niedziela, 20 sierpnia 2017

Sprawa Meursaulta - Kamel Daoud





To jedna z tych książek, których się nie czyta, ale się je pochłania. Język wyraża tu emocje narratora w sposób czysty, przy tym głęboki i można by rzec poetycki. Choć czytałem opinie mówiące o tym, że nie powinno czytać się powieści Kamela Daouda bez wcześniejszej lektury "Obcego" Camusa, ale niekoniecznie się z tym zgadzam. Pomimo tego, że "Sprawa Meursaulta" rzeczywiście jest odpowiedzią na słynne dzieło Camusa, to sama w sobie stanowi wartość i da się z niej czerpać, przeżywać ją i zachwycać bez znajomości "Obcego". Wiem o tym, bo wstyd się przyznać, ale ja osobiście też będę musiał ten brak nadrobić i prawdopodobnie docenić ten dialog Daoud-Camus. Tymczasem skupiłem się na innych aspektach "Sprawy Meursaulta" 

Na przykładzie historii głównego bohatera, który przeżywa śmierć swego brata Musy, mamy okazję skonfrontować się z bólem wynikającym ze straty, z trudną i skomplikowaną ludzką egzystencją, a także z odwiecznie stawianymi pytaniami o istnienie Boga. Emocje jakie towarzyszą nam podczas słuchania opowieści Haruna są bardzo intensywne co wynika pewnie z tego, że Kamel Daoud posługuje się bardzo wyszukanym, a przy tym mocnym, sugestywnym językiem. W rezultacie trudno się oderwać od książki i momentami można odnieść wrażenie, że siedzimy w barze z Harunem i poznajemy historię śmierci jego brata osobiście. A jest to historia pełna smutku i gniewu. Trudno bowiem pogodzić się ze zbrodnią, która nie tylko pozbawiła nas najbliższej osoby, ale równocześnie położyła cień na całym naszym życiu. Główny bohater domaga się przede wszystkim pamięci i prawa do imienia dla swego brata Musy, który u Camusa jest bezimiennym anonimowym Arabem. Ta anonimowa zbrodnia przyczyniła się do uciążliwego bagażu, który Harun dźwigał jeszcze długo po śmierci. Został odrzucony przez matkę, zawstydzony przez swoją społeczność, a sam obarczył się poczuciem winy. Długo w milczeniu znosił ten cały bagaż, aż w końcu  nie wytrzymał i podjął się rozliczenia z tragedią i tymi, którzy są za nią odpowiedzialni. 

Kolejny aspekt "Sprawy Meursaulta", to poza indywidualną tragedią głównego bohatera kwestia kolonializmu i wojny wyzwoleńczej, która przyniosła niepodległość Algierii. Zaszłości pomiędzy niedawnym kolonizatorem, a młodym państwem sięgają kilkadziesiąt lat wstecz. Są przepełnione gniewem, bólem, żalem i poczuciem krzywdy. Przyczyniają się do buntu, niezgody i podkreślania własnej niezależności. Algieria jako młode państwo popada w pułapkę ideałów kulturowych, kwestionuje wszystko co do tej pory funkcjonowało, zarówno te złe jak i dobre rozwiązania. W toku tych przemian wydaje się poświęcać wolność jednostki na rzecz szeroko pojętego interesu ogółu o państwa. Trochę klimat rodem z pisowskiej Polski współczesne na zasadzie albo jesteś z nami, albo przeciw nam. 

Na koniec warto wspomnieć o nihilistycznym wydźwięku książki Daouda, o świecie gdzie człowiek przeżywa własną samotność i zagubienie w obliczu przytłaczającego Boga i kosmosu. Harun popada w egzystencjalny nihilizm, odreagowując w ten sposób kolejne kryzysy i porażki w swoim życiu. Złamane w wyniku nieszczęśliwej miłości serce, bezpardonowe odrzucenie przez kobietę, śmierć brata, rozpad rodziny, a na sam koniec poczucie odrzucenia zarówno przez "swoich" jak i "obcych". Daoud tak pięknie opowiada o tym smutku, żalu, przygnębieniu i zwątpieniu, że osobiście miałem momenty wsiąkania w ten świat i zatracenia się w tym poczuciu bezsensu i bezcelowości i to pomimo, że mój rzeczywisty stan i stosunek do życia jest zgoła odmienny. Myślę że takie oddziaływanie tej książki jest wystarczającym znakiem jakości pisarstwa Kamela Daouda. To by było na tyle jeśli chodzi o o moje przemyślenia na temat "Sprawy Meursaulta" i już ostrzę sobie pazury na to co wniesie lektura "Obcego" Alberta Camusa. 

