poniedziałek, 31 października 2016

Belgica - Felix van Groeningen





Miałem napisać recenzję na temat filmu, ale okazuje się że nie bardzo potrafię, więc podzielę się w zamian opinią, dość osobistą o filmie, który szczerze i mocno Wam polecam... No dobra nie wszystkim może, ale tym których nie zgorszył plakat widoczny powyżej i tym kochającym muzykę oraz mającym otwarte umysły :)








BELGICA
reż.: Felix van Groeningen
scen.: Arne Sierens, Felix van Groeningen
muz.: Soulwax
w.: Stef Aerts (Jo), Tom Vermeir (Frank), Héléne Devos (Marieke), Charlotte Vandermeersch (Isabelle)
prod.: Belgia/Francja 2016 (127 min) ( źródło - Bomba Film







"Belgica" to najnowszy film Felixa van Groeningena, którego niektórzy widzowie mogą kojarzyć z wcześniejszego filmu z pod jego ręki "W kręgu miłości" ( nominowany do Oskara w 2014 roku, zdobył Cezara 2014 i nagrodę publiczności w Berlinie 2013 roku ). Jednooki Jo ( Stef Aerts) wraz ze swoim bratem Frankiem ( Tom Vermeir) realizuje marzenie o własnym klubie z muzyką alternatywną. Ma to być miejsce, gdzie odnajdzie się każdy kto lubi dobrą muzykę, alkohol i nie ma specjalnych wymagań odnośnie komfortowych warunków. Ich bar ma oddawać ich filozofię życiową, gdzie nie ma podziałów na lepszych i gorszych,  a liczy się przede wszystkim dystans do siebie i dobra zabawa. Przy realizacji ich planów pomaga im grupa przyjaciół,  którzy oprócz pomocy przy rozkręceniu interesu stanowią trzon przyszłej kadry pracowniczej. Taka formuła sprawdza się z początku, pracownicy pracują głównie na czarno,  zarabiając po części w naturze ( darmowy alkohol i bezustanna impreza podczas pracy ), w lokalu występują młode talenty sceny alternatywnej i starzy znajomi Franka o wyrobionej już marce,  a Belgica staje się miejscem kultowym na mapie miasta. Do czasu... 

"Miałem sen... " - mówił pewien legendarny  pastor... Mieli swój sen bracia Jo i Frank,  ale sny mają to do siebie, że kiedy zaczynamy je wcielać w życie okazują się bardzo często kończącą się rozczarowaniem utopią. Osobiście jestem jednym z tych, którzy ciągle kontestują, stawiają sobie pytania, szukają nowych celów, wyzwań, ciągle kontestują otaczającą rzeczywistość. Idealizm i jego konfrontacja z bezlitosną interesownością, komercją i światem który premiuje jednak konformizm. Podoba Ci się czy nie masz grać swoją rolę, odrabiać przypisany Ci zestaw postaw i zachowań, a wszelkie próby wyłamania się z systemu są mocno piętnowane, a buntownicy są siłą wdrażani do szeregu. Tak właśnie wygląda sprawa właścicieli "Belgicy", która z założenia ma być miejscem gdzie odnajdzie się każdy, ale już na starcie pojawiają sie przeszkody. Z początku udaje się jakoś poradzić z przepisami przeciwpożarowymi, sanepidami i innymi urzędami, które już na dzień dobry podejmują energiczne kroki zmierzające do uniformizacji, usankcjonowania i piętrzą trudności. Okazuje się, że przepisy nie są w stanie powstrzymać zapału naszych bohaterów, nawet te przepisy wynikające z prawa pracy, bo przecież nie można pracować za "bóg zapłać" , a już niedopuszczalna jest praca za alkohol i wspólny udział w jednym wielkim performance. Ma być umowa o pracę i już. Bracia Jo i Frank świetnie sobie radzą w walce z systemem i krok po kroku brną do przodu realizując swoje marzenie. Kiedy wydaje się, że udało im się to marzenie wprowadzić w życie, to okazuje się, że tym co ich powstrzyma jest trucizna zasiana w ich organizmach przez system i sączona przez nich już od najmłodszych lat. Tą trucizną jest chciwość, egoizm, wygoda i zachłyśnięcie się materializmem. Im bardziej udaje im się zaspokajać potrzeby tym bardziej zaczynają się one zwiększać. Mieć więcej, chcieć więcej, posiadać, zdobywać - to właśnie te czynniki, które pozwalają na kontrolę jednostki przez system i to doprowadzi do zaprzedania się braci temuż systemowi. Wszelkie zapędy związane z kontestacją, anarchią, wolnością ulegną tendencjom do zniewolenia - najpierw zniewolą popędy i używki, a potem materialne błyskotki.

Tak właśnie ja osobiście przeżyłem ten film, jako balladę o anarchii, Takie refleksje zbudziły się u mnie. Bardzo wyraźnie widać kiedy w Belgicy ta dzikość, pierwotne instynkty, idealizm zamieniają się w cukierkowatości poddanie się, a to doprowadza do frustracji i skonfliktowania. Konflikt między dwoma buntownikami jest na rękę tym, którzy będą starali się wykorzystać go do wchłonięcia pojedynczo jednego i drugiego we wspólne tryby systemu. To samo robią z nami koncerny i rządzący. Takich samych sposobów manipulacji używają wobec jednostek niepokornych, które próbują sobie wygospodarować kawałek własnej przestrzeni i niezależności w tym nie do końca akceptowanym przez nich świecie. Felix van Groeningen swój przekaz mocno koncentruje na języku muzyki. To ona odgrywa tu główną rolę, a sceną która zrobiła na mnie największe wrażenie, jest scena kiedy Jo wchodzi do Belgicy, która już nie jest tą knajpą. Kiedyś stanowiła awangardę, a teraz jest tylko jednym wielkim komercyjnym badziewiem, gdzie piosenkarka popowa kreująca się na kogoś innego niż jest w rzeczywistości. Udaje sztukę, a tak naprawdę wykonuje ekskluzywną fuchę. Stoi na scenie, próbuje jedną frazę bez końca i przepłukuje wodą raz poraz swoje drogocenne narzędzie pracy ( struny głosowe ). W tym samym momencie wchodzi Jon, z wyrazem beznadziei na twarzy zasiada w swoim kantorku pełnym kamer. W miejsce przebywania w relacji i bliskości z drugim człowiekiem ( na tym miała się opierać Belgica ) wybiera odosobnienie w swej wierzy z kości słoniowej. Mi natomiast jako widzowi towarzyszy na koniec seansu smutek, zwątpienie i zawód. Dlaczego ? Bo gdzieś w głębi duszy odzywa się punkowiec, ciągle wierzący a zaraz potem wątpiący w anarchię, która miała wyzwolić człowieka z macek zniewalającej go od lat hydry. 

Trochę jak czytam sobie to wszystko, to wychodzi mi że to bełkot i tak może być odebrany ten mój zbiór refleksji po filmie Felixa van Groeningena, ale tym właśnie jesteśmy dla konformistycznego zwierciadła, pełnego niezrozumiałych obostrzeń, paragrafów, prawidłowości i zasad nowoczesnego ujednoliconego społeczeństwa, my wszyscy którzy mocno ten system kontestowaliśmy gdzieś tam kiedyś w młodości. Jesteśmy bełkotem, głosem wariata, niczym Don Kichot ciągle walczący z wiatrakami, któremu reszta przygląda się z pobłażaniem

niedziela, 30 października 2016

Wróżba. Wspomnienia dziewczynki - Agneta Pleijel





Agneta Pleijel to ponoć jedna z najbardziej znanych powieściopisarek szwedzkich. Pozostaje mi wierzyć na słowo, tak jak na słowo uwierzyłem Niespodziegadkom, które polecały "Wróżbę"na swojej stronie. Mam duże zaufanie do Wydawnictwa Karakter, które wydają świetne pozycje, a niedawno odkryłem właśnie Niespodziegadki - ich gustom odnośnie literatury też można śmiało zaufać. Dodając jedno z drugim, kiedy nakładem tego wydawnictwa ukazuje się książka pod  ich patronatem, to można ją czytać w ciemno.

Wspomnienia dziewczynki we "Wróżbie" to studium trudnego dojrzewania kobiety i konfrontowania się dziecka na poszczególnych etapach swojego rozwoju ze światem ludzi dorosłych. Czy można mówić o łatwym dojrzewaniu ? Chyba nie, bo przecież świat dziecka zbudowany na spontanicznym, niczym niezmąconym autentyzmie niemal skazany jest na twarde starcie ze światem dorosłych, który z kolei jest pozbawiony czarno-białych kontrastów na rzecz szarości i niedomówień, nieścisłości, nieoczywistości. Dziewczynka z opisywanej książki ma jednakże trudniej niż wiele rówieśniczek z uwagi na fakt toksycznych, pełnych napięcia relacji z najbliższymi - przynajmniej z założenia - ludźmi za jakich przecież należy uznać rodziców. Ojciec, kiedy już jest obecny w życiu rodziny to charakteryzuje się ciepłem, ale i ambiwalencją, częściej jednak go nie ma i to nie tylko ze względu na obowiązki profesorskie. Matka - zgorzkniała, schorowana i depresyjna bardzo często ucieka w chorobę, co wiąże się z hospitalizacjami w szpitalu psychiatrycznym. Kiedy już natomiast choroba wchodzi w remisję, to dają o sobie znać frustracje związane z porzuceniem kariery muzycznej na rzecz męża i dzieci. W rezultacie to na dziewczynkę spada główna odpowiedzialność za utrzymanie w ryzach całego tego "pentagramu" w postaci niedojrzałych i nieodpowiedzialnych dla kontrastu rodziców oraz dwójki sióstr. Wiąże się to z ogromnym obciążeniem, osamotnieniem i bezsilnością które towarzyszą dziewczynce od najmłodszych lat.

