wtorek, 15 stycznia 2019

Otoczeni przez idiotow - Thomas Erikson




Dlaczego miewamy wrażenie, że otaczający nas ludzie to idioci ? Co zrobić, aby pomimo różnic w usposobieniu potrafić się dogadać z innymi ludźmi? O tym właśnie w książce "Otoczeni przez idiotów"

Thomas Erikson dzieli ludzi na cztery główne grupy i przyporządkowuje do nich kolory. Mamy wedle tej klasyfikacji Czerwonych, Żółtych, Zielonych i Niebieskich. Jedni są raczej introwertykami, a drudzy z kolei bardzo czytelni jeśli chodzi o przeżywane emocje i nie trzeba się wcale długo zastanawiać o co im chodzi. Jedni potrzebują ludzi do działania i łatwo odnajdują się w grupie, a inni bardziej skorzy są do działania w pojedynkę i raczej wolą zarządzać jeżeli już muszą odnajdywać się wśród jakiejś ekipy. Czerwoni bez obaw dążą do konfliktu, a zieloni na ten przykład zrobią wszystko by takiego konfliktu uniknąć. Żółci z kolei stawiają na optymizm i nakręcanie pozytywnej atmosfery, ale mają znowu trudność kiedy przyjdzie im funkcjonować w warunkach kiedy nie wszystko idzie po ich myśli albo też muszą nastawić się na odbiór zamiast na ciągłe nadawanie. Niebiescy to osoby które stawiają na szczegóły, ich domeną jest dokładność i rzetelność, ale kiedy znów przyjdzie im podkręcić tempo to może się okazać że nie nadążą bądź zaczną się spinać. 

Już same pierwsze informacje na temat funkcjonowania poszczególnych kolorów rzucają światło na problem z pogodzeniem tak różnych charakterów i temperamentów, a czym głębiej Erikson dotyka problemu tym bardziej mi osobiście otwierają się oczy dlaczego tak trudno dogadać mi się z niektórymi ludźmi. Nie zrozumcie mnie źle, to nie tak ze te kwestie są dla mnie jakimś odkryciem, bo nie trzeba być psychologiem żeby to zauważyć, ale Erikson w bardzo przejrzysty a do tego konkretny sposób nie tylko wskazuje atuty i deficyty poszczególnych profilów, ale dodatkowo podaje konkretne wskazówki jak komunikować się z tymi osobami. Inaczej bowiem krytykę i pochwały będzie przyjmował czerwony, a jeszcze inaczej żółty. Tak samo inaczej do działania motywować należy zielonego, a co innego wpływa na mobilizację niebieskiego. Kiedy już nabierzemy wprawy w rozpoznawaniu poszczególnych kolorów wśród osób z naszego otoczenia, bo taki jest zamysł tej książki to istnieje szansa, że przestaną się oni nam jawić jako idioci.

Najważniejszym bodajże przesłaniem jest to, iż żeby działać skutecznie każdy zespół potrzebuje wszystkich kolorów. Jeden jest bowiem on nadawania tempa, drugi od atmosfery, jeszcze inny od innowacji, a kolejny pilnuje, żeby żaden szczegół nie został pominięty. Każdy wnosi tym samym istotny wkład we wspólne działanie. Należy jednak pamiętać, że aby wszystko przebiegało sprawnie to każdy powinien pełnić odpowiednią dla swoich zasobów rolę. Jeżeli bowiem osoba dominująca będzie miała mało do powiedzenia to łatwo o wybuch, a jeśli jej potencjał zostanie wykorzystany do nadawania tonu wydarzeniom to zdecydowanie może się to przychylić do skuteczności całego zespołu. Podobnie rzecz się ma z zagospodarowaniem miejsca dla osób raczej introwertycznych, aczkolwiek w odpowiednich okolicznościach również wydajnych. Odpowiednio potraktowani pozwolą się pociągnąć innym ku dobremu. No chyba że taki zielony na przykład wyląduje na stanowisku kierowniczym. Wtedy bardzo łatwo o bałagan i raczej mała szansa na pozytywne wyniki takiego zespołu. Żółtych i czerwonych zwyczajnie gotów trafić szlag. No dobra ale resztę to sobie już doczytacie. Polecam książkę "Otoczeni przez idiotów". Być może Erikson nie odkrywa tu Ameryki, ale trudno się nudzić i znajdziecie tu sporo praktycznych wskazówek na to jak usprawnić komunikację z ludźmi którzy bywają dla nas dziwni i niezrozumiali. 

