piątek, 23 czerwca 2017

#WstydźSię! - Jon Ronson




Jon Ronson to autor, którego sobie upodobałem po lekturze książki "Czy jesteś psychopatą", gdzie tropił on psychopatyczne osobowości w przestrzeni publicznej. Znany jest również z tytułu "Człowiek, który gapił się na kozy", w ekranizacji którego wziął udział George Clooney. 

Ronson nie tylko jest dobry jako powieściopisarz, ale wykazuje się przede wszystkim zmysłem reporterskim, a do tego wszystkiego ma specyficzne poczucie humoru, co w rezultacie tworzy mieszankę idealną. W książce "#WstydźSię!" bierze on na tapetę jedno z najbardziej nieprzyjemnych uczuć z którymi człowiekowi przychodzi się stykać. Swoje "dochodzenie" prowadzi wśród osób, które z różnych powodów stały się ofiarami publicznego zawstydzenia. W dobie internetu proces napiętnowania to często kwestia jednej nieprzemyślanej wypowiedzi, czy też wyjęcia z kontekstu jednego czy dwóch zdań. Czasami wręcz mamy do czynienia z paradoksami, gdzie ironia czy sarkazm, nawet inteligentny żart może być zrozumiany jako wyraz braku wyczucia, a w skrajnych przypadkach stanowić podstawę do oskarżeń o rasizm, homofobię czy też brak empatii o wyczucia. Łatwość z jaką użytkownicy Facebooka, Twittera czy innych serwisów ferują wyroki i dokonują samosądu na delikwentach może przerażać jeśli poddamy ten problem refleksji. Problem tym, że na refleksyjność nie ma zbytnio miejsca przy spontanicznych reakcjach internetowych trolli. 

Im dalej brniemy w książkę Ronsona tym bardziej możemy zauważyć, iż autor nie poprzestaje w swojej dziennikarskiej misji ( która nota bene rozpoczęła się za przyczyną prozaicznego spambota) na studium zawstydzania w oparciu o rzeczywiste historie ludzkie i wychodzi od nich do próby analizy problemu w postaci coraz mocniejszej tendencji ogółu do "równania" standardów. Jak się okazuje zjawisko to odbywa się nawet kosztem unicestwiania, mieszania z błotem wszystkiego co odmienne. Tłum bowiem rządzi się swoimi prawami i nie znosi kiedy trafia się pośród niego jednostka, która myśli samodzielnie i odstaje od reszty. Już na samym początku spotyka się ona z ostrymi reakcjami ogółu, co w rezultacie przypomina oddziaływania charakterystyczne dla systemów totalitarnych. Niewiele trzeba żeby zostać wyrzuconym poza nawias, a proces wykluczenia odbija się mocno na życiorysach większości osób, które  znajdziemy w książce "#WstydźSię!". Myślę sobie zresztą, że wcale nie musimy daleko szukać, bo co chwila w mediach społecznościowych dzieją się historie podobne do tych z kart bestsellera autora tej książki. 

Jon Ronson w odróżnieniu od tych, którzy w sieci wydali bezapelacyjne wyroki i dokonali samosądu na ludziach którzy zamieścili w sieci kontrowersyjne wpisy, zadaje pytania o rzeczywisty wymiar ich winy. Kiedy zadaje pytanie o intencje, bada indywidualny kontekst wypowiedzi i dopuszcza możliwość ludzkiego, pospolitego błędu to tym samym udaje mu się odwrócić perspektywę i udowodnić smutną prawdę o współczesnym społeczeństwie, gdzie nie ma miejsca na słabość, a jeden błąd może kosztować bardzo wiele. Żyjemy w czasach, gdy ofiara wściekłego tłumu zostaje pozbawiona podstawowego prawa - prawa do obrony. Jon Ronson przywraca części z tych osób to elementarne prawo poprzez przedstawienie ich historii i chwała mu za to, a że dodatkowo robi to z dużym poczuciem humoru to efekt jest tym bardziej godny polecenia do lektury. Jeśli zaś spodoba się wam styl autora to polecam sięgnąć również po inne jego książki, a już napewno po jego publikację "Czy jesteś psychopatą,", gdzie z równie wielką dozą humoru i dystansu tropi on psychopatów w przestrzeni publicznej. 

niedziela, 18 czerwca 2017

Istoty ulotne. Opowieści terapeutyczne - Irvin David Yalom




Przyznaję, że od jakiegoś czasu miałem rozbrat z książkami Yaloma, co pewnie głównie brało się z faktu, iż z reguły człowiek unikalnych tematów związanych ze śmiercią, przemijaniem, żalem po stracie. Jeśli już jednak pojawi się u was gotowość do konfrontacji z tymi tematami to Irvin D. Yalom jest idealnym kandydatem na przewodnika jako że dokonuje on tego w sposób niemal bezbolesny. 