Oprócz tych trudnych uwarunkowań rodzinnych nasza bohaterka nie zostanie w magiczny sposób zwolniona z wszelkich kryzysów, które towarzyszą dorastającej dziewczynie. Pierwsze doświadczenia natury erotycznej, poznawanie i zaciekawienie własną cielesnością, a jednocześnie lęk z tym związany. Pierwsza miesiączka, zauroczenie chłopakami, poznawanie autorytetów, budowanie się świata wartości, wątpliwości natury egzystencjalnej, poszukiwanie akceptacji w otoczeniu rówieśniczym. Wszystkie te rzeczy przeżywane są przez dziewczynkę w poczuciu osamotnienia, niezrozumienia i niepewności. Nie mając propozycji ze strony otoczenia zewnętrznego ( bo ludzi jest bardzo mało w jej życiu - ciotka, koleżanka i dłuuuugo długo nikt ) dziewczynka ucieka do wewnątrz. Z jednej strony ten świat wewnętrzny może być odbierany jako smutny, wręcz przygnębiający, ale w moim odczuciu cała ta sytuacja paradoksalnie doprowadza do wytworzenia się osobowości pięknej, wrażliwej i bogatej w emocje, które jak się potem okazało doprowadziły do zrodzenia się jednej z najwybitniejszych powieściopisarek szwedzkich. Jeśli książki Agnety Pleijel mają taką głębię jak przedstawione przez nią wspomnienia to rzeczywiście można mówić o pisarce wybitnej.

"Wróżba" to jedna z tych książek, które najlepiej czyta się w skupieniu, w ciszy. Najlepiej smakują wczesnym rankiem i późną nocą, kiedy wszystko wokół śpi. Mam szczęście ostatnimi czasy do tego typu książek - ciekawa sprawa swoją drogą. W każdym razie warto wspomnieć na koniec tej opinii, że Agneta Pleijel wspomina o istotnej sprawie jeśli chodzi o swoje wspomnienia i wspomnienia ogólnie - są one zawsze swego rodzaju interpretacją wynikającą z kreacji naszej osoby. Zważywszy natomiast na to, iż na różnych etapach swego życia, w obliczu rozmaitych wydarzeń, jak choćby tutaj opisywane śmierć, choroba, rozwód rodziców kreacja ta podlega zmianom to zmienia się także sposób odbioru rozmaitych sytuacji i osób w naszym życiu. Z tego też względu nasze obecne doświadczenia mogą nie mieć większego znaczenia w przyszłości. Myślę sobie jednak, iż książki takie jak "Wróżba. Wspomnienia dziewczynki", czy opisywana przeze mnie niedawno Patti Smith i jej "Pociąg linii M" będą miały ( bo już mają ) istotny wpływ na mój odbiór otaczającego świata. To bardzo cenne doświadczenie, kiedy człowiek uczy się pokory i uważności wobec niuansów i miniatur wokół. Polecam tą książkę osobom, które cenią sobie w literaturze okazji do stawiania sobie kolejnych pytań i poddawania świata pod nieustanną refleksję :)

sobota, 29 października 2016

Paradoks Szympansa - prof. Steve Peters





Książka którą otrzymujemy w prezencie, zwłaszcza jeśli jest strzałem w dziesiątkę jeśli chodzi o gust,  smakuje najlepiej. "Paradoks Szympansa" otrzymałem w ramach podziękowania za udział w inicjatywie blogerów pod dowództwem Dagi z bloga Socjopatka.pl. Już sam udział  w kampanii dał mi wiele satysfakcji, ale książka ucieszyła mnie bardzo, jako że kompletnie nie spodziewałem się upominku. Tym bardziej,  że jej tematyka wpisuje  się w sferę moich zainteresowań. Kwestie związane z zarządzaniem,  czy jak ja sobie to nazywam na własny użytek - "hakowanie umysłu"  to coś co mocno mnie interesuje. 

"Paradoks Szympansa" ma wszystko to co powinien mieć dobry poradnik. Jest napisany w sposób przystępny,  ciekawy i zawiera treści zgodne z aktualną i wiarygodną wiedzą naukową na temat funkcjonowania ludzkiego umysłu. Nie bardzo widzę sens przedstawiania samego programu, bo autor wykonał kawał dobrej roboty kiedy rozłożył tu nasz umysł na czynniki pierwsze i rozrysował to przy użyciu rozmaitych diagramów, symboli itp. W każdym razie główne założenie jest takie,  iż każdy z nas ma w swojej głowie Szympansa, Człowieka i Komputer. Szympans odpowiada za emocje, Człowiek tego zwierza socjalizuje , a wszystko to co przeżywamy,  jak reagujemy wgrywamy w postaci danych na twardy dysk Komputera. To tak w skrócie, bo z tego założenia profesor Peters rozpisał kompletny program odnośnie programowania mózgu. Mamy tu nawet gotowe ćwiczenia. 

Myślę,  że każdy z nas ma takie momenty w swoim życiu,  że próbuje dokonać mniejszych lub większych zmian celem poprawy satysfakcji z życia. Czasem udaje nam się wprowadzić te zmiany w życie,  a innym razem mimo szczerych chęci wszystko zaczyna iść jak po gruzie . Jak to jest,  że jedni są bardziej przebojowi i zdecydowani w działaniu,  a inni poddają się i rezygnują ?  Co wpływa na naszą motywację ?  Co popycha nas do działania, a co hamuje ? Co sprawia, że reagujemy adekwatnie a co jest odpowiedzialne za reakcje nadmiarowe ? Co kryje się pod pojęciem "Gremlinów" i dlaczego należy unikać ich przy programowaniu "autopilota" ? Profesor Steve Peters krok po kroku zaopatruje nas w instrukcję obsługi do naszego centrum dowodzenia czyli do umysłu. Jeśli uda nam się rozpracować naszego Szympansa,  czyli tą część mózgu która odpowiada za reakcje emocjonalne i działanie w sytuacjach zagrożenia i kryzysu to będzie nam się żyło łatwiej . Paradoks Szympansa polega bowiem na tym,  że może on być naszym największym sprzymierzeńcem bądź też naszym największym wrogiem. Wszystko zależy od tego czy pozwolimy mu biegać samopas czy też uda nam się go oswoić. Tak to już bowiem człowiek jest skonstruowany, że kluczem do niego są emocje i naturalne instynkty. Nie jest to jednak jednoznaczne z tym,  że musimy pozwalać sobie na to by one nami rządziły. Tym się różnimy od zwierząt, że jesteśmy wyposażeni w wolną wolę i przy znajomości procesów, które napędzają nasz organizm pozwala nam ona przejmować dowodzenie nad naszymi reakcjami. Jeżeli nauczymy się radzić że swoimi emocjami to będziemy reagować zgodnie z naszymi standardami i wartościami. 

"Paradoks Szympansa" czyta się bardzo szybko i lektura ta powoduje,  że czytelnikowi otwierają się oczy na wiele dotąd mętnych schematów własnego zachowania. Mimo, że autorowi zdarza się momentami powtarzać i ma się czasem wrażenie że wchodzi w powtarzalny schemat, to udaje mu się do samego końca utrzymywać czytelnika w zaciekawieniu. Książka profesora Petersa to zdecydowanie pozycja godna polecenia i myślę, że każdy kto ma ochotę zwiększyć bądź tym bardziej wziąć w końcu kontrolę nad swoim własnym życiem odnajdzie tu receptę na większość dolegliwości,  które ten proces zaburzają. Jeśli stawiasz na rozwój to lektura, która pomoże Ci ten proces uprościć i sprawi, że wprowadzenie w życie celów stanie się przyjemne, a jeśli chcesz nadal nad sobą się użalać i tkwić w destrukcyjnych przekonaniach, które Cię zniewalają to daj sobie z nią spokój. 

piątek, 28 października 2016

Więcej krwi - Jo Nesbo









Pewnie, że seria "Krew na śniegu" to jednak nie jest sztandarowy cykl Jo Nesbo, a Jon Hansen to bohater, który nie posiada charyzmy takiego Harry Hole, no ale to akurat wiadomo było już od pierwszego tomu - "Krew na śniegu". Nie zgadzam się natomiast z tymi tonami krytyki jakie spłynęły na mojego ulubionego autora, mistrza kryminału. Myślę, że po wszystkich tych skomplikowanych, krwawych, emocjonalnych wygibasach, którym poddawał stworzonego przez siebie, słynnego detektywa z serii "Harry Hole" Jo Nesbo potrzebował odreagować. Z tych też względów stworzył Jona i uczynił go bohaterem retro - kryminałów, które może rzeczywiście są wyciszone i nie mają zbyt szybkiego tempa, ale za to mają w sobie coś urzekającego, ukrytego pod warstwą wierzchnią.

Jak mi osobiście udało się wczuć w klimat "Więcej krwi" ? Otóż pomogło mi kiedy w jednej z opinii natknąłem się na opis Jona,  który przyjeżdża do zapomnianej przez boga , a nawet i diabła osady w Laponii z jednoznacznym wyrokiem śmierci. Jego dotychczasowy pracodawca kryjący się pod pseudonimem Rybak wydał na niego wyrok śmierci, gdyż Jon go okradł i nie wykonał zadania zleconego przez szefa. Pseudonim Rybaka nie wziął się znikąd, jako że potrafi on wyławiać takie ryby jak Jon nawet z tak zapadłych dziur i zakamarków jak ta w której schronił się nasz uciekinier. Bohater powieści Jo Nesbo jakby wypisał się z życia,  towarzyszy mu nieodłączna strata,  strata miłości,  strata dziecka... Kiedy Jon przybywa na nowe miejsce to tak naprawdę trudno mu zaistnieć, wdrożyć się. Snuje się w związku z tym bez celu, unika ludzi, nie może sobie znaleźć miejsca. Paradoksalnie w momencie, kiedy już zaczyna się aklimatyzować wśród tej specyficznej społeczności żyjącej według sztywnych, surowych można nawet rzec zasad opartych na ortodoksyjnym odłamie chrześcijaństwa, to akurat wtedy przeszłość daje znać o sobie. 