środa, 9 stycznia 2019

Tata Tadzika - Maciej Stuhr




Uwielbiam poczucie humoru Macieja Stuhra. W dobie zamulania, sztywności i kija w tyłku osoby takie jak on stanowią chlubny wyjątek, który pozwala nam zyskać odrobinę dystansu do całej tej degrendolady wokół.

"Tata Tadzika" to zbiór felietonów pisanych przez Pana Macieja do "Zwierciadła" poświęconych świeżo urodzonemu potomkowi. Autor dzieli się swymi refleksjami i emocjami od momentu kiedy Tadzik jeszcze nie przyszedł na świat do drugiego roku jego życia. Robi to w sposób pełen uroku i myślę że jego wrażliwość i dystans do tego co wiąże się z rolą ojca powinny przekonać nie tylko rodziców, ale każdego kto potrafi cieszyć się szczęściem innych. To właśnie szczęście jest bowiem wartością, która najmocniej przebija się przynajmniej dla mnie przez tą książkę. Aż kipi od niego z każdego niemal napisanego zdania, a uśmiech nim wywołany nie znikał z mojej twarzy przez całą lekturę. Uśmiech powodowany sympatią, bo trudno o brak serdeczności wobec tego z czym spotyka się czytelnik "Taty Tadzika". Uśmiech związany z tym jak potrafi zmienić się perspektywa człowieka w momencie gdy w jego życiu pojawia się taki mały człowiek i wreszcie uśmiech wynikający z serdeczności bo jak tu nie życzyć dobrze komuś kto z każdej sytuacji potrafi wyciągnąć coś pozytywnego.

Oczywiście, że można mieć zastrzeżenia co do niewielkiej obszerności "Taty Tadzika", ale wcale nie mam poczucia żeby ta książka powstała na siłę. Pomimo, iż spotkałem się z taką właśnie opinią to jestem zdecydowanie innego zdania. Ta książka wypełnia lukę i jest potrzebna właśnie po to aby pokazać że tak jak rodzicielstwo może dostarczyć emocji trudnych do udźwignięcia ( chociażby "Jak pokochać centra handlowe") tak może też dać przestrzeń do złapania dystansu i popatrzenia znów na świat oczami dziecka. Pan Maciej nie tylko wlewa trochę otuchy w serca osób, które są pełne obawy patrząc na rzeczywistość w której przyszło nam żyć, ale skutecznie wykpiwa wszelkie absurdy związane z obecną władzą w Polsce. Jest on bowiem jednym z najlepszych satyryków pod tym względem i również jako ojciec nie ma sobie równych w tropieniu nonsensów obecnych w otaczającym świecie. Forma felietonu doskonale sprawdza się jako przestrzeń do anegdot i humoru z jakim stara się na nowo zafunkcjonować w roli ojca nie poświęcając przy tym innych części siebie, a wręcz przeciwnie czerpiąc z nich garściami aby stać się jak najlepszym "tatą Tadzika".

Świetnie się to czyta, ekspresowo miło i przyjemnie i pomimo, że nie jest to może pozycja która na długo pozostanie w pamięci ale takie książki też są potrzebne właśnie na tu i na teraz, "ku pokrzepieniu". Kto więc nie zna jeszcze felietonów poświęconych Tadzikowi ten niechaj ich skosztuje, bo to naprawdę pełna humoru i pozytywnej energii książka, a ja z niecierpliwością już czekam na lekturę nowego cyklu Macieja Stuhra "TataMati, czyli listy do M". 

wtorek, 8 stycznia 2019

Johan Cruyff - Autobiografia



Autobiografia Johana Cruyffa zapowiadana była jako jedna z najważniejszych publikacji jeśli chodzi o biografie sportowe w ostatnich latach. Nic w tym dziwnego, wszak ten legendarny już piłkarz i trener ma tak bogate CV, że można się było spodziewać tylko i wyłącznie fascynującej opowieści  Czy taką historię otrzymaliśmy rzeczywiście? Czy książka ta spełnia  poukładane w niej oczekiwania?