Wiele prób podejmowano jeśli chodzi o opis procesu terapeutycznego i przybliżenie na czym polega psychoterapia widziana od kuchni, ale nikomu nie udało się tego zrobić w taki sposób jak ten sympatyczny staruszek. Cechuje go ogromne poczucie humoru, a przy tym dystans do siebie co sprawia, iż relacja jest terapeutyczna w jego wykonaniu nigdy nie była i nie będzie tak fascynująca. "Istoty ulotne" to ta sama formuła jak obrosły już legendą doskonały zbiór "Kat miłości" i mimo że wydawać by się mogło, że może to się w końcu znudzić to autor przy doborze przedstawionych historii zadbał byśmy nie mogli oderwać się od lektury.  

Kolejni bohaterowie "Istot ulotnych" to osoby, które w różny sposób starają się uciec przed myślą o tym co nieuniknione. Robią oni wszystko żeby nie skonfrontować się z przebijającą się do ich świadomości prawdą o tym, że należymy do istot które przemijają, a każdy dzień zbliża nas do pewnego końca. Nie pomoże ucieczka w coraz to nowe związki, nie pomoże uciekanie w pracę czy eksperymentowanie z coraz to nowymi sposobami dostarczania sobie zastępczych gratyfikacji celem odwrócenia uwagi o nieuchronnej śmierci. Nic też nie da obrażanie się na cały świat i ludzi wokół. Fakty są brutalne i bez względu na to czy wierzymy w życie po śmierci czy też jak sam autor poddajemy taką możliwość w wątpliwość to każdy zmarnowany dzień, każda upływająca chwila uciekają bezpowrotnie. Co daje więc zamierzenie się z prawdą, że czeka nas śmierć? Wedle Yaloma poza nieprzyjemnym uczuciem żalu po stracie otrzymujemy szansę by wykorzystać ten dany mam czas najlepiej jak umiemy. 

David Irvin Yalom pokazuje nam jak korzystać z czasu na przykładzie swojej pracy terapeutycznej z pacjentami. Wykorzystuje on te kilkadziesiąt minut spotkania z drugim człowiekiem doskonale, cały czas analizując proces relacji zachodzącej między nimi. Sposób pomagania przez niego drugiemu człowiekowi w nurcie humanistycznym jest bardzo bliski niejednemu terapeucie, lecz szkopuł leży w tym iż nie każdy kto czytając Yaloma chce być taki jak on ma do tego predyspozycje i umiejętności. Dla mnie osobiście takie widzenie drugiego człowieka gdzie z relacji czerpie nie tyko pacjent, ale i terapeuta zawsze będzie najbliższe jeśli chodzi o wizję pomagania ludziom. W dobie bogactwa rozmaitych szkół i nurtów, gdzie aż roi się od fajerwerków i akrobatycznych interpretacji tłumaczenia zachowań człowieka to właśnie tak zwyczajne " yalomowskie towarzyszenie" człowiekowi w jego kryzysach i dylematach ma w moim odczuciu największą moc. 

Podsumowując, książka ta stanowić będzie szalenie interesującą lekturę zarówno dla tych którzy zajmują się pomaganiem w sposób profesjonalny, jak również dla tych których ciekawi "jak to się robi", a może raczej jak powinno się to robić, bo i wśród psychoterapeutów teoria nie zawsze znajduje odbicie w praktyce i to bez względu na wiszące w gabinecie dyplomy. Zatem miłej lektury. 

sobota, 10 czerwca 2017

Dzikusy tom I - Sabri Lauatah




Dzięki uprzejmości Wydawnictwo W.A.B poraz kolejny miałem okazję przeczytać książkę, której sam pewnie bym nie zakupił. Być może brzmi to dziwnie, ale to swego rodzaju fortel, który stosuję w ostatnim czasie. Jeśli już kupuję książkę to z reguły jest to pozycja z kategorii tych tak zwanych "pewniaków" jeśli chodź o mój gust. Czasem jednak dla odmiany lubię wypatrzyć coś innego i jeśli tylko spotka się to z uprzejmością wydawcy, to wtedy na mój czytelniczy warsztat trafiają takie książki jak właśnie "Dzikusy".