Trudno mówić o "Więcej krwi"  jako o kryminale, bo jest to bardziej swego rodzaju rozprawa filozoficzna odnośnie tego co w życiu ważne. Czasem taka symboliczna śmierć jest okazją do przewartościowań, nie mamy już nic do stracenia,  zaczynamy od zera, odbijając się od dna mamy szansę do wyznaczenia sobie nowych celów,  do swoistego zmartwychwstania. W innym razie pozostaje już tylko zagrzebać się w ziemi,  przysypać się piachem i poddać raz na zawsze. Jon nie ma już czasu na zastanawianie , nie może już żyć w zawieszeniu i musi skręcić w jedną z tych dwóch dróg. Jakiego wyboru dokona ? Paradoksalnie Jo Nesbo skonstruował tą książkę w taki sposób,  iż nie jest istotny sam wybór, tylko monolog wewnętrzny jaki ten wybór poprzedza. Dokopywanie się do wewnątrz,  do samego środka, odgrzebywanie sedna,  rozbrajanie mechanizmów obronnych i wykluwanie się potrzeb. Określanie własnego człowieczeństwa, odbudowywanie tożsamości. Tego właśnie próbuje dokon główny bohater "Więcej krwi". Odnaleźć w tym wszystkim jakiś większy sens. Poświęcić się rodzinie, może nawet oddać opiece Boga. A może jednak to wszystko sobie dośpiewałem ? Może ta książka wcale nie ma drugiego dna ? Kto poza Jo Nesbo potrafi tak naprawdę odpowiedzieć na to pytanie ? W każdym razie coś musi być jednak w tej niepozornej na pierwszy rzut oka powieści,  że skłania do takich refleksji jak te które zaprzątały moją głowę. Mimo, że nie powaliła mnie ona na kolana, to nie uważam czasu jej poświęconego za stracony, aczkolwiek zdecydowanie oczekuje jednak na nową odsłonę "Harry Hole" - to już przyszły rok :)

czwartek, 27 października 2016

Harry Potter i przeklęte dziecko - J. K. Rowling, John Tiffany, Jack Thorne






Harry Potter i ja długo czekaliśmy na wspólne spotkanie. Nie wiedzieć dlaczego, ale nie miałem przekonania do tego małego czarodzieja. Kiedy więc w końcu zacząłem przygodę z tą słynną serią to miałem tyle lat co Harry w najnowszej odsłonie. Aż strach pomyśleć co by było gdybym odpuścił po "Kamieniu filozoficznym", bo taki miałem zamiar. Po namowie koleżanki pozwoliłem sobie jednak na dłuższą z nim znajomość i opłaciło sie. Pierwsze dwa tomy tak naprawdę są,  jak się okazuje tylko wprowadzeniem w tą epicką opowieść i można ich nie docenić, ale jeśli jednak pozwolimy sobie na lekturę kolejnych to jest szansa na długą przyjaźń. Ja właśnie z bohaterami słynnej serii J. K. Rowling się zaprzyjaźniłem i z tego też względu w momencie kiedy się tylko dowiedziałem, że wychodzi "Harry Potter i przeklęte dziecko" to nie marudziłem , że to już nie będzie to samo. Nie narzekałem też, że to skok na kasę, że to nie powieść tylko sztuka, ani nie wytykałem że to praca zespołowa, a nie J. K Rowling w znanej nam solowej odsłonie. Ja po prostu wiedziałem,  że jak tylko książka będzie dostępna to na bank ją kupię i ekspresem przeczytam. 

Jedynym powodem uczucia niedosytu jakie następuje u mnie po lekturze Harry Pottera jest zawsze fakt, że to już niestety koniec i zawsze wydaje mi się że było zdecydowanie za krótko i za mało. Tak już mam jeśli chodzi o książki, że nie bardzo wychodzi mi krytyka i dlatego marny byłby że mnie recenzent. Bardziej więc piszę sobie osobiste opinie i ta o książce "Harry Potter i przeklęte dziecko " będzie jak najbardziej pozytywna. To poraz kolejny jest opowieść o tym co najważniejsze czyli właśnie o przyjaźni. Duch ten unosił się w każdym z dotychczasowych tomów i mimo, że Harry Potter ma już prawie czterdziestkę na karku, to nadal pozostał wierny swoim wartościom. Wciąż najważniejsi są dla niego przyjaciele. No dobra, może na pierwszym miejscu jest rodzina, ale że przyjaciele też się do niej zaliczają w tym wypadku, więc w sumie wychodzi na to samo. Wiek bowiem w tym przypadku nie ma znaczenia. Nawet dorosły mężczyzna, a do tego szanowany bądź co bądź pracownik ministerstwa, może pozostać w głębi duszy tym samym małym chłopcem. Może dlatego tak mi się podoba nowa książka J. K. Rowling, bo sam myślę o sobie jako o takim dużym dzieciaki, który nie ma zamiaru się czaić z tym, że czyta Harrego Pottera i nadal zachował w sercu te same ideały co w okresie młodzieńczym. W związku z tym, mimo że pewnie można się doczepić do innej estetyki, czy na ten przykład do samej formy, to koniec końców liczy się przesłanie, a to zostało zachowane i to właśnie jest piękne że pewne rzeczy się nie zmieniają. Mi osobiście sprawia ogromną satysfakcję, że jak sięgam po "Przeklęte dziecko"  to wciąż są tam ci sami,  znani jak łyse konie: Harry, Hermiona, Ron, Ginny a do tego jeszcze nawet Draco zyskuje ludzką twarz. No i nie zapominajmy o dzieciach, które mimo że dokonują swoich własnych wyborów to jednak są nieodłącznymi cząstkami swoich słynnych rodziców. 

W najnowszej odsłonie tytułowy bohater pozostaje trochę w cieniu, podobnie jak cała znana nam z poprzednich części brygada, a na pierwszy plan wysuwają się ich młodzi następcy, czyli Albius -syn Harrego i Scorpius -syn Draco. Wielkie słowa uznania dla autorki, że zdecydowała się na takie rozwiązanie, gdyż to właśnie ta symbolika pojednania zwaśnionych stron poprzez siłę przyjaźni tchnęła nowego ducha w tą historię. Współpraca dwójki przyjaciół w walce z czającym ale złem budzi poraz kolejny nadzieję na to,  że to dobro ma w sobie jednak więcej energii i to ono na końcu przetrwa nawet najgorszą niegodziwość. Mało tego,  ten duet ma w sobie moc i wzbudza niemniej są sympatię niż swego czasu duet Potter Wesley. Tym sprytnym wybiegiem autorce poraz kolejny udało się obronić swoją historię o magii Hogwarthu. Ponadto z rozbawieniem czytałem fragmenty, kiedy Harry, czy Ron wchodzą w skórę dorosłych-rodziców i zmagają się z problemami autorstwa swoich pociech, a które wydają się wręcz kalką tego co sami fundowali swgo czasu swoim opiekunom. Oj tak - poczucie humoru J.K.Rowling jest na najwyższym poziomie, a swoim wyczuciem w tej kwestii oraz szelmowsko puszczanym okiem do czytelnika snuje ona w dawnym stylu tą piękną baśń o miłości, honorze i braterstwie. Baśń, w której ja osobiście bardzo chętnie zatracę się jeszcze nieraz, bo dla pewności zaznaczę to jeszcze raz - jeśli chodzi o " Harry Potter i przeklęte dziecko" JESTEM JAK NAJBARDZIEJ NA TAK ! Jakże ja zazdroszczę wszystkim tym, którzy mają jeszcze przed sobą ten tom :)

środa, 26 października 2016

Schronienie - Harlan Coben









Harlan Coben od zawsze należy do moich ulubieńców jeśli chodzi  o autorów kryminałów. Był czas, że pochłaniałem jego książki niemal jedna po drugiej i każda kolejna bardzo mi się podobała. Po dłuższej przerwie wracam do niego i tym razem przyszła pora na trylogię, której bohaterem jest Mickey Bolitar, czyli bratanek Myrona Bolitara. Nastolatka tego poznajemy w momencie, kiedy zmaga się on świeżo z traumatycznymi wydarzeniami w jego życiu. Jego ojciec zginał w wypadku samochodowym, a matka przebywa obecnie na leczeniu odwykowym w związku z uzależnieniem od substancji psychoaktywnych. On sam przebywa pod opieką wujka i próbuje zaadaptować się w nowym otoczeniu, kiedy to podejmuje naukę w nowej szkole. Kiedy już wszystko zdaje się powoli układać, to od ekscentrycznej sąsiadki słyszy, że jego ojciec wciąż żyje ( czy aby naprawdę i kim był jego ojciec? :) , a na domiar złego nowo poznana dziewczyna, w której się podkochuje znika w dziwnych okolicznościach...

Mickey Bolitar kontynuuje detektywistyczne tradycje rodzinne i podejmuje się śledztwa, w którym stara się mu pomóc mroczna znajoma ze szkoły. Dziewczyna o imieniu Ema, która choć z początku daje mu do zrozumienia że ma go w głębokim poważaniu, to w miarę czasu zmienia zdanie co do jego osoby. Jak to mówią, kto się lubi ten się czubi...Do tej dwójki dołącza jeszcze kupel o specyficznie brzmiącej ksywie  "Łyżka", które to przezwisko jest zresztą robotą Mickeya i sympatyczne trio rusza do akcji. 