sobota, 19 sierpnia 2017

Słowik - Kristin Hannah




Są takie książki, które aż się proszą o to żeby je czytać od deski do deski bez robienia sobie przerw na takie przyziemne sprawy jak spanie, jedzenie czy toaleta. "Słowik" Kristin Hannah bez wątpienia do takich powieści należy. Kiedy człowiek w trakcie lektury takiej jak ta uświadamia sobie, że żyje w spokoju, że może swobodnie decydować o tym co, gdzie i jak robi, wtedy dociera do niego że jeszcze kilkadziesiąt lat temu ludzie walczyli o swoje życie i byli stawiani przed wielką próbą ich człowieczeństwa. 

Kristin Hannah pokazuje nam w "Słowiku" jeszcze raz pewną ważną prawdę o człowieku, która mówi o tym że nie deklaracje i słowa, nie pozory a czyny określają go w tym na ile jest warty. Dwóm siostrom przyjdzie zmierzyć się z okrucieństwem wojny, która jak zwykle okazuje się najbardziej bezlitosna nie dla żołnierzy na froncie, ale dla ofiar cywilnych. Vianne i Isabelle, które poznajemy u progu II-ej Wojny Światowej we Francji, bardzo się różnią. Poza sporą różnicą wieku, dzieli ich również temperament, podejście do życia, potrzeby i no właśnie - łatwiej by było napisać o tym co mają wspólnego, a jest to stosunek do drugiego człowieka, gdzie okazują się altruistkami i nie potrafią patrzeć bezczynnie na krzywdę ludzką. Vianne należy do tych statecznych kobiet, które najlepiej czują się w cieple domowego ogniska, jako matki, żony i gospodynie. Isabelle dla odmiany wciąż poszukuje pomysłu na siebie, nosi ją, nie potrafi zaznać nigdzie miejsca na dłużej, ciągle liczy się dla niej rozwój i choć tego nie przyzna przed sobą - wciąż marzy o romantycznej i szalonej miłości. Wszystkie te różnice okażą się nic nie znaczącymi kiedy wybuchnie wojna, bo wtedy obie siostry pokażą, że są takie momenty kiedy trzeba wyrzec się siebie i pomóc tym, którzy sami nie są w stanie się obronić.  

Może jest i wiele historii osnutych wokół II-ej Wojny Światowej, ale moim zdaniem nigdy dość, gdyż jak widzimy obecnie z pamięcią ludzką nie jest najlepiej i znów do głosu dochodzi faszyzm i inne skrajne, antyludzkie ideologie. Poza tym Kristin Hannah pokazuje nam perspektywę kobiet, które często bądź są poprzez historię pomijane, bądź stanowią drugi plan, ustępując glorii mężczyznom. W "Słowiku" kobiety nie tylko grają pierwsze skrzypce, ale momentami ich czyny powodować mogą rumieniec zawstydzenia u niejednego mężczyzny. Opowieść o bohaterstwie Vianne i Isabelle, czyli postaci fikcyjnych jest tak naprawdę o tyle wartościowa, iż autorka posiłkowała się autentycznymi przeżyciami kobiet, które wsławiły się heroizmem w trakcie wojny. Szczególnie na uwagę zasługuje tutaj Isabelle, gdyż za kanwę tej postaci posłużyła prawdziwa historia Andrei de Jongh, belgijki która organizowała jedną z pierwszych dróg przerzutowych dla aliantów uciekających z okupowanej Francji. Andree była córką nauczyciela, co być może wpłynęło na fakt, iż druga z bohaterek "Słowika" Vianne jest również nauczycielką. Podczas gdy Isabelle działa w ruchu oporu, Vianne po wcześniejszych dylematach i lęku o swoją najbliższą rodzinę, zaczyna pomagać żydowskim rodzinom w swojej rodzinnej miejscowości. Obie siostry wiele ryzykują, poza życiem stawiając na wadze bezpieczeństwo swoich bliskich, własną godność, o względnym komforcie nie wspominając. Nie potrafią bezczynnie trwać i udawać, że nie widzą ludzkiej krzywdy i barbarzyństwa okupanta. Szczególnego wyrazu nabiera ta historia, kiedy poznamy historyczny kontekst w jakim znalazł się podczas II-ej wojny  naród francuski, który poprzez swoje władze został sztucznie podzielony. W rezultacie politycznych decyzji jedni zaakceptowali fakt niemieckiej okupacji, a inni nie mając wewnętrznej zgody na zdradę rządu Vichy nie poddali się i działali w ruchu oporu i nie tylko. 