Po książkę Cruyffa sięgnąłem długo po premierze powodowany głodem kibica piłkarskiego i umysłem chłonnych prawdziwej futbolowej przygody. Liczyłem na dużo gdyż w odróżnieniu od biografii, które powstały chyba tylko i wyłącznie ze względu na topniejące środki na koncie akurat Cruyff zasłużył na uznanie w postaci własnej biografii. Tym bardziej zapowiadało się na wartościową książkę gdyż Cruyff opowiedział swoją historię samemu, a nie zlecił jej komuś innemu. Moje oczekiwania nie zostały jednak spełnione. Z jednej strony otrzymujemy tu kawał historii nie tylko holenderskiego futbolu, a z drugiej strony tylko początek zaspokoił moją ciekawość i trzymał mnie w ciekawości, bo im dalej tym bardziej Johan Cruyff wchodzi w dziwne dywagacje i filozofuje. Można wręcz odnieść wrażenie, że za punkt honoru postawił sobie on udowodnienie, że we wszelkich sporach tylko on miał rację.

Dziwna jest ta biografia gdyż wątków autobiograficznych tak naprawdę jest tu bardzo mało. Johan Cruyff znany jest przecież przede wszystkim jako piłkarz i trener a jak się okazuje akurat o tych wątkach jest tutaj bardzo niewiele. Brakowało mi anegdot z szatni, wspomnień z wielkich meczy, sympatii i antypatii, boiskowej perspektywy. Tak jak wspomniałem tylko początek dotyka tych najbardziej przecież nurtujących piłkarskiego kibica aspektów. Zbyt dużo moim zdaniem jest tutaj rozważań na temat struktur związków  i organizacji piłkarskich jak też na temat taktyki. Paradoksalnie konkretów na temat futbolu totalnego, którego wszak Johan Cruyff był propagatorem jak na lekarstwo. Za dużo też jest poczucia krzywdy, żalów w kierunku piłkarzy, działaczy Ajaxu czy Barcelony. Mało ciekawe są też wątki odnośnie nieudanych prób biznesowych Cruyffa. W pewnym momencie ta autobiografia staje się bardziej zbiorem felietonów na tematy ogólnopiłkarskie i każdy kto tak jak ja liczył na lekcję historii piłki nożnej będzie odczuwał spore rozczarowanie. Szkoda, bo samo wydanie tej książki wygląda bardzo zachęcająco. Niestety po jej przeczytaniu nadal wiemy bardzo mało o Cruyffie jako piłkarzu i człowieku.

Podsumowując, myślę że tak czy inaczej warto sięgnąć po autobiografię Johana Cruyffa jeśli jesteście maniakami piłkarskimi natomiast brak tej pozycji na liście przeczytanych nie będzie stanowił wielkiego wyłomu. Ciekaw jestem, czy moje rozczarowanie tą pozycją to efekt wygórowanych oczekiwań czy rzeczywiście Cruyff gdzieś się pogubił jeśli chodzi o to co chciał przekazać. W każdym razie wyszło całkiem przeciętnie. 

poniedziałek, 31 grudnia 2018

Osinski 2018 - czyli rankingi, rankingi...




To był naprawdę fajny rok! Kolejny z rzędu kiedy to sięgałem po rozmaite książki, filmy i muzę z głową otwartą i optymistycznie nastawiony. Zwłaszcza jeżeli chodzi o książki mam poczucie, że wychodzi naprawdę dużo ciekawych i wartościowych pozycji i trzeba się mocno nagłowić przy wyborze bo jak wiadomo czas nie jest z gumy. Podobnie sprawa się ma z serialami, które wyprzedziły kino, lecz ja się z tego cieszę i nie widzę powodów do czarnowidztwa. Świat się zmienia i tyle. Ważne, że jest co oglądać i są to dobre rzeczy. Zresztą dobrych premier filmowych też jakoś nie było bardzo mało. Jedyny problem mam z muzyką, bo pomimo iż moje playlisty na Spotify zapełnione są po brzegi to jakoś nie przekłada się to na jakość i w podsumowaniu rocznym więcej jest dinozaurów w rodzaju Megadeth niż nowości muzycznych. No ale nie można mieć wszystkiego. Przejdźmy więc do rzeczy. Poniżej znajdują się najlepsze książki, seriale, filmy i muza, z którymi miałem okazję zapoznać się w ubiegłym roku:

KSIĄŻKI 

"Po trochu" - Weronika Gogola byłem oczarowany wrażliwością Weroniki Gogoli i sposobem prowadzenia przez nią narracji. Zdecydowanie muszę stwierdzić, iż jest to moja bajka, a odliczanie przez nią w "Po trochu" kolejnych godzin do śmierci zamiast smutku wzbudza uśmiech na twarzy kiedy to przypominamy sobie jak beztroskie, a zarazem trudne do zrozumienia było nasze dzieciństwo. O tak, Janicka Zbójnicka skradła w mijającym roku moje czytelnicze serce. 

"To oślepiające, nieobecne światło" - Tahar Ben Jelloun - ta historia zdarzyła się naprawdę. Podczas nieudanego przewrotu i próby obalenia króla Maroka Hassana II, która to próba skończyła się klęską, do celi o wielkości grobu trafia Salim i jak się później okaże przyjdzie mu tam spędzić 18 lat. "To oślepiające, nieobecne światło" jest opowieścią o tym, jak czasem musimy stracić, aby zyskać. Jest świadectwem tego czym tak naprawdę powinna być wiara, która w swej prawdziwej postaci jest afirmacją miłości, a nie zaproszeniem to nienawiści. Jeśli kiedykolwiek blisko mi było do poszukiwania wiary to jedynie w takiej formie jak proponuje to właśnie Tahar Ben Jelloun.

"Oby cię matka urodziła" - Vedrana Rudan Vedrana Rudan zabiera nas w swojej książce w autobiograficzną podróż dla której punktem wyjścia staje się umieranie matki. Towarzysząc jej w trakcie choroby i zmian wynikających ze starczej demencji, autorka dokonuje rozliczenia z własnym życiem mierząc się przy okazji z rozmaitymi mitami na temat rodzicielstwa, przebaczenia czy też bycia kobietą.

Oczywiście opinie odnośnie wszystkich książek znalazły się na blogu więc jeśli ktoś jest zainteresowany szczegółami to niechaj się rozgości i poczyta więcej. 

FILMY

"Trzy billboardy za Ebbing, Missouri" - cholera jasna, ale to było dobre. Inteligentne, zabawne z najpiękniejszymi nutami czarnego humoru, a zarazem smutne i dające do myślenia. Odkładając poprawność polityczną na bok i pozwalając sobie na szczerość człowiek doświadcza swoistego katharsis w trakcie tego seansu.

"W ułamku sekundy" - Fatih Akin zrobił rzecz niebywałą, a mianowicie rozłożył na łopatki większość stereotypów na temat emigrantów, muzułmanów i kobiet jakie są obecnie na topie w europejskim, a właściwie światowym społeczeństwie. Zrobił to po to, aby zmienić perspektywę i zachęcić do głębszej refleksji nad źródłami przemocy, terroryzmu i frustracji.

"Zimna wojna" - I co z tego, że znów czarno-białe kino Pawła Pawlikowskiego i co za tym idzie okazja do używania dla hejtujących i rozmaitych krytyków, którzy zarzucali mu że idzie na łatwiznę. "Zimna wojna" to piękne kino, bardzo osobiste, a historia miłości tragicznej przedstawiona została w tak pięknym wydaniu, że długo myślałem o tym filmie po seansie, a nie jeden widz nucił pewnie "Dwa serduszka, cztery oczy..."

SERIALE 

"Ślepnąc od świateł" - najlepszy polski serial od lat, jeżeli nie w ogóle i spora tu zasługa powieści Jakuba Żulczyka, która od początku miała wielki potencjał na ekranizację. Krzysztof Skonieczny i ekipa wykonali kawał dobrej roboty i ten Jan Frycz jako Dario - cholera uwielbiam!