Przyznam, że od samego początku nie byłem jakoś entuzjastycznie nastawiony do tej "młodzieżowej"  odsłony Cobena i być może moje nastawienie zrobiło swoje,  bo na finał muszę jednak stwierdzić, iż głowy mojej "Schronienie"  nie urywa. Z drugiej jednak strony nie jest to książka zła. Akcja płynie całkiem wartko, a ciekawe rozwiązanie stanowi drugie dno z Holocaustem w tle i na tyle udało się Harlanowi Cobenowi mnie zaintrygować, że pewnie sięgnę pp pozostałe tomy tej trylogii. Zrobię to jednak za jakiś czas,  bo nie jest to ciekawość z rodzaju tych rozsadzających czaszkę. Mickey Bolitar jako bohater ma potencjał,  a jego relacja z wujkiem Myronem wzbudza zainteresowanie. Myślę,  że ta książka bardziej niż thriller czy kryminał,  do których to gatunków jest przypisywana, powinna być zaklasyfikowana jako "przygodówka". Dorosły czytelnik też znajdzie tu pewnie coś na dla siebie,  choć z pewnością nie ma tu co oczekiwać na dreszcze. Zamiast ciarek na skórze, jest natomiast zaintrygowanie i ciekawość. Fajnie też przedstawione są kwestie relacji między rówieśnikami w szkole,  pierwsze zauroczenia no i przede wszystkim wątek radzenia sobie ze stratą bądź co bądź dwojga rodziców. Samotność takiego dzieciaka jak Mickey to coś z czym pewnie może się zidentyfikować wiele dzieciaków,  które przeżywają to uczucie choćby ze względu na "sieroctwo ekonomiczne" czy inne problemy dystansujące ich od rodziców. Być może sięgając po tą książkę znajdą oni konstruktywny sposób na małą ucieczkę od problemów świata codziennego. Polecałbym "Schronienie"  takiej młodzieży u w ogóle głównie młodzieży. 

Z utęsknieniem czekam na Harlana Cobena, który porwie  mnie tak jak w przypadku "Nie mów nikomu", "W głębi lasu",  czy choćby tak jak w przypadku "6 lat później", bo to była ostatnia książka tego autora,  którą czytałem z zapartym tchem. Może sięgnę też po serię z wujkiem Mickeya,  Myronem,  bo dotąd czytałem głównie te z poza serii. Tymczasem pozostają mi jeszcze książki typu "Schronienie". No cóż... z braku laku... 

wtorek, 25 października 2016

Pociąg linii M - Patti Smith







Książki, które ukazują się nakładem Wydawnictwa Czarne to zwykle pewniak czytelniczy. Lubię sięgać po ich pozycje, a szczególnie upodobałem sobie ostatnio "serię amerykańską". Spowodowane jest to pewnie po części tendencją do melancholii i sentymentalizmu, która mnie dotyka ostatnimi czasy, a w takich momentach na ten przykład Bob Dylan i jego Kroniki, czy też choćby Kim Gordon sprawdzają się znakomicie. Czytałem swego czasu " Poniedziałkowe dzieci" napisane przez Patti Smith i nie odebrałem ich najlepiej. Dużo się od tego czasu zmieniło i trzeba będzie chyba odświeżyć tą lekturę, bo wtedy prawdopodobnie nie byłem na tą książkę po prostu gotowy. Kiedy natrafiłem na tą opinię w sieci, to wiedziałem że "Pociąg linii M" jest tym czego mi trzeba na tu i teraz. Dzięki wielkie JagBuk. Podróż  pociągiem linii M to rzeczywiście doznanie o wymiarze magicznym. 




Ostatni Nobel dla Boba Dylana jest znakiem zachodzącej już od jakiegoś czasu zmiany w literaturze, którą niektórym ciągle trudno jest zaakceptować.  W praktyce natomiast ta zmiana dokonała się już jakiś czas temu i dobrze, że coraz więcej ludzi otwiera się na muzykę, bo ten nośnik myśli i związanej z nią magii ma niesamowity potencjał. Muzyka stanowi tylko jeden z tematów,  który porusza Patti Smith w "Pociągu linii M",  bo tak naprawdę potrafi pisać tu o wszystkim,  choć sama prowokacyjnie rozpoczyna swoją książkę, że trudno się pisze o niczym. Pewnie dla niektórych czytelników, do których zaliczałem się również i ja z przed kilkunastu miesięcy wstecz, będzie to rzeczywiście książka o niczym. Dla wielu jednak to "nic" będzie czymś ważnym i wartościowym. Jest to bowiem opowieść o upływającym czasie,  o ludziach spotykanych na naszej drodze i odchodzących niespodziewanie z naszego życia. Jest traktatem o sensie życia,  a bardziej o jego poszukiwaniu. Jest zachętą do otwarcia się na rzeczy małe,  często nieistotne, pomijane. Patti Smith potrafi dostrzec duszę w przedmiotach,  zwierzętach a nawet żywiołach. Uczy nas jak wyczulić zmysły na rozmaite sygnały,  głosy które do nas mówią o czymś ważnym,  a nawet te które informują o tych mniej ważnych są dla niej warte usłyszenia. Dla niej nie ma bowiem rzeczy nieistotnych i to jest dla mnie największe odkrycie z tej książki. To,  że można tęsknić tak mocno za schodzonym płaszczem jak za bliską osobą. To,  że można tłuc się przez pół świata po garść ziemi i kamieni dla ukochanego poety. 

Czasem potrzeba naprawdę dużego wysiłku w dzisiejszym świecie, który jest tak denerwująco szybki, głośny,  pobieżny,  materialistyczny, żeby zobaczyć to wszystko dookoła nas oczyma Patti Smith. Podobnie rzecz się ma z książkami Stasiuka, Strout, czy wspomnianych wcześniej Dylana i Kim Gordon. Także taki Murakami, który zawładnął Patti Smith swoją "Kroniką ptaka nakręcacza", czy muzyka Johna Coltrane, która zawładnęła mną po lekturze "Pociągu",  bądź hipnotyzujący,  ale też snujący się wolno z akcją serial "The Killing" - wszystkie te rzeczy wymagają UWAŻNOŚCI. 

To naprawdę bardzo istotne,  kiedy i w jakich okolicznościach przyrody sięgnięcie po "Pociąg linii M". Nie jest to bowiem książka do czytania przy okazji,  w trakcie różnych innych codziennych czynności. Może być wtedy niezrozumiała,  a nawet wyda się bełkotem. Zbytnio chyba jesteśmy przyzwyczajeni do skrótów myślowych,  oczywistości i rozleniwienia żeby tak na szybko podelektowac się tego typu pisarstwem. Bo książką Patti Smith należy się właśnie delektować. Mnie najlepiej czytało się ją  późną nocą lub bardzo wczesnym rankiem,  kiedy to świat wokół spowity jest w ciszę i spokój. Wtedy właśnie można z należytą uwagą skupić się na słowach autorki,  które mają moc oddziaływania na wyobraźnię,  a wraz z nimi poznajemy perspektywę odbioru świata przez Patti Smith. W jej świecie każdy kamyk, skrzydło owada,  pyłek kurzu, pojedynczy, ledwo uchwytny dla ucha dźwięk jest zauważalny i istotny dla całości. W jej świecie czas nie jest rzeczywisty,  a przeszłość przenika się z przyszłością. Dla Patti i jej męża struktura nie jest ważna,  ona tylko przeszkadza i to bez względu na to czy mamy na myśli strukturę wiersza czy tez strukturę dnia. Bo kto powiedział,  że mamy spać w nocy,  a żyć dniem. Kto powiedział,  że sen jest mniej realny niż rzeczywistość?  Czemu mamy chcieć więcej? Minimalizm ma w sobie coś romantycznego,  umiar,  czasem coś na wzór ascezy. Myślę,  że mógłbym tak jak Patti Smith żyć od kawy,  do kawy. Czytać,  pisać,  wędrować po kawiarniach i żywić ducha bardziej niż ciało. Może dlatego mnie tak urzeka ten świat. 

Jednym zdaniem na koniec : Warto pojechać w trasę "Pociągiem linii M" ! 

poniedziałek, 24 października 2016

Wigilijne psy i inne opowieści - Łukasz Orbitowski





Rewelacyjny zbiór opowiadań! Łukasz Orbitowski chciał, żeby świat spłonął kiedy pisał te opowiadania. Świat wprawdzie nie spłonął, ale udało mu sie skutecznie podpalić moją wyobraźnię. Aż trudno uwierzyć, że są to dopiero początki tego obecnie znanego autora, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę,  to co sam mówił na temat wieku optymalnego dla początkującego pisarza na spotkaniu z czytelnikami w którym brałem udział. Powiedział on mianowicie,  że najlepiej poczekać z prawdziwym pisaniem do trzydziestki,  ale kiedy czytałem "Wigilijne psy i inne opowieści " to pomyślałem sobie,  że gdyby ktoś miał zaczynać w takim stylu jak ma to miejsce w tej książce,  to nie ma na co czekać i śmiało można odpalać z talentem przed wspomnianą trzydziestką. Aż dziw bierze,  że te opowiadania mają  ponad dziesięć lat. Są świeże i nie widać na nich ani grama kurzu. 

Z Łukaszem Orbitowskim,  a ściślej rzecz biorąc z jego twórczością,  spotkałem się pierwszy raz przy okazji "Szczęśliwej ziemi". Było w tym trochę przypadku,  bo ja osobiście nie wierzę w przeznaczenia i tego typu pierdoły. W każdym razie jedna z księgarni,  zdaje się było to Publio, wypuściło tego e-booka w promocji za darmo. Żal było nie skorzystać, więc zgarnąłem na półkę i zacząłem lekturę. Książka zrobiła na mnie niemałe wrażenie i muszę stwierdzić,  że oprócz tego że jest bardziej dojrzała i dopracowana, to czuć w niej ten klimat z "Wigilijnych psów" właśnie. W przypadku "Innej duszy"  mamy już do czynienia z innym,  takim bardziej dorosłym już i po części ułożonym Orbitowskim,  choć ciągle czuć w nim ten buntowniczy zadzior. Najważniejsze jednak, że znów byłem pod dużym wrażeniem książki. 