"Słowik" to książka po którą warto sięgnąć. Przede wszystkim jest ona bardzo emocjonalna, przebija z jej stron autentyzm opisywanych wydarzeń, przeżyć i ludzkich dylematów. Poza tym wspomniana perspektywa kobiet i ich roli w wojennych zawieruchach również zasługuje na uwagę. Może i w przypadku bestsellerów faktycznie warto zachować sceptycyzm, ale Kristin Hannah na sukces swej książki zapracowała i zasłużyła na entuzjastyczne przyjęcie swojej książki. Gorąco polecam! 

sobota, 12 sierpnia 2017

Serce z kamienia (Hjartastein)



Przychodzą różne mody na kino z egzotycznych zakątków świata i czasem są one według mnie sztucznie napędzane. Z pełnym przekonaniem mogę jednak bronić popularności kina islandzkiego. Sukcesy obrazów z tego kraju to z pewnością nie jest efekt marketingu, ale przede wszystkim wpływa na to niespotykana wrażliwość i klimat, który towarzyszy islandzkim  obrazom na przełomie ostatnich lat. 

"Serce z kamienia" porusza temat mocno już wydawało by się wyeksploatowany w kinie,  tj. temat dorastania. Posunięcie  Guðmundura Arnara Guðmundssona, który jest reżyserem i autorem scenariusza tego obrazu, wydawać się może w takim razie ryzykowne, bo co można jeszcze powiedzieć nowego w tym temacie, jak zaciekawić widza poraz kolejny? Jak się okazuje twórcom "Hjartastein" się to udało znakomicie. Obraz ten, mimo że trwa ponad dwie godziny, to ani przez moment się nie dłuży, a nuda to ostatnie uczucie które towarzyszy widzowi w trakcie ostatnich minut filmu, bo finał jest bardzo wzruszający. Mamy tu dwójkę głównych bohaterów. Jeden z nich Thor nawet się nie zorientuje kiedy trzeba będzie porzucić błogą niewinność na rzecz określania własnej tożsamości, także tej seksualnej. Będzie to szczególnie trudne zważywszy na fakt dorastania w otoczeniu mocno kobiecym. Thorowi bowiem nie towarzyszy ojciec, ani nawet brat, ale za to matka i dwójka starszych sióstr. Najlepszym przyjacielem chłopaka jest Kristjan z którym spędzają czas podczas zabaw, pierwszych fascynacji płcią przeciwną jak również jest on dla Thora punktem odniesienia w trakcie poznawania własnego ciała, uświadamiania własnych potrzeb i reakcji na otaczający świat. Do momentu kiedy  w ten chłopięcy świat grupy rówieśniczej nie wkroczą dziewczyny to przyjaźń ta stanowi odskocznię dla trudności w określeniu swego miejsca w domu rodzinnym dla obydwu chłopców. Tutaj jednak też nastąpi niespodziewany zwrot akcji, gdyż jak się okaże to nie rywalizacja o dziewczynę będzie problemem, który namiesza w przyjaźni pomiędzy Thorem a Kristjanem, ale będzie to... no ale żeby nie zdradzić za dużo w tym momencie najlepiej będzie jak poprzestanę z wprowadzaniem w kolejne szczegóły.