"Narcos:Mexico" - mi się chyba nigdy nie znudzi ta seria, a kartel made in Mexico wkracza na Netflixa z jeszcze większym chyba potencjałem niż sam Pablo Escobar. Sezon tak mocno wyczekiwany, a tak szybko odszedł...

"Billions" - kiedy Bobby Axelrod wpada na posiedzenia zarządu swojego funduszu w koszulce Megadeth to aż micha się śmieje i trudno mu nie kibicować w potyczkach z odpychającym jak dla mnie ( ale do czasu ) Chuckiem Rhoadesem. Odkryłem ten serial dopiero w mijającym roku i cieszyłem się, że aż trzy sezony przede mną, a tymczasem już też jak pozostali pozostaje mi wyczekiwać na 4 sezon.

Wśród seriali, które wybrałem dwie produkcję HBO i jedna Netflixa. Do zwycięzców VOD zdecydowanie należy jednak kolejny rok z rzędu Netflix z uwagi na bibliotekę bogatą w treści, ale też przyjazny interfejs zostawiając konkurencję w tyle, a Showmax kompletnie eliminując z rynku. 


PŁYTY ROKU 

"Anthem of the peaceful army" - GRETA VAN FLEET

"Eat the elephant"- A PERFECT CIRCLE

"Bohemian Rhapsody" - OST

Jeden soundtrack, jedna dobra płyta sprawdzonego składu Jamesa Mynarda Keenana i tylko jeden świeżak czyli Greta Van Fleet to trochę słabo jak na rynek muzyczny,. Naprawdę ciężko jest mi wybrać albumy, które skradły show i dzieje się to kolejny rok z rzędu. Nawet Greta brzmi jak coś co już słyszeliśmy i chyba na bazie sentymentu za Led Zeppelin tak się ludziom wkręciła. Ścieżka z filmu biograficznego o Freddiem Mercury to samo. No ale nie można mieć wszystkiego. Ważne, że w kolejny rok wchodzi się z ukochaną osobą u boku, naładowanym czytnikiem i aktywną subskrypcją na HBO i Netflixie. A jak u was wyglądał ten rok? 

niedziela, 30 grudnia 2018

Oficer i szpieg - Robert Harris




Robert Harris znany jest z książek, które potrafią trzymać w napięciu. Tworzy historie, gdzie tajemnica goni tajemnicę, a atmosferę napięcia odczuwa się jeszcze długo po lekturze jego książek. Tym razem sięgnął po historię która zdarzyła się naprawdę, podrasował ją i w rezultacie wyszedł z tego thriller szpiegowski z najwyższej półki.

Pod koniec XIX-ego wieku we Francji wybuchła tzw sprawa Dreyfusa, która miała niemałe skutki dla społeczeństwa francuskiego. Prawdopodobnie na skutek zmowy spreparowano dowody przeciwko oficerowi pochodzenia żydowskiego i skazano niewinnego człowieka na dożywotnią izolację na Wyspie Diabelskiej w Gujanie Francuskiej. Jednocześnie posunięto się do łajdactwa pozbawiając Alfreda Dreyfusa publicznie honoru i zniesławiając jego imię. Georges Picquart, podpułkownik wywiadu trafia na trop tej afery i nie ustaje w próbach wyjaśnienia sprawy. To właśnie z jego perspektywy poznajemy szczegóły słynnej sprawy Dreyfusa w powieści osnutej wokół tamtych wydarzeń, której autorem jest Robert Harris.