Że zbiorami opowiadań bywa różnie, natomiast ja bardzo lubię ten gatunek jeśli oczywiście są dobrze dobrane. Czasem są one niefortunnie dobrane, a nawet ma się wrażenie, że to upchane na siłę odrzuty z innych książek. Naprawdę trzeba nie lada umiejętności,  żeby zaciekawić i zaangażować czytelnika w historię w trakcie tej krótkiej przecież formy, kiedy to nie ma zbytnio miejsca i czasu na wstęp,  wprowadzenie, budowę postaci. Powieść daje ogromne pole do popisu i przestrzeń których tutaj może zabraknąć pisarzowi. Łukasz Orbitowski radzi sobie świetnie w "Wigilijnych psach". Jego bohaterowie z miejsca przykuwają do fotela i aż człowiek chce żeby akcja trwała i trwała,  a tu niestety już koniec, ale mimo to że wiele z tych opowiadań aż chciało by się czytać w formie pełnowymiarowej powieści,  to tylko że względu na możliwość dłuższego obcowania z tymi historiami. Nie ma się bowiem uczucia niedosytu,  pośpiechu,  czy pobieżności. Opowiadania,  które tu znajdziemy są utrzymane w większości przypadków w klimacie horrorów,  bądź swego rodzaju fantastyki. Autor w większości z nich porusza się w rzeczywistości z pogranicza jawy i snu, a granica pomiędzy realnością i wyobraźnią zaciera się i jest praktycznie nie do uchwycenia. Akcja tych opowiadań toczy się na krakowskich osiedlach,  między innymi na Nowej Hucie,  a blokowiska widziane oczami Orbitowskiego nabierają grozy w mocniejszym wydaniu niż choćby zamki Transylwanii,  czy krajobrazy wiktoriańskiej Anglii. Bohaterowie to cała paleta osobliwości, a już tym bardziej zasługują na uwagę spersonifikowane przedmioty,  czy też duchy wdzierające się w świat żywych. Co do tematyki opowiadań,  to znajdziemy  tutaj zarówno historie życiowych nieudaczników,  mścicieli,  socjopatów czy też marzycieli. Tematyka może i zróżnicowana,  ale klimat jak wspomniałem wcześniej spójny i to świadczy moim zdaniem o niewątpliwej sile tego zbioru. Trudno uniknąć porównań do klimatu Stephena Kinga,  zwłaszcza że autor sam przyznaje się do fascynacji tym pisarzem w latach młodości. Wiem,  że niektórzy nie lubią porównań,  ale w przypadku tak dobrej prozy porównania w żadnym wypadku nie zaszkodzą. 

U Orbitowskiego bardzo duże znaczenie ma język,  którym posługują się jego bohaterowie, a jest on dosłowny i konkretny, naładowany wulgaryzmami,  ale czyni to z umiarem. Magii dodają mu miejskie legendy którymi żywią się bohaterowie tych opowieści,  jak również fakt że mamy tu do czynienia z całą plejadą rozmaitych osobliwości jeśli chodzi o napotykane tu postacie. Poza tym autor nie pozwala im na chwilę spokoju,  co sprawia również,  że czytelnik także nie powinien się nudzić. Mi osobiście się podobało i to bardzo. Pewnie jeszcze nie raz wrócę do Łukasza Orbitowskiego,  a "Wigilijne psy"  polecam bardzo mocno! 

sobota, 22 października 2016

Papierowe miasta - John Green






John Green to popularny pisarz amerykański, który zasłynął przede wszystkim książką "Gwiazd naszych wina". Myślę, że tamta pozycja, która w bardzo ciekawy, specyficzny wręcz sposób opowiada o miłości w cieniu śmiertelnej choroby jest czymś dużo więcej niż tylko książką młodzieżową. Przypadła mi ona do gustu, podobnie zresztą jak film, który miałem potem okazję oglądać. W przypadku "Papierowych miast" kolejność była odwrotna. Najpierw zobaczyłem ekranizację filmową, a dopiero teraz przyszła okazja na lekturę literackiego pierwowzoru. Przyznam szczerze, że gdyby nie fakt, iż "Papierowe miasta" stały się lekturą miesiąca października w ramach Klubu Książki Przeczytaj&podaj dalej do którego należę od niedawna, to pewnie nie sięgnąłbym po tą książkę, a to z uwagi na spooooorą ( jak pewnie u większości moli książkowych ) listę książek czekających na przeczytanie :)

"Papierowe miasta" stanowią dla mnie o tyle trudność, że mam wrażenie iż John Green trochę gubi się z konwencją tej książki. Gdyby była to zwykła "młodzieżówka",  to wydaje mi się,  że też moje nastawienie było by zgoła inne i patrząc na tą książkę z tej perspektywy potraktowałbym ją jak całkiem przyjemne "czytadło" na rozluźnienie. Tak też właśnie podszedłem do niej,  bo czasem trzeba się zresetować i zrelaksować pomiędzy "grubszymi tematami" i "Papierowe miasta" wydawały się idealną pozycją jeśli o to chodzi. Jak się szybko okazało - niekoniecznie. 

Książka opowiada o Quentinie Jacobsenie i grupie jego przyjaciół, którzy poszukują zaginionej koleżanki - Margo Roth Spiegelman. Dziewczyna pewnego dnia ucieka z domu, co zresztą zdarza się jej już nie poraz pierwszy i pewnie dla większości jej znajomych nie stanowiłoby większego powodu do zmartwienia gdyby nie fakt,  iż tym razem dziewczyna odchodzi z wielkim hukiem. Rodzi to tym samym uzasadnione obawy u jej szkolnych kolegów, a zwłaszcza u Quentina gdyż ma on się za jej przyjaciela. Obawy te, związane wprost z lękiem o jej życie, powodują że ekipa się organizuje i podejmuje misję poszukiwawczą. Sama fabuła książki i sposób w jaki autor pokazuje relacje pomiędzy uczniami w liceum to bardzo przyjemna, momentami zabawna,  czasem zaś sentymentalna podróż w okres młodzieńczy. John Green potrafi zaciekawić czytelnika i trochę po swojemu, stylem dobrze znanym czytelnikom choćby ze wspomnianej wcześniej "Gwiazd naszych wina", prowadzi nas przez tą historię całkiem sprawnie. Mamy tu wartkie dialogi, przyglądamy się pierwszym miłościom, problemom charakterystycznym dla okresu dojrzewania, takim jak poszukiwanie akceptacji otoczenia, własnej tożsamości,  czy rytuały inicjacyjne. Czyta się to całkiem przyjemnie. Gdzie leży więc problem? Moim zdaniem autor niepotrzebnie sili się na uczynienie tej książki czymś na kształt poematu o poszukiwaniu siebie i dokonywaniu przez młodych bohaterów "Papierowych miast" istotnych, egzystencjalnych wręcz rozważań nad sensem życia. Ma się wrażenie, a przynajmniej ja takowe miałem,  jakiegoś takiego przerysowania, a wręcz nawet patosu, który wyrasta ponad tematykę tej książki. Momentami bohaterowie rozmawiają że sobą w taki sposób,  że te dialogi zalatują trochę wręcz groteską. Coś co sprawdzało się w trudnej tematyce "Gwiazd..." i tam dość fajnie kontrastowało z nastoletnią jeszcze infantylnością głównych bohaterów, tutaj zdecydowanie moim zdaniem się jakoś gryzie że sobą. Niewiem czy to kwestia złych proporcji, czy bardziej historia nie jest wystarczająco nośna dla tych dylematów którymi raczy nas autor,  czy może po prostu kolejna książka w takim stylu wydawała mi się po prostu wtórna,  ale mnie ze strony na stronę coraz bardziej jakoś drażniło to jak przedstawiana jest ta opowieść. 

Z pewnością "Papierowe miasta" znajdą swoich fanów i bardzo dobrze. Wielu czytelników zachwyca się tą książką i samym Johnem Greenem za całokształt jego twórczości. U mnie jak narazie szału nie ma jeśli chodzi o jego osobę,  a szkoda. Pewnie jest to po trochu kwestia gustu, odpowiedniej wrażliwości, a może po prostu w złym momencie sięgnąłem po tą książkę. Jeśli chodzi o tego pisarza to jak narazie dam sobie jednak spokój z jego powieściami, a Wam pozostawiam decyzję czy po "Papierowe miasta" sięgniecie, aczkolwiek osobiście śmiem twierdzić,  że jest wiele innych książek z gatunku literatury młodzieżowej, które zasługują bardziej na Was cenny czas. Jednym słowem  "Papierowe miasta" to średnia książka i raczej szybko o niej zapomnę. 

czwartek, 20 października 2016

Droga 66 - Dorota Warakomska




"Droga 66" może nie zostanie książką mojego życia, ale też nie liczyłem na to kiedy po nią sięgałem. Miała to być lektura w rodzaju tych które umilą poranne bieganie gdyż wybrałem audiobooka czytanego zresztą osobiście przez samą autorkę. Dodatkowo przemawiała za tą pozycją wciąż żywa legenda tytułowej Route 66. 

