autorką na łamach Krytyki Politycznej. Nie zawiodłem się gdyż zbiór opowiadań autorstwa Olgi Tokarczuk wciąga od pierwszego do ostatniego, a mimo że są to opowieści zróżnicowane pod względem miejsca, czasu akcji jak również gatunku to łączy je apel ze strony autorki o opamiętanie. Nie zauważamy natury, gardzimy nią, jesteśmy jako ludzie zbyt zadufani w sobie żeby zadać pytanie: Na jakiej podstawie przyznaliśmy sobie prawo do zdominowania natury i traktowania jej przedmiotowo? Nie bierzemy pod uwagę jej prawa do istnienia w innym celu niż nasze własne korzyści. Nie okazujemy szacunku nie tylko do innych form życia, ale również nie szanujemy siebie nawzajem w ramach swojego gatunku. Taka oto kondycja człowieka pojawia się według mnie w opowiadaniach Olgi Tokarczuk i stanowi spoiwo wszystkich tych z pozoru zgoła innych historii.

Nie będę tu opisywał treści wszystkich tych opowiadań, bo trochę wpisał bym się w to co kontestuje sama autorka. Piętnuje ona bowiem brak refleksyjności nad tym co nas otacza, co na nas wpływa, na co wpływamy my sami. Staliśmy się wygodni i leniwi, coraz bardziej roszczeniowi i egoistyczni. Tym bardziej myślę sobie dokonywanie wszelkiego rodzaju streszczeń, skrótów i gotowców nie stanie się moim udziałem jeżeli chodzi o moją osobę i liczę na to, że moja opinia o tej książce zachęci choć jedną osobę to przeczytania choć kilku z tych krótkich opowiadań o zadania sobie pytań w rodzaju tego postawionego wyżej. Taka też jest i rola zaangażowanej literatury, aby stawiać pytania, zachęcać do szukania odpowiedzi i w taki sposób zmieniać świat na lepsze. Niestety niewielu takich twórców jest w stanie przebić się ze swoją misją w gąszczu całej tej rozrywkowej, czasem bezmyślnej pseudoliteratury którą karmią nas Ci którym zależy na tym żebyśmy właśnie nie myśleli.

Natura - to ona dostaje głos w "Opowiadaniach bizarnych". Natura jest bowiem bardziej uduchowiona niż religia w obecnym wydaniu. Przeciwstawia się ona w swej prymitywnej, tajemniczej wciąż dla człowieka formie stworzonym przez nas systemom, które dokonują na niej od wieków gwałtu. Przypomina o sobie i swojej niezastąpionej roli dla funkcjonowania i przetrwania tego świata. Kiedyś człowiek potrafił żyć w harmonii z naturą, potrafił się komunikować ze zwierzętami i roślinami. Potrafił czytać pogodę, szanować siły drzemiące w naturze, kierował się sygnałami że świata i co najważniejsze szanował swoich współtowarzyszy w egzystencji. Cywilizacja oduczyła człowieka szacunku do innych gatunków, wpoiła mu dominującą rolę i sprawiła że rości sobie prawo do korzystania z tego świata bez pytania innych o zgodę. Człowiek zatracił w ten sposób samokontrolę i krok po kroku zmierza nie tylko do samozagłady, ale pragnie pociągnąć za sobą wszytko co spotka na swojej drodze. "Opowiadania bizarne" to nie pierwsza książka Olgi Tokarczuk, która porusza te właśnie kwestie, ale kolejny raz robi to inaczej, znowu pięknie.

Nie będę polecał tej książki tym którzy znają i cenią Olgę Tokarczuk, bo oni i tak sięgną po "Opowiadania bizarne" Bardzo mocno polecam natomiast najnowszą pozycję Olgi Tokarczuk wszystkim tym, którzy nie idą za tłumem i brzydzą się wszechobecną konsumpcją i przemocą. Nie dajcie się propagandzie tych, którzy próbują wam obrzydzić pierwszą polską laureatkę Międzynarodowej Nagrody Bookera. Ataki na jej osobę są oznaką prymitywizmu i często tej autodestrukcyjnej głupoty przed którą ostrzega autorka w swoich książkach. Znane przysłowie mówi "Uderz w stół..." więc wszystko staje się od razu jasne. 