"Oficer i szpieg" jest książką naprawdę dobrą i czyta się ją niczym najlepsze pozycje, które wyszły z pod ręki mistrza gatunku Johna Le Carre. Nieustanne napięcie towarzyszy nam w miarę odkrywania kolejnych faktów świadczących o spreparowanych dowodach winy, Dreyfusa, a wraz z kolejnymi próbami tuszowania niekompetencji i zaniedbań osób prowadzących śledztwo, które doprowadziło do skazania Alfreda Dreyfusa wzrasta w czytelniku złość i bezsilność wobec bezdusznego systemu. Momentami można doszukać się podobieństw z "Procesem" Kafki. Nie że względu na konstrukcję powieści, ale z uwagi na fakt bezduszności systemu w starciu z jednostką, która to bezduszność u Harrisa wybrzmiewa aż nader wyraźnie. System nie waha się poświęcić pojedynczego człowieka w imię zachowania status quo i uniknięcia skandalu. Picquart stara się jednak zorganizować zaplecze dla obrony dobrego imienia kolegi po fachu gdyż doskonale zdaje sobie sprawę z tego jak ważne jest dobre imię i jak istotne są kwestie honoru zwłaszcza dla żołnierza. Czy uda mu się udowodnić machinacje, u których podnóża były nastroje i postawy antysemickie? Czy przy okazji nie poświęci też własnej kariery i nie oberwie rykoszetem on i jego najbliżsi? Kto tak jak ja nie znał wcześniej szczegółów afery Dreyfusa ten będzie z zapartym tchem śledził wydarzenia w powieści Harrisa aż do samego końca.

Podsumowując, "Oficer i szpieg" mimo iż należy do beletrystyki i Harris z pewnością podrasował rzeczywiste okoliczności wydarzeń z końca XIX-ego wieku we Francji, to i tak czyta się to jak najlepszy reportaż. Mocno więc polecam powieść Roberta Harrisa wszystkim tym, którzy interesują się historią jak i tym których fascynują klimaty szpiegowskie i teorie spiskowe. 

sobota, 29 grudnia 2018

Żona - Meg Wolitzer




Meg Wolitzer była zupełnie przypadkowym wyborem jeżeli chodzi o moją listę czytelniczą. Jak się okazuje czasem przypadkiem możemy natrafić na prawdziwy klejnot, bo "Żona, to jedno z moich największych zaskoczeń w tym roku i to w sensie jak najbardziej pozytywnym.

Relacja małżeńska pomiędzy Joe i Joan jest skomplikowana już od samego początku, który zresztą trąci dość mocno banałem. Studentka wdaje się w romans że swoim profesorem, a ten... Śledzimy historię ich związku w ramach retrospekcji, której dokonuje Joan w ramach podróży do Helsinek, gdzie Joe ma odebrać nagrodę za całokształt twórczości literackiej. Kobieta mierzy się z decyzją o odejściu i dlatego też dokonuje rozrachunku swojego małżeństwa. Przy okazji będzie też miała okazję poddać pod refleksję swoje funkcjonowanie nie tylko w roli żony, ale też i matki, pisarki, a przede wszystkim roli kobiety. Do jakich wniosków dojdzie? Jak wpłynie to na jej decyzję? Po odpowiedzi zapraszam do lektury,.

Książka Meg Wolitzer jest tak świetnie napisana, że pomimo iż porusza naprawdę trudne tematy dotyczące relacji to czyta się to z zapartym niemal tchem i w żadnym wypadku nie będziecie się nudzić. Dodatkowym smaczkiem jest zresztą to, iż mamy tu do czynienia ze związkiem dwóch pisarzy gdzie kobieta paradoksalnie pozostawiając w tle jest jednocześnie postacią bardziej wyrazistą i nadającą ton wydarzeniom. Jak to zwykle bywa nie potrzebuje do tego świateł jupiterów i poklasku, choć niewątpliwie przeżywa to, iż nie spotyka się choćby z rzeczywistym docenieniem swego wkładu. Rok po roku wiernie trwa u boku męża, chowa gdzieś głęboko swoje ambicje i rezygnuje z marzeń o tym by sama publikować, ale... Kompromisy, rozczarowania, akceptacja nawet najbardziej trudnych wad u partnera, koszty ponoszone w ten sposób - Meg Wolitzer pisze o tym takim językiem, iż można mieć poczucie bycia w samym środku wydarzeń. Czuć zarówno atmosferę napięcia, momenty wzajemnej fascynacji jak również bezsilność i wreszcie ciągle narastający gniew. Wspomnienia przeplatają się z obecnymi wydarzeniami i wszystko zdaje się zapętlać i zmierzać do finału, który i tak będzie dla wielu zaskoczeniem.