Tak naprawdę jedynym większym mankamentem powieści Sabri Lauatah jest fakt, iż istnieje jak narazie tylko tom I. Jak ogromny stanowi to dyskomfort przekona się każdy kto sięgnie po tę książkę. Z początku akcja rozkręca się powoli. Nie dziwi to że względu na fakt, iż tło społeczne jest niezbędne w przypadku takiej historii z jaką mamy tu do czynienia, o czym już za moment. Tak samo zresztą jak początek toczy się leniwie, z uwagi na co czytelnik może oddawać się lekturze bez obawy że coś mu umknie po drodze, a jednocześnie nawet pozwolić sobie na wykonywanie innych czynności jak choćby parzenie kawy, tak też pod sam koniec akcja przyspiesza gwałtownie, a emocje sięgają zenitu. Wtedy jednak wszystko niespodziewanie się urywa i... no właśnie... do zobaczenia w drugim tomie.

W tym momencie wypada przybliżyć choć pokrótce samą treść. Francja staje u progu wiekopomnego wydarzenia jakim bez wątpienia może stać się wybór na prezydenta, poraz pierwszy w historii kandydata wywodzącego się z mniejszości narodowej. Szawisz to potencjalny arabski prezydent-elekt, którego poznajemy na ostatniej prostej wyścigu prezydenckiego i jak się okazuje znajduje się on na pozycji lidera, a do końca wyborów zostało kilkanaście godzin. Jego losy mają niebawem spleść się z losami członków rodziny Nerrouche, a przede wszystkim z jednym z nich tj. Karimem, który jest świadkiem pana młodego. Wesele, w którym bierze udział rodzina Nerrouche staje się doskonałą okazją do wprowadzenia czytelnika w socjologiczne i obyczajowe wątki, które pokazują kontekst tego potencjalnego, jak może się na chwilę obecną wydawać niemożliwego wręcz wyboru ludu. Kto zyska na tym, iż arabski kandydat zwycięży, a komu jest to nie na rękę? Jak się okaże, sprawa wcale nie jest taka oczywista.

Lektura "Dzikusów" sprawia wrażenie oglądania w TV reality show, z tym że zamiast przyglądania się bezmyślnym podrygiwaniom imprezującej i alkoholizującej się bandy kreatynów mamy tu do czynienia z całkiem zgrabną satyrą odnoszocą się do tej z grup społecznych ww Francji, która przesiąknięta jest urazą i ma poczucie marginalizacji społecznej. Sabri Lauatah przeprowadza w swojej książce swoisty rodzaj eksperymentu, który ma pokazać co może się wydarzyć gdy ci porzuceni obywatele skonsolidują się i znajdą swego reprezentanta. No właśnie, co to może oznaczać dla przyszłości Francji? A może fabuła potoczy się w całkiem innym kierunku? Sam jestem tego bardzo ciekaw i dlatego będę mocno wyczeliwał kolejnych tomów "Dzikusów". 

wtorek, 6 czerwca 2017

Rzeczy utracone. Notatki człowieka posttowarzyskiego - Łukasz Orbitowski





Łukasz Orbitowski to autor obok którego nie da się przejść obojętnie, a przynajmniej ja tego nie potrafię. Nie bez znaczenia jest tu fakt, iż odnajduję w tym jak przeżywa świat, czym się karmi, co go nakręca wiele podobieństw do własnej osoby. "Rzeczy utracone" to zbiór tekstów, które były przez niego publikowane na blogu, tym bardziej stanowią dodatkową wartość dla fana, gdyż są mocno osobiste i pozwalają zbudować sobie obraz ulubionego autora. 

Teksty, które znajdziemy w tej książce są mocno zróżnicowane jeśli chodzi o poruszane tematy, wartość artystyczną czy samą formę. Znajdziemy tu nawet bajki i to właśnie one spotkały się z mojej strony z najbardziej entuzjastycznym przyjęciem. Wszystkie te teksty łączy przede wszystkim inteligencja w patrzeniu i komentowaniu otaczającej rzeczywistości. Jest coś takiego w sposobie pisania Orbitowskiego, że w sumie jest mi obojętne o czym pisze byleby nie tracił tego czegoś czym przyprawia słowa. Oprócz inteligencji tego autora cechuje również ogromny dystans do siebie, a także poczucie humoru i to takie z gatunku tych wyszukanych. Jest to o tyle istotne, iż w dzisiejszych czasach żart często sięga rynsztoka, bywa prymitywny i często łączony jest zwyczajnie z głupotą ( nie mylić z absurdem). U Łukasza Orbitowskiego żart ma odpowiedni pazur, monetami jeździ po bandzie, ale nigdy nie przesuwa się za tą granicę kiedy staje się on niesmaczny. 