Nostalgia  jest dojmującym uczuciem u takiego prawie już czterdziestolatka w trakcie seansu "Serca z kamienia", a to przede wszystkim z uwagi na fakt iż nie widuje się na chwilę obecną dzieci i młodzieży spędzających czas ze sobą tak jak dzieje się to tutaj, a mianowicie wchodzących w interakcje że sobą na łonie przyrody. Współczesne pokolenie spędza niestety czas głownie przed komputerem w domu, komunikując się poprzez smsy czy komunikatory internetowe. Wspólne łowienie ryb, eksploracja złomowisk i innych ciekawych dla dzieciaka miejsc przestało być już dla dzisiejszego dzieciaka wystarczająco atrakcyjne. Mnogość bodźców i możliwości tak naprawdę stępia i wypacza zamiast zwiększać możliwośći i perspektywę. Co za tym idzie młodzież w taki sposób rozpieszczana rozleniwia się i zatraca tożsamość zanim tak naprawdę ją zdąży nabyć.Mam wrażenie, że w takich warunkach przyjaźń z rodzaju tej pomiędzy Thorem i Kristjanem jest wręcz mało prawdopodobna. Znajomość od kołyski, spędzanie ze sobą sporej ilości czasu, utożsamianie się z podobnymi problemami rodzinnymi scala w taki sposób, który może pomóc przetrwać nawet największy kryzys, czego będziemy świadkami w trakcie filmu.

"Serce z kamienia" to kino zaangażowane społecznie, przemyślane, z ważnym przekazem do widza, a jednocześnie piękna i wzruszająca opowieść o chłopięcej "męskiej przyjaźni". Momentami można się tu oddać dziecięcej beztrosce i zabawie, ale częściej jesteśmy świadkami dramatów i kryzysów związanych z dorastaniem. Wraz z Thorem i Kristjanem konfrontujemy się poraz kolejny ze smutną prawdą,  że dzieciństwo mimo iż jest chyba najpiękniejszym okresem w życiu człowieka za którym się tęskni całe życie, to równocześnie jest najtrudniejszym wyzwaniem dla naszej psychiki. Tożsamość jaka się wykreuje na tym etapie, postawy i przekonania jakie nabędziemy będą tak naprawdę towarzyszyć nam przez całą dorosłość, a jak trudno jest później zmienić to co nam życie utrudnia wie ten kto tego próbował. Guðmundur Arnar Guðmundsson wszystkie te refleksje podaje  nam w sposób prosty, czasem nawet może  stereotypowy, ale ogląda się "Serce z kamienia" i przeżywa bardzo głęboko, przy jednoczesnej przystępności tego obrazu. Poza tym małe, a przy tym wręcz klaustrofobiczne skupiska ludzkie na tle malowniczych i wielkich przestrzeni, które spotykamy na Islandii poraz kolejny okażą się idealnym tłem dla tych osobistych ludzkich dramatów. Świetny film !

piątek, 4 sierpnia 2017

Bunt mas - Jose Ortega y Gasset



"Bunt mas" to książka nadzwyczaj aktualna, co może być faktem zaskakującym zważywszy na to kiedy powstała. Zdecydowanie nie jest to jednak lektura dla czytelnika, który nie lubi albo też nie potrafi u siebie wypracować choć odrobiny krytycyzmu w myśleniu i otwartości na często kontrowersyjny  sposób myślenia o społeczeństwie. Zwracam na to uwagę, bo książka jest nadzwyczaj wymagająca, a żyjemy w rzeczywistości, że zwykły cytat z Hitchensa jest często rozumiany opacznie i dosłownie. Rzecz smutna, ale prawdziwa - wypada uważać co się czyta jeśli nie ma się umysłu otwartego, a z drugiej strony jak otworzyć umysł jeśli nie czyta się wymagających i skłaniających do odmiennej perspektywy książek. 