Meg Wolitzer zaskoczyła mnie swoją książką zupełnie. Sięgając po nią spodziewałam się po prostu przyzwoicie napisanej (sądząc po opiniach) historii wieloletniego związku. Zamiast tego otrzymałem studium kobiety, która podejmując rozmaite role mierzy się z ograniczeniami związanymi z postrzeganie jej płci w trudnym okresie drugiej połowy XX - ego wieku. Jak się okazuje pisarz ( mężczyzna) był wtedy niemal bogiem już z samego nadania przez płeć, pisarka ( kobieta) natomiast chociażby nie wiadomo jak się starała to z góry zdawała się być skazana na marginalizację. Tym samym jedynym sposobem na realizowanie siebie mogło być towarzyszenie, wspieranie, opiekowanie, matkowanie. Czy na takie role zdecydowała się Joan, a jeśli tak to jaki koszt musiała w ten sposób ponieść?  Czy jej decyzje przyniosły jej szczęście i spełnienie? Czy była w stanie się zrealizować? Czy mogła być szczęśliwą matką? Jak wpłynęło to na jej inne relacje, choćby z dziećmi? Co ukształtowało ją w jej przekonaniach? Obiecuję, iż szukanie w "Żonie" odpowiedzi na te i inne pytania to sama przyjemność. Rewelacyjna książka i z czystym sercem ją polecam. 

czwartek, 27 grudnia 2018

Noam Chomsky - Kontrola nad mediami



Noam Chomsky nazywany jest pierwszym amerykańskim dysydentem. Nie usłyszycie o nim w mainstreamie. Media milczą na jego temat, bo jest to postać niewygodna że względu na głoszone poglądy, a dowodem na to jest choćby ta publikacja w której to obnaża on metody służące manipulacji odbiorcą medialnego przekazu.

Każdy kto jest w miarę ogarnięty zdążył zauważyć, że informacje którymi jesteśmy atakowani są odpowiednio preparowane, aby służyć interesom wpływowych osób. Wielkie korporacje i wpływowe lobby mają w kieszeni koncerny medialne. Jak wiadomo informacja to potencjalne złoto więc wielu ma swój interes w tym, aby mieć nad nią kontrolę. Noam Chomsky pokazuje inną twarz amerykańskiej demokracji. Społeczeństwo, które od zawsze kojarzone było z wolnością, w jego wydaniu okazuje się być narzędziem w rękach garstki wpływowych osób, które to wprowadzają ich świadomie w błąd, aby zyskać poparcie do takich decyzji jak chociażby zbrojne interwencje na całym świecie. To o czym pisze Chomsky dla osób wnikliwie śledzących politykę Stanów Zjednoczonych żadną sensacją nie będzie, bo nieraz pojawiały się głosy, iż USA różnie rozumie potrzebę interwencji w zależności od tego jak kształtują się kwestie ich osobistych interesów w danym regionie i nie są w żadnym wypadku spójne w tych kwestiach. Jakkolwiek sam ten fakt nie jest niczym nowym, tak skala z jaką prowadzona jest propaganda i tego jak wczesne są jej początki może budzić lęk i przerażenie.

Krok po kroku, Noam Chomsky analizuje metody kontrolowania mediów i manipulowania opinią publiczną. Mamy tu zobrazowane proste metody jak odwracanie uwagi, ale możemy również poczytać o narzędziach bardziej wyrafinowanych jak na ten przykład wykorzystanie public relations czy selektywność percepcji. Żeby zaś usprawiedliwić ataki na często wyimaginowanych wrogów stosowana jest często falsyfikacja historii, a perspektywa przeciętnego odbiorcy przekazu zostaje zaburzona w taki sposób, że taka wojna w Iraku, czy też Afganistanie jest rozumiana jako prewencyjna. Takiej manipulacji służy chociażby epatowanie nadmiarowym opisem kosztem faktów odzwierciedlających rzeczywistość.

Z uwagi na fakt, iż "Kontrola nad mediami" to nie jest tekst zbyt obszerny zachęcam do zapoznania się z nim i wyrobienia sobie własnego zdania odnośnie tez głoszonych przez Chomsky'ego. Dla jednych jest to autor teorii spiskowych, dla innych szaleniec, a jeszcze dla innych umysł wybitny i bezkompromisowy, który walczy o prawdę i sprawiedliwość społeczną. Mi przyznam szczerze bliżej do tych ostatnich.