Nie jestem fanem filmów, tudzież książek z kategorii "drogi", natomiast któż z nas nie słyszał o tej słynnej amerykańskiej autostradzie,  która stała się swego rodzaju ikoną popkultury i jednym z symboli Ameryki. Ta legenda ma w sobie coś magicznego i tajemniczego, co w rezultacie sprawia że nawet takie osoby jak ja mogą poczuć się zaintrygowane i spragnione wiadomości na jej temat. Początek książki Doroty Warakomskiej jakoś tak nie pozwalał mi się wkręcić w tą historię. Opisy samych krajobrazów przydrożnych, miast, mostów, ulicznych korków mnie nie interesowały i bardzo dobrze wiem dlaczego. Mnie bowiem przede wszystkim jednak ciekawią ludzie, bo to przecież oni tworzą klimat danego miejsca. Kiedy więc już miałem zamiar przerwać lekturę, to w tym momencie na powrót nabrałem ochoty gdyż w końcu pojawiają się ludzie i to tacy ludzie, którzy w trakcie luźnych rozmów z Dorotą Warakomską potrafią zarazić swoją historią. To dzięki ich życiorysom możemy poczuć nie tylko klimat Drogi 66, ale w ogóle specyfikę Stanów Zjednoczonych. Autorka umiejętnie wplata tutaj wątki z historii USA i dzięki temu kontekstowi reportaże z jej podróży prez stany leżące w pobliżu tej słynnej trasy nabierają dodatkowego wymiaru. 

Z jednej strony możemy tutaj poznać specyfikę małych miasteczek z ich własnymi prawami, legendami,  przekonaniami,  a z drugiej strony możemy przyglądać się wydarzeniom o znaczeniu nie tylko krajowym, ale nawet i światowym. Zamach w Oklahoma City, tragedia pomordowanych i wyrugowanych Indian, "wielka depresja" z lat trzydziestych dwudziestego wieku, wojna secesyjna, zabójstwo Abrahama Lincolna, wybór Baracka Obamy jako pierwszego Afroamerykanina na prezydenta, szturm na Waco i wiele wiele innych,  często tragicznych momentów historycznych, znanych nam mniej lub bardziej. Z "Drogi 66" dowiemy się kilku dodatkowych faktów poszerzających perspektywę i rzucających nowe światło na wspomniane wydarzenia. Mi osobiście najbliżej było do tych małych, nieznanych szerzej historii. Małe miejscowości w USA mają naprawdę niepowtarzalny klimat. Bardzo mi przypadł swego czasu do gustu serial "Hart of Dixie", który opowiada o jednym z takich miasteczek. Główna bohaterka przeprowadza się do Blue Bell w stanie Alabama i odkrywa, że w miasteczkach takich jak to życie toczy się jakby w innej rzeczywistości. Jest tam spokojniej, bez tego całego wyścigu szczurów, a za to przy większej uważności na drugiego człowieka i co najważniejsze każdy każdego zna.Ludzie dzięki temu wspierają się wzajemnie, pomagają sobie w różnych trudnych momentach życia. Dramaty jednostek stają się dramatami całej społeczności. Pewnie, że taki brak anonimowości niesie ze sobą również uciążliwości związane z brakiem prywatności czy krzywdzącymi plotkami. Oczywistą sprawą jest również często zamykanie się na przybyszów z zewnątrz i podejrzliwość wobec obcych, czy też wszelkiego rodzaju nowości. Coś za coś.

W książce Doroty Warakomskiej poznajemy sporo mniejszych lub większych miejscowości z ich mieszkańcami, czasem dziwakami, czasem oryginałami, czasem zatwardziałymi ksenofobami, innym razem ludźmi otwartymi na świat. Mamy też okazję śledzić przykłady tzw. "amerykańskiego snu", kiedy to jeden pomysł, pojedyncze i przypadkowe często odkrycie zwykłego, przeciętnego człowieka prowadzi do wielkiej kariery i sukcesu na skalę światową. Z drugiej strony obserwujemy rozmaite problemy społeczne, takie jak bieda, rasizm czy alkoholizm. Jednym słowem mamy okazję obserwować wraz z Panią Dorotą cały przekrój amerykańskiej społeczności i uczyć się po części akceptacji i zrozumienia dla rzeczy często niepojętych z naszej perspektywy, takich jak choćby zjedzenie sześćdziesięciu kilku hot-dogów, czy dwukilowej sztuki mięsa za jednym posiedzeniem. 

W mojej pamięci pozostanie po tej lekturze jedna z większych prawd o USA. Jest to mianowicie kraj wielkich możliwości, ale i - jak przytacza jeden z bohaterów tej książki - bezlitosna rzeka, która nie zważa na ludzi, którzy nie płyną z prądem i bardzo łatwo zapomina o tych, którzy za nią nie nadążają. W takich wypadkach kraj ten potrafi być bezlitosny, o czym świadczą historie osób, których życie pochłonęła Droga 66 i zginęli gdzieś w całym zgiełku zapomniani na zawsze.

środa, 19 października 2016

Król - Szczepan Twardoch




Swego czasu znajomy mój kupił sobie "Drach" Szczepana Twardocha, gdyż pisarz ten ( dotąd mu nieznany) zrobił na nim niemałe wrażenie udzielając wywiadu dla jednej ze stacji TV. Znajomy ów powiedział mi, że Twardoch wydal mu się mocno intrygujący, jakiś taki w elegancki sposób wyważony, elokwentny, a w tym wszystkim mocno tajemniczy. W taki sposób opowiadał o swojej książce, że tamten nie mógł się powstrzymać przed jej zakupem, choć książka wydawała się totalnie nie w jego klimatach. Tym samym ten właśnie egzemplarz trafił też do mnie i pamiętam , że towarzyszył mi w trakcie jego czytania jakiś przyjemny rodzaj masochizmu. Miałem wrażenie obcowania z czymś bardzo ważnym, choć niewątpliwie książka jest trudna w odbiorze, ciężka i mocno dokuczały mi na początku partie dialogowe pisane w języku śląskim i do tego nietłumaczone. Po czasie jednak przyzwyczaiłem się i stało się to dla mnie jakieś nawet uzasadnione i oczywiste, że nie ma tych tłumaczeń. Koniec końców muszę stwierdzić, że "Drach" to książka, która mocno oddziaływuje na emocje ( a szczególnie to cenię sobie w literaturze ), a poza tym niewątpliwie czytelnik ma do czynienia ze stylem niepodrabialnym i cechującym twórcę charyzmatycznego. Poraz drugi czytałem prozę Szczepana Twardocha przy okazji jego dzienników - Wieloryby i ćmy . Tym razem jest to zupełnie inna odsłona tego pisarza, aczkolwiek mimo tej różnicy można zaobserwować mocno wyczuwalny swoisty styl, znany mi już właśnie z "Dracha". Co najważniejsze, mimo że wielu krytykowało "Wieloryby i ćmy" to ja byłem pod ich urokiem i wprowadziły mnie w cudowny stan melancholii i autorefleksji. Jednym słowem, znów piękna proza wyszła z pod jego ręki. 

"Król" - jak sugerowały już pierwsze zapowiedzi, to kolejna, różna od poprzednich kreacja tego pisarza. Ktoś może w tym momencie zarzucić mi, że gadam bzdury i o jaką kreację chodzi skoro Szczepan Twardoch jest po prostu pisarzem i pisze książki, a że każda jest o innej tematyce czy estetyce to normalna kolej rzeczy. Ośmielę się pozostać jednak przy swoim zdaniu, bo trudno mówić o dotychczas poznanych przeze mnie dziełach tego autora w innych kategoriach jako swego rodzaju autoprezentacji, wyrażaniu siebie i swojej wizji świata,  zwłaszcza gdy mamy do czynienia z tak mocno odciśniętym stemplem autorskim jak tutaj. Estetyka jaką prezentuje Twardoch nie jest charakterystyczna dla tzw. "wyrobników", ale dla twórców którzy mają coś do powiedzenia i on zdecydowanie ma taki dar przekazu prawd o charakterze uniwersalnym. Robi to przy tym w sposób zdecydowany, mocno oddziaływający na wspomniane wcześniej emocje czytelnika. 

Wracając więc do "Króla", mamy tu do czynienia z czymś co z początku można wziąć za balladę o amerykańskich gangsterach takich jak Al Capone, Lucky Luciano, Lansky,  a ulice Warszawy można śmiało przyrównać do Chicago czy Nowego Jorku, gdzie ciągle toczyła się na początku wieku walka o wpływy i tron tytułowego "króla miasta". Akcja toczy się szybko od samego początku, a juz sam prolog z zaprezentowanym tu pojedynkiem bokserskie,  nie dość że zobrazowany jest na miarę "Wściekłego byka", to wprowadza nas mocno w męski, przepełniony testosteronem świat. Dwie główne postacie czyli Kum Kaplica i Jakub Szapiro poruszają się na kartach tej powieści w krajobrazie przedwojennej Warszawy, a jest to jak się okazuje krajobraz bardzo barwny. Mamy tu do czynienia ze ścierającymi się strefami wpływów, z ulicznymi walkami pomiędzy narodowcami i choćby organizacjami skupionymi wokół PPS-u. Na szczytach władzy mają miejsce próby przewrotów a nawet zamachu stanu i ciągłe knowania polityków z wrogich sobie obozów. Jednym słowem brudna polityka i walcząca ulica. Zważywszy na fakt, iż Szczepan Twardoch tworząc tą fikcyjną historię korzysta wyraźnie z prawdziwych wydarzeń i bazuje na rzeczywistych postaciach historycznych, możemy dzięki temu poznać zupełnie inny obraz międzywojennej Polski niż ten który był lansowany przez lata choćby na lekcjach historii. Sanacja, którą ja kojarzyłem do tej pory z honorem,  czystością, odnowieniem Polski, jawi się tu zgoła inaczej. Zamiast rządów twardej ręki,  porządku i ładu mamy tu do czynienia z rozpasaniem i ogólnym zepsuciem. Zaskoczył mnie też poziom nietolerancji,  a ściślej rzecz biorąc antysemityzmu. Takie chociażby getta ławkowe dają mocno  do myślenia, a cały klimat Warszawy późnych lat trzydziestych to wypisz wymaluj klimat czasów współczesnych.