"Bunt mas" to rzecz o degenerującym się społeczeństwie, o zatraceniu się wartości, o upadku kultury i zasad współpracy ogólnoludzkiej, a nade wszystko o zastoju jeśli chodzi o rozwój. Jose Ortega y Gasset dopatruje się źródeł tych niepokojących zjawisk w przyroście tytułowych "mas", które w definicji stanowią tłum nacechowany przeciętnością, wręcz nijakością. To właśnie owe masy blokują rozwój społeczeństw poprzez swe roszczenia odnośnie prawa do rządzenia. W rezultacie dochodzi zdaniem autora tego jednego z najsłynniejszych dzieł początku dwudziestego wieku do sytuacji kiedy nijaka, często prymitywna i egoistyczna w swej istocie  większość narzuca swoją nijakość i przeciętność elitom. Elity dla kontrastu starają się odchodzić od myślenia i działania w oparciu o chwilowe i indywidualne korzyści na rzecz postaw altruistycznych i długofalowego rozwoju. Zdaniem Jose Ortega y Gasset staliśmy się u progu dwudziestego wieku poraz pierwszy świadkami sytuacji, kiedy to masy w tak widoczny sposób doszły do głosu w kształtowaniu społeczeństw europejskich, co bez wątpienia ma swoją genezę w skoku przyrostu naturalnego ludności na świecie jak również w skoku cywilizacyjnym. Ludność zachłysnęła się możliwościami, a tylko elity posiadają jego zdaniem umiejętność kontrolowania własnych potrzeb w kontraście do mas, które generują coraz to nowe potrzeby, a wraz z nimi formułują kolejne żądania niczym rozpuszczone dzieci. Do tego należy dodać brak myślenia perspektywicznego i nieumiejętność bądź też niechęć do refleksji swojej odpowiedzialności za wpływ własnych dążeń na ogół społeczeństwa i jego przyszłość. 

Roszczeniowość to słowo, które chyba najbardziej odzwierciedla myśl Jose Ortegi y Gasseta w kondycji społeczeństwa u progu wieku dwudziestego pierwszego. Tak jak 100 lat wcześniej tworzy się niestety poprzez to przestrzeń i żyzny grunt dla ideologii nacjonalistycznych, pogardy względem demokracji liberalnej i zwykłego populizmu. Kiedy czytamy charakterystykę człowieka tworzącego masy w początkach ubiegłego wieku to wręcz nie da się uniknąć uczucia deja vu. Tłum wymaga, tłum kreuje, tłum bezmyślnie brnie ku zatraceniu poraz kolejny. Na sam początek degradacji ulegają wszelkie zasady i normy moralne. Kolejne etapy można sobie łatwo przewidzieć. Smutnym jest to, iż człowiek nie jest w stanie wyciągać wniosków z historii, że zatracił umiejętność myślenia przyczynowo-skutkowego i perspektywicznego patrzenia w przyszłość. 

Elity były, są i będą potrzebne do tego by zapewnić ciągłość norm, zasad ale przede wszystkim jednak gwarantować rozwój nie tylko pod względem postępu technologicznego ale również i kulturalnym. Elity w myśleniu autora "Buntu mas" myślą nie tylko na "tu i teraz" ale mają szerszy ogląd. Są w stanie poświęcić osobiste korzyści i prywatne interesy na rzecz ogółu. Z tego też względu podejmują często decyzje niepopularne, gdyż ich efekty możemy zauważyć dopiero po jakimś czasie. Wystawiają się tym samym na celownik masom, które uzurpując sobie prawo do bezpośredniego decydowania próbują narzucić przeciętność, prymitywizm, nijakość i konsumpcyjny marazm całemu społeczeństwu. Zdrowe, wyselekcjonowane elity są sobie z tym poradzić, natomiast mamy obecnie do czynienia z kryzysem elit co sprawia, że masy coraz śmielej dochodzą do głosu. Tym samym w miejsce Zjednoczonej Wielkiej Europy tworzonej w oparciu o wspólne wartości, szerszy kontekst, liberalną demokrację i pluralizm powstają prymitywne, plemienne więc państewka, które jednoczą się wokół religii, rasy czy języka. Smutna rzeczywistość... 

Podsumowując, "Bunt mas" to istotnie jedno z najważniejszych dzieł dwudziestego (i nie tylko) wieku i serdecznie zachęcam do refleksji na tym tekstem.