środa, 6 czerwca 2018

Życie i czasy Michaela K. - John Maxwell Coetzee



Po mojej pierwszej przygodzie z Coetzee, kiedy to podzieliłem się swoją opinią o "Dzieciństwie Jezusa" na portalu lubimyczytac.pl, dostałem prywatną wiadomość z rekomendacją kolejnej jego książki. "Życie i czasy Michaela K." sprawiły, że moja sympatia do tego autora jeszcze wzrosła. Podobny klimat, tempo i emocje, a mimo wszystko poraz kolejny poczułem się zaintrygowany opowiedzianą historią.

Bohaterowie u Coetzee, jak zdążyłem zauważyć do tej pory, nie czują się dobrze w świecie w który zostali wrzuceni jakby przypadkowo, może za karę, bez sensu. Tak było w przypadku Simona w "Dzieciństwie Jezusa", tak samo jest z Michaelem K. Michael jest jak mityczny Syzyf, który wytrwale dąży do zamierzonego celu, a choć ten jest pełen niewiadomych i dopiero się klaruje to co najważniejsze jest jego wyborem i będzie on skłonny wiele poświęcić aby do niego dążyć. Czy tak samo jak Syzyfowi przyjdzie mu się zmierzyć z bezsilnością i porażką na końcu drogi? Poznajemy go w każdym razie w momencie kiedy pewnego dnia uznaje, iż nie może już dłużej żyć tak jak dotychczas i pod pretekstem sprowadzenia matki w rodzinne strony wyrusza w podróż. Z miasta nie można wyjechać bez specjalnej przepustki, a pozwolenie nie zostaje wydane, na ulicach roi się od punktów kontrolnych, dlatego nasz bohater kluczy bocznymi drogami i śpi pod gołym niebem. Dopóki matka jest obok niego to jakoś raźniej pokonywać przeszkody dla niej właśnie, ale wkrótce przyjdzie mu się z nią pożegnać i wtedy trzeba będzie samotnie mierzyć się z systemem, a każdy kto samodzielnie myśli i nie podąża za tłumem wie jakie to ciężkie i jak trudno pozostać wiernym swoim przekonaniom kiedy wokół wszystko próbuje Cię stłamsić i dopasować.

Michael K. stosuje bierny opór. On po prostu robi wszystko by przeżyć i jeśli w tym celu przyjdzie mu spać pod gołym niebem czy też polować na ptaki to jest gotów ponieść ten koszt. Raz po raz jest okradany bądź traci w jednej sekundzie wszystko co tak mozolnie budował jednak się nie poddaje. Mało tego, jest jakby jeszcze bardziej wytrwały w swoim dążeniu do przetrwania w tym świecie, który co chwila rodzi przeszkody na jego drodze. Z pozoru słaby i przeciętny, jeden z wielu trybików w maszynie, a w rezultacie zawstydza swoim hartem ducha i uporem.

Coetzee poraz kolejny stworzył świat, który działa na wyobraźnię w sposób jednocześnie intrygujący oraz przerażający. Tym razem osadził akcję w RPA, czyli w swoim rodzinnym kraju. Wojna, segregacja, obozy reedukacyjne to wszak rzeczywistość w RPA znana, a jednak pomimo podobieństw pomiędzy fikcją a rzeczywistością, trudno traktować książkę "Życie i czasy Michaela K." jedynie jako opowieść o apartheidzie. Jest to bardziej uniwersalna historia walki samotnego człowieka z systemem, historia jednostki rzuconej w wir przemian społeczno-politycznych, w sam środek wojny. Michael szuka z początku sensu i lepszego losu dla siebie i matki, a kiedy orientuje się, że to nigdy nie nastąpi to jego celem staje się zwyczajnie przetrwanie w tym świecie, którego nie pojmuje. Pomimo, że dla takich jak on nie ma tu miejsca i okrutny świat ustawicznie stara mu się to pokazać to tym bardziej wzmaga to u niego wolę przerwania. Powieść Coetzee pokazuje jak niewiele znaczy jednostka i co czeka tych, którzy szukają dla siebie autonomii w tym świecie, który nie znosi indywidualizmu i oferuje komfort istnienia tylko dla wybranych i tych którzy zrezygnują z wolności, a Michael im mocniej jest do tego nakłaniany tym bardziej jest skłonny udowodnić, iż nie upadnie na kolana. Tym samym "Życie i czasy Michaela K." to dla mnie przede wszystkim opowieść o samotności w tłumie