Jest jednak w tej całej historii druga warstwa, podskórna i bardziej istotna moim zdaniem czyli tzw. przekaz. "Król" bowiem, oprócz tego, że pokazuje talent Twardocha do tworzenia literatury bardziej przystępnej, skierowanej do szerszego grona odbiorców niż wcześniejsze jego książki, to niesie ze sobą temat obecny u tego autora na przestrzeni całej jego twórczości. Chodzi o miejsce człowieka w czasie i przestrzeni. Przynajmniej ja w ten sposób odbieram jego powieści. Za każdym razem w swoich powieściach Szczepan Twardoch rzuca bowiem swoich bohaterów w inne miejsca na mapie Polski,  w odmienną kulturę i czas. Sprawia wrażenie naukowca, który w ten sposób obserwuje i bada to na ile czas,  miejsce i przestrzeń wpływa na to kim jesteśmy i jacy się stajemy. Tak było w Drachu gdzie na człowieka oddziaływał twardy, industrialny, zahartowany trudną historią Śląsk. Tak jest w najnowszej jego powieści, gdzie człowiek mierzy się z awanturniczą Warszawą,  pełną napięcia w związku ze zbliżającą się wojenną katastrofą. W "Królu" ciekawy jest też zabieg który Twardoch zastosował jeśli chodzi o osobę narratora. Nie chcę nikomu psuć zabawy więc nie zdradzę zbyt wiele w tej kwestii, ale gwarantuję że będziecie zaskoczeni wraz ze zbliżającym się finałem. Narrator idealnie wpisuje się w ten wątek z poszukiwaniem utraconej tożsamości. Twardoch snuje wizje tego co mogłoby być gdyby pewne wydarzenia się nie wydarzyły, bądź właśnie wydarzyły. Pokazuje rozmaite alternatywne scenariusze, zachęca czytelnika do swoistej gry,  uruchamia jego wyobraźnię. Ukazuje losy poszczególnych osób rzuconych w bezlitosne koła historii. Można się zastanawiać jak my sami byśmy się zachowali i jak mogłoby wyglądać nasze życie gdybyśmy żyli w tamtych czasach. Przynajmniej mi osobiście towarzyszyło masę takich właśnie refleksji i choć chciałbym jednoznacznie stwierdzić, że wiem po której stronie barykady bym stanął i jakie wartości są ważne dla mnie, to właśnie historia i miejsce oraz inni ludzie razem z nami wtedy obecni mocno na nas jak się okazuje wpływają. A może wręcz nas deprymują ? Kto wie jaką drogę wybierzemy w obliczu próby? To i inne pytania rodzą się w trakcie lektury "Króla".  Twardoch pokazuje jak niewielka jest różnica pomiędzy byciem zdrajcą a bohaterem. U niego polityka i bandytę tak naprawdę wiele nie różni. Zaledwie kilka słów,  gestów,  wyborów. Uczy nas tego, jak czasami pojedyncze błahe, nieistotne decyzje mają wpływ na nasze losy, ale również na historię. Tak samo przenikają się nawzajem ludzie wchodząc we wzajemne relacje. Czasem zatracają własną odrębność, jestestwo, zlewają się w jedną masę,  dziwny twór, a na to wszystko patrzy przetaczający się ponad wszystkim kaszalot. Czym on jest? W "Drachu" była to przeżuwająca uplywający czas ziemia,  a w przypadku kaszalota interpretacji jest wiele. Dla mnie jest to przeznaczenie, los... Dla ciebie może to być coś innego. 

Mógłbym wiele jeszcze pisać i tych mądrych i mniej mądrych refleksji na temat książki Szczepana Twardocha,  ale już przestanę i będę zachęcał po prostu żebyście po "Króla" sięgnęli. Nawet jeśli nie po tą powieść, to żebyście dali sobie szansę poznać tego autora, bo to naprawdę jeden z tych polskich pisarzy których warto poznać. Ja w najbliższym czasie do niego wrócę również. Mam w planach "Morfinę". Uwielbiam bowiem jak książka po lekturze wywołuje u mnie tyle różnych myśli, emocji, pytań zamiast oczywistych wniosków. Szczególnie gdy są to pytania o naturę ludzką. 

poniedziałek, 17 października 2016

Sezon niewinnych - Bjørk Samuel

Follow my blog with Bloglovin





Tym razem akcja promocyjna książki i nawet stawianie autora "Sezon niewinnych" w jednym rzędzie z Jo Nesbo nie okazało się nadymane i przesadzone. No może jeśli chodzi o realną konkurencję dla mistrza skandynawskich thrillerów i ojca Harry'ego Hole, to wydawnictwo trochę jednak przeforsowało, ale trzeba przyznać że Samuel Bjørk pisać potrafi, a thriller jest naprawdę rasowy i klimatyczny.

Jest coś takiego w tych Skandynawach, że niby kojarzą się jako spokojni ludzie, a przy tym zdają się być całkiem pogodni i zdystansowani do siebie samych. Znane mi osoby z Norwegii, czy choćby Szwecji - mimo tego że przyszło im żyć w klimacie dość surowym ( na samą myśl o którym zimne dreszcze przechodzą po ciele ) - to osoby z dużym poczuciem humoru i przyjacielsko nastawieni do świata. No ale właśnie, jest coś takiego w ludziach z "północy",  że  ich umysły skrywają coś tajemniczego,  mrocznego,  a czasem nawet przerażającego. Dowodem na to jest niesłabnąca od jakiegoś czasu popularność skandynawskich thrillerów. Raz za razem wydawane są tam całe serie o tematyce oscylującej wokół zbrodni. Seryjni mordercy, dewianci, socjopaci, fanatycy religijni i rozmaite sekty to nieodłączne tematy,  które stają się obiektami śledztw przeprowadzanych przez charyzmatycznych detektywów takich jak Harry Hole, Wallander,  William Wisting, czy też Fabian Risk. Do ich grona dołącza niniejszym Holger Munch, którego bohaterem swej serii uczynił Samuel Bjørk. 

Holger Munch i jego młodsza  koleżanka po fachu - Mia Kruger będą musieli zmierzyć się ze śledztwem dotyczącym morderstw dzieci. Morderca już od samego początku daje jasno do zrozumienia,  że nie zamierza poprzestać na dotychczasowych ofiarach o czym świadczy między innymi numerowanie swych ofiar jakby były one conajmniej okazami w jakiejś jego chorej kolekcji. Samuel Bjørk w "Sezonie niewinnych" pokaże nam świat,  który pewnie większości czytelników thrillerów i to nie tylko skandynawskich jest dobrze znany. Jest to świat w którym brutalność jest na porządku dziennym, a opisy ciał ofiar podawanych oględzinom na miejscu zbrodni i sekcjom zwłok przyprawiają o mdłości. Świat w którym tak naprawdę każdy skrywa jakieś mroczne tajemnice,  a zbrodnie przeszłości niosą się niczym zaraza z pokolenia na pokolenie. W rzeczywistości tej zbrodnia i kara nie mają granic czasowych, a krwawe czyny mają swoją genezę w zamierzchłej przeszłości. Nie zabraknie też u Samuela Bjørka wspomnianych wcześniej wątków związanych z fanatyzmem religijnym, stereotypami zrodzonymi że strachu i zabobonu i podskórnego napiecia toczącego małe zamknięte społeczności. Autor mimo korzystania z rozlicznych schematów potrafił stworzyć interesującą opowieść o osobistej wendecie, która intryguje, wciąga i trzyma w napięciu do samego końca. Spotkałem się z opiniami,  że autor umieścił w książce wiele pobocznych wątków,  które są niepotrzebne i rozpraszają, ale ja osobiście uważam że wszelkie wątki bezpośrednio może niezwiązane z tym konkretnym śledztwo, wnoszą dużo jeśli chodzi o kontekst historii, ale przede wszystkim pomagają w poznaniu postaci głównych bohaterów. Zarówno bowiem Holger Munch jak i Mia Kruger są skonstruowani przez autora wyśmienicie i stanowią skontrastowany, ale jednocześnie zgrany duet pomiędzy którym jest chemia. Trochę miałem skojarzenia że słynnym duetem Mulder - Scully ( Z Archiwum X) i nie pytajcie dlaczego bo sam nie wiem. Może właśnie z uwagi na napięcie, a jednocześnie przyciąganie między nimi. 

Podsumowując,  może Samuel Bjørk nie jest Jo Nesbo,  a Mia Kruger to nie bohaterka na miarę Lisbeth Salander, ale warto sięgnąć po "Sezon niewinnych",  bo to naprawdę dobra książka. Osobiście mam sporo wątpliwości na temat sposobu promocji wydawnictw tego typu ponieważ moim zdaniem takie rozbudzanie oczekiwań przez porównywanie i nadinterpretacje naprawdę nie wpływa korzystnie na odbiór. Niejednokrotnie się o tym przekonałem na własnej skórze,  a poza tym uważam,  że dobra historia naprawdę potrafi obronić się sama. Może lepiej po prostu reklamować taki "Sezon niewinnych" przykładowo w taki sposób: "Jeśli nie znacie Samuela Bjørka,  to dajcie facetowi szansę bo tworzy intrygi,  które naprawdę trzymają w napięciu!" 

niedziela, 16 października 2016

Kucając - Andrzej Stasiuk






W przypadku książek Andrzeja Stasiuka nie mam wątpliwości jakie emocje będą mi towarzyszyć podczas lektury i jaki poziom będzie miał tekst po który sięgam. Bardzo mi odpowiada taka sytuacja i ciągle nie mam dość tego autora. 