Piękną, mądrą książkę napisał John Maxwell Coetzee i mocno polecam ją przede wszystkim tym, którzy doświadczają osamotnienia w świecie, który tłamsi, ogranicza i narzuca normy i wartości nie do przyjęcia dla tych którzy umiłowali wolność i autonomię.

czwartek, 31 maja 2018

Zrób mi jakąś krzywdę - Jakub Żulczyk




Spotkałem się z opiniami, iż debiut Żulczyka, którym jest właśnie "Zrób mi jakąś krzywdę" to najsłabsza z jego książek. No cóż pozwolę sobie mieć inne zdanie. Osobiście podoba mi się ten jego styl naładowany metaforami i luźnymi dywagacjami, które jakby nie mają związku z toczącą się akcją, a jednocześnie nadają jej odpowiedni kontekst i budują bardzo fajny klimat.

Nostalgia! To główne uczucie, które towarzyszyło mi podczas lektury "Zrób mi jakąś krzywdę". Żulczyk snuje opowieść o młodzieńczym zauroczeniu, o czasie gdy dogasający idealizm próbuje w ostatnim zrywie nie poddać się kojarzonej z dorosłością odpowiedzialnością. Główny bohater powieści Dawid popada w zauroczenie siostrą kolegi Kaśką, która z początku nie wykazuje kompletnie zainteresowania jego osobą, jednak przygoda jaką jej zaoferuje ten niemal dwa razy starszy chłopak okazuje się wystarczającą zachętą. Dawid proponuje Kaśce wyprawę w Polskę, która okaże się pełna nieoczekiwanych zdarzeń i przyniesie korowód najdziwniejszych postaci, które spotkają na swej drodze. Emerytki, dresy, dziwacy, a nawet aktorzy porno może nie stanowią okazji do nauki życia, ale przecież nie taki jest cel tej podróży. Dla Dawida jest to ostatnia szansa na beztroską zabawę i emocjonalny roller coaster, a dla Kaśki szansa na wejście w dorosłość z przytupem. Dla jednych i drugich może to być kopalnia sentymentalnych wspomnień na lata. Czy tak będzie w rzeczywistości, czy może wyprawa okaże się kompletną klapą? O tym przekonamy się w finale.

Jakuba Żulczyka znam nie od dziś. Zacząłem od "Ślepnąc od świateł", która jest książką wyśmienitą, potem było "Radio Armagedon", a wreszcie ostatnia jego powieść "Wyspa psów", czyli wiwisekcja peryferyjnej Polski. Zdążyłem się już przyzwyczaić do jego stylu, który może i nie jest łatwy, przyjemny ale na tyle wciągający iż za każdym razem kończyłem lekturę z poczuciem świetnie wykorzystanego czasu. Jego proza jest na tyle intrygująca i obrazowa, że doczekała się przeniesienia na ekran ( na podstawie "Ślepnąc od świateł" powstaje właśnie serial, a adaptacji filmowej ma się ponoć doczekać właśnie "Zrób mi jakąś krzywdę"). Jakub Żulczyk jest również autorem scenariusza do serialu z Maciejem Stuhrem "Belfer" który okazał się hitem telewizyjnym. Żulczyk oddaje rzeczywistość w sposób bezpośredni, odzwierciedlając język jakim posługują się jego bohaterowie na codzień, a że jest on często pełny wulgarności to nie kwestia prowokacji że strony autora, ale rzeczywistej kondycji Polaków. Można by porównać jego prozę do hip hopu, który w podobny sposób oddaje polską ulicę. Ja zdecydowanie to kupuje i mocno polecam wam "Zrób mi jakąś krzywdę". 

wtorek, 29 maja 2018

Bardo - Agnieszka Szpila




Świetnie napisana satyra na to co obecnie możemy zaobserwować przyglądając się polskiemu społeczeństwu. Agnieszka Szpila nie oszczędzała tutaj nikogo i w sposób bardzo demokratyczny potraktowała wszelkie plagi, które od kilku a może kilkudziesięciu lat trawią Polaków. Zrobiła to zaś w taki sposób, że nadal mi się micha cieszy kiedy sobie przypominam niektóre sceny z tej książki, a piszę tę opinię że sporym poślizgiem.

Kto interesuje się trochę naszym południowym sąsiadem ten być może tak jak ja zazdrości Czechom autoironii i dystansu do siebie. Słuchając opowieści Mariusza Szczygła jak to Czesi potrafią się śmiać z samych siebie tak bardzo żal, że tego samego za grosz nie potrafią nasi rodacy wiecznie napinający się na cień choćby satyry. Polacy bowiem pokazują już od wieków, że z trudem przychodzi im akceptowanie własnych przywar, a ponad próbę jakiejkolwiek autorefleksji wolą odreagowywanie frustracji poprzez zawiść do wszystkiego co inne. Nieznane znaczy obce, obce znaczy zagrażające, a lęk budzi nienawiść i agresję. Może i nie stanowimy jakiegoś wyjątku na tle coraz bardziej brunatnej Europy, ale uważam za głupie szukać w ten sposób usprawiedliwienia dla braku tolerancji i solidaryzmu w kraju, który pretenduje do miana awangardy chrześcijańskiej. Całe to polskie zacietrzewienie i podwórkowy zamordyzm wzięła właśnie na tapetę Agnieszka Szpila w "Bardo".

Kibole przebrani w mundury żołnierzy wyklętych, pielgrzymujący na Jasną Górę prosto z kibicowskiej ustawki, kler który ponad pokorę i służbę wiernym wybiera rozpustę i obżarstwo, a do tego dewoci którzy bezmyślnie podążają za pasterzami prowadzącym ich na manowce to właśnie bohaterowie powieści Agnieszki Szpili. Bohaterowie stworzeni przez autorkę po to by odprowadzać nas po tym świecie bezeceństw i hipokryzji tyleż śmieszą co przerażają, a czasem wręcz budzą współczucie. Są jakby wycięci na ten sam szablon, a zdaje się ich różnic tylko wiek i płeć. Poza tym są tak samo podatni na manipulację i pozbawieni własnej inicjatywy co do budowania własnej wizji świata. W zamian za to wolą gotowce i nie tylko lenistwo jest źródłem ich motywacji w tej kwestii, ale przede wszystkim trzeba to wprost powiedzieć - głupota.

W autobusie na pielgrzymkę do Bardo wyrusza grupa osób, które na ulicy często nie podały by sobie ręki mijając się z obojętnością. Tym co połączy ich podczas podróży jest niechęć do obcokrajowców, Żydów i innych religii. Każdy kogo wizja życia choć trochę odbiega od kalki narzuconej przez episkopat i małomiasteczkową wizję patriotyzmu zostanie wzięty na celownik. Co najgorsze uczestnicy tej narodowej pielgrzymki są w stanie łączyć w swym ideologicznym miksie przekonania wprost sprzeczne, bo w duchu chrześcijańskiego umiłowania Matki Boskiej zieją jednocześnie jadem nienawiści do innych ludzi. Panuje tu ogólne przyzwolenie na wulgaryzm przy założeniu, że adresatami bluzgów są wrogowie ojczyzny i jedynej słusznej wiary. Symbole urastają do rangi pogańskich bożków, bo przecież zabobony i i przekonania będące źródłem krzywdzących stereotypów na stałe są wpisane w polską religijność i trudno je będzie wyplenić dopóki sami hierarchowie kościoła używają ich do własnych celów. Jedzie więc tak sobie ten autobus i człowiek modli się o to żeby to wszystko w końcu trafił szlag, a jak wiemy z zapowiedzi na samym początku książki w końcu trafi, ale zanim to nastąpi czeka nas wiele śmiechu przez łzy. Mocno polecam lekturę "Bardo" ludziom z dystansem do siebie i poczuciem humoru w przeciwnym wypadku lepiej omijać tę książkę gdyż ku mojej wielkiej uciesze Agnieszka Szpila się nie certoli.