"Kucając" to zbiór opowiadań,  które ukazały się wcześniej w innych książkach Stasiuka, czy też były drukowane w czasopismach takich jak choćby Tygodnik Powszechny. Nie jest to jednak żadna kompilacja w rodzaju "the best of..."  tylko pozycja tematyczna. Tym razem Andrzej Stasiuk zaprasza nas do wejścia w relację z dziką,  ale też udomowioną przez nas naturą. Relacja oznacza bądź co bądź aktywny udział w kontakcie ze sobą,  przedmiotem, drugim człowiekiem. Nie wystarczy więc tylko przebywać na łonie tejże natury,  ale trzeba pozwolić sobie na czerpanie z niej jak również spróbować dzielić się z nią ze swoimi refleksjami i emocjami. To właśnie robi Andrzej Stasiuk, kiedy obserwuje zmieniające się pory roku, pory dnia,  czy choćby zmieniającą się wciąż pogodę. Nie zatrzymuje się on bowiem na samej obserwacji,  ale obserwowane zjawiska motywują go do refleksji nad istnieniem, życiem czy też nieuchronnością pewnych procesów,  które właśnie w naturze mają swój początek i koniec. 

"Nieustannie się przebieramy, myjemy bez końca i wciąż paplamy,  stłoczeni przy stołach we własnym towarzystwie,  bo wydaje nam się,  że tak wygląda życie człowieka. A jesteśmy bydlętami i powinniśmy zakosztować ciszy i samotności" - tak pisze Andrzej Stasiuk w tekście,  który kończy zbiór "Kucając". Kiedy opisuje to jak wstawał dwie godziny wcześniej przed szkołą,  żeby właśnie w takiej ciszy i samotności delektować się światem,  to ja osobiście rozumiem o czym mówi,  bo samemu zdarza mi się to niemal co rano,  kiedy wstaje jeszcze przed świtem i biegnę w kierunku jeziora. Z tą różnicą, że u mnie zamiast kontaktu z przyrodą i dzikością przez te osiem kilometrów w słuchawkach leci audiobook bądź Spotify. Udaje mi się jednak za pomocą pozostałych zmysłów - wzrok,  zapach - wyławiać naprawdę niepowtarzalne,  osobiste,  tylko moje fragmenty tego świata zwierząt, roślin,  żywiołów. Zawsze to coś,  aczkolwiek "Kucając" dało mi do myślenia jak bardzo człowiek oddalił się przez wieki od otaczającej go przyrody. 

Relacja z naturą jest czymś niezbędnym do zrozumienia siebie i otaczającego świata. Bez tego nie można mówić w żadnym wypadku o prawdziwym i pełnym życiu. Dlaczego więc tak bardzo przed tą relacją uciekamy?  Otóż ja rozumiem Stasiuka w ten sposób,  że człowiek boi się konfrontacji z prawdą o swojej kruchości. Tak bardzo w toku rozwoju nauki i medycyny uwierzyliśmy w swoją nieśmiertelność,  że odgradzamy się od wszystkiego co przypomina nam o śmierci. W tym celu unikamy natury,  bo ona wciąż umiera i rodzi się na nowo do życia,  przypominając skutecznie że wszystko przemija. Unikamy bycia z umierającą istotą,  bo jak trudne jest takie towarzyszenie w umieraniu pokazuje opowiadanie z "Grochowa" pod tytułem "Suka". Naiwnie wierzymy,  że jak porzucimy swoich bliskich w hospicjach czy szpitalach,  to uciekniemy przed wonią śmierci. Syzyfowy jest ten wysiłek, bo jak uczy nas Stasiuk - "jesteśmy zwierzętami,  chociaż że wszystkich sił staramy się o tym zapomnieć". 

Trudno się wbić w tą książkę prosto ze zgiełku, hałasu i spraw, ale kiedy nadchodzi cisza, zapada noc,  przychodzi cisza to wtedy jest najlepszy moment na delektowanie się "Kucając". Skąd wiem?  Sprawdziłem ostatniej nocy...

sobota, 15 października 2016

Sprzedawca arbuzów - Marcin Meller






Już od dawna wyznaję zasadę, że czym się człowiek żywi tym przesiąka i dzięki temu przekłada się to później na to jaką jest osobą. Z tego też względu sięgając po książkę lubię wiedzieć coś na temat jej autora. Kim jest, co sobą reprezentuje, co lubi, czym się w życiu kieruje. W przypadku Marcina Mellera wszystko jest jasne jeśli tylko spojrzymy na okładkę niniejszej książki. Pierwsze co się rzuca w oczy to ogromny dystans do siebie - moja siostra kiedy zobaczyła tą okładkę - stwierdziła - "Hulk :D" Autor "Sprzedawcy arbuzów" to kibic tej samej drużyny co ja, fascynuje go Gruzja i uwielbia "Shantaram", a tymi miłościami zaraził również i mnie jakiś czas temu. Tym samym jest współodpowiedzialny za cierpienie moich znajomych ( i nie tylko ich ), których sukcesywnie zadręczam moim entuzjazmem odnośnie tej powieści i tego kraju. Ogólnie rzecz biorąc gdybym miał określić jednym słowem Marcina Mellera to powiedziałbym, ze to entuzjasta, a że sam się za takowego mam, to kiedy - dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wielka Litera pojawiła się możliwość przeczytania tej książki - z góry wiedziałem , że będzie to czytelniczy strzał w dziesiątkę.


Marcin Meller imponuje mi z wielu powodów. Ma wiedzę, jest inteligentny, ma gadane, potrafi lać wodę i wywołuje tym samym uśmiech na mej twarzy, bo też uważam się za niezłego artystę jeśli chodzi o tą właśnie umiejętność. Przede wszystkim jednak szanuję go za to, że nie wstydzi się on pokazywania swojej wrażliwości i niniejsza książka jest kolejnym dowodem na to, że z czegoś co dla innych jest powodem do wstydu i kompleksów ,on potrafił zrobić swój znak rozpoznawczy i tym samym sprawić, że wielu takich jak ja sięga po felietony jego autorstwa z ogromną przyjemnością. Marcin Meller kryguje się trochę, kiedy pisze o tym, że zostanie przeklęty, zwolniony, zesłany na odosobnienie za kolejny felieton na temat swoich dzieci, ale z pewnością dobrze wie, że właśnie za pokazywanie tej strony własnej osoby zyskuje bodajże największą sympatię swych czytelników. Z uśmiechem na twarzy czyta się natomiast o jego przekomarzaniach z redaktorem Lisem, który domaga się od niego wstrzemięźliwości jeśli chodzi o teksty na temat dzieci właśnie :D

Felietony,  które znajdziemy w książce "Sprzedawca arbuzów"  są podzielone na cztery części i mimo,  że wszystkie ( tak wszystkie bez wyjątków) przeczytałem z wielką przyjemnością i wcale nie przeszkadzało mi to,  że część z nich znałem i pamiętałem jeszcze z Newsweeka,  to najbardziej przypadły mi do gustu właśnie te z części pierwszej kiedy autor pisze o swoich pociechach. Fakt,  że sam dzieci nie posiadam w żadnym wypadku nie utrudniał mi wczucia się w skórę ojca, który świata poza swoim Guciem i Basią nie widzi. O czym to i świadczy i czemu o tym wspominam?  Otóż trzeba mieć naprawdę ogromny poziom wrażliwości i empatii aby potrafić zarazić swoją perspektywą czytelnika w taki sposób jak robi to Marcin Meller. Podobnie rzecz się ma w przypadku pozostałych tekstów, choćby tych na tematy polityczne czy okołopolityczne. Mimo, że autor nie unika tu "szpilek", "przytyków", a często pokazuje złośliwość w najczystszej postaci. Pomimo tego, iż czasem można śmiało powiedzieć - żądli wręcz i to żądli dość jadowicie, to mimo wszystko nie znajdziemy tu klimatu rynsztokowego, charakterystycznego dla jego oponentów. Wszechobecne w dzisiejszych czasach hejterstwo, brak wyczucia i taktu, które mnie osobiście odstręczają i przyprawiają o mdłości to rzeczy których na całe szczęście u Marcina Mellera nie znajdziecie. 

Jak to się dzieje, że felietonista, który potrafi zasadzić inteligentnego prawego prostego przy pomocy swego żartu i często odgraża się, że "zrobi komuś z dupy jesień średniowiecza" wystrzega się tej nienawistnej i uwłaczającej retoryki rodem ze stadionów? Otóż Marcin Meller posiada coś czego nie mają ludzie z sekty "dobra zmiana",  a często też brakuje tego ich politycznym przeciwnikom. Tym brakującym składnikiem jest poczucie humoru, którego u niego znajdziemy pod dostatkiem. Ponadto jego wielką zaletą jest to, że ze swoim światopoglądem potrafi zachować miejsce neutralne w tej toczącej sie obecnie wojnie światów i nie ooowoada się po żadnej ze stron. Jest w swoich poglądach umiarkowany i potrafi "pojechać" zarówno jednym i drugim. Robi to zarazem w taki sposób, że trudno się na niego gniewać i trzeba mieć moim zdaniem naprawdę złą wolę i mało dystansu do siebie, żeby się na niego obrazić. Kiedy zakończyłem lekturę książki "Sprzedawca arbuzów" wiedziałem już, że mój pomysł na opinię o niej kiedy chciałem wybrać najlepsze kawałki i na nich się skupić upadł bezpowrotnie. Stało się tak z jednej prostej przyczyny, a mianowicie myślę sobie, że z felietonami Marcina Mellera jest tak, iż w zależności od nastroju, sytuacji, w określonym kontekście inne teksty będą do nas trafiać i jawić się jako te najbardziej wartościowe . Z tego też względu serdecznie dziękuję Wydawnictwu Wielka Litera za umożliwienie mi lektury tej książki, bo bawiłem się przy jej lekturze znakomicie i dzięki temu, że ja posiadam na swojej półce będę ją traktował jako "etopirynę na absurdy naszej rzeczywistości". Bardzo mocno polecam tą książkę, a żeby jeszcze bardziej zachęcić do lektury, to nie opowiem wam jednego z najśmieszniejszych kawałów jakie w życiu słyszałem, który znajdziecie w tytułowym felietonie. "Sprzedawca arbuzów" daje czadu i nie chodzi mi tylko o wspomniany kawał !