Już nieraz przekonałem się, że na odbiór danego twórcy ma ogromny wpływ to na ile znany jest nam kontekst w którym jego twórczość powstaje. "Rzeczy utracone" mogą pełnić właśnie taką rolę. Przybliżają nam to co kształtowało i kształtuje Łukasza Orbitowskiego jako człowieka, a przede wszystkim jako pisarza. Dzieli się on z nami tym co go nakręca, dodaje energii, przybliża swój cykl twórczy. Dowiadujemy się o jego bolączkach, źródłach frustracji, stosunku do tego co dzieje się wokół. Pokazuje nam to co w jego życie wnoszą pasje, tak jak choćby podróże. Wszystko to rzuca światło na tego twórcę i pozwala go poznać tym, którzy mało o nim wiedzą. Dla tych zaś z nas, którym postać Orbitowskiego nie jest obca książka ta będzie kolejnym dowodem na to, iż jest on postacią bardzo autentyczną i to mimo tego, że on sam często zaznacza, że warto brać na niego poprawkę bo jednak podejmuje grę że swoim czytelnikiem. No ale który z pisarzy ( dobrych pisarzy) tego nie robi. Bez tego nie było by literatury z górnej półki. 

Na koniec wspomnę jeszcze o jednej kwestii, dzięki której Łukasz Orbitowski, nie tylko w książce "Rzeczy utracone" ujmuje mnie jako czytelnika po całości. Otóż wynika to z tego jak odbija się w jego tekstach popkultura, a konkretniej jej wytwory należące właśnie do tego zbioru "rzeczy utraconych", jak choćby dobry horror, wartościowe wydawnictwo z nurtu metalowego, czy też rasowa fantastyka. Nostalgia jaką przejawia Orbitowski w tych momentach kiedy odnosi się do tego co zrobił czas z tymi rzeczami jest szczególnie bliska memu sercu. To wynik swego rodzaju wrażliwości charakterystycznej dla pokolenia transformacji. Pewnie nie jeden trzydziestoparolatek odnajdzie w tym sposobie przeżywania siebie i to jest uczucie z gatunku tych bezcennych. 



piątek, 2 czerwca 2017

Zawiść ver. 1.1 - czyli światopoglądowe anomalie

" - Jak tak można? ", " Przecież to nie po katolickiemu " , " Teraz może i jest uczucie, ale wypali się, zaniknie " , "Teraz selfiaki słodziaki, a potem będzie spanie dupami do siebie", "Rodzina powinna być najważniejsza", "Bez Boga w życiu nie ma szans na szczęście", "Bóg, Honor i Ojczyzna", "Każdy ma swój krzyż", "Bierz swój los w pokorze", "Europa biała i chrześcijańska". Ogólnie mówiąc to chciałbym mieć, że tak się wyrażę wyjebane na takie teksty ilekroć gdzieś tam orbitują wokół moich uszu, ale nic na to nie poradzę że mam taki już sparszywiały charakter iż nie potrafię. 

Często podnoszony jest w ostatnim czasie lament o potrzebie obrony tradycyjnych wartości chrześcijańskiej Polski ( już nie Europy bo ta już wedle tej "logiki" chrześcijańska dawno być przestała) przed jakimś tam iluzorycznym i według mnie wydumanym najeźdźcą, który czyha u bram naszego supermocarstwa aby sprzeniewierzyć wszystko co najświętsze w tym naszym grodzie. Konsolidują się bojówki przebranych w komunijne garnitury dresów którym znudziło się oglądanie nudnej ligowej piłki i naparzanie się między sobą na stadionach więc dla urozmaicenia zaczęli zaglądać do "piguł" z historii. Szaliki i kominiarki domorośli wojownicy zamienili na proporce i sztandary z w wstawkami ornitologicznymi aby wspomagani przez rycerzy krucjaty różańcowej wykrzykiwać komunały w rodzaju "Chrystus Rex", "a na drzewach zamiast liści... "itd. (szkoda słów). Można odnieść wrażenie, że każda niemal okazja, data staje się dla nich okazją do marszów, pochodów, manifestów o protestów w obronie tradycji właśnie. 

Z tą tradycją to tak sobie myślę że nie powinno być problemu, bo ta zwykle broni się sama. Tyle że coś mi nie pasuje jeśli chodzi o wartości które trafiają na te sztandary. Ma się bowiem wrażenie, że Ci wszyscy "neo-patrioci" coś tam w tym całym swoim neofickim entuzjazmie pomieszali. Z tego co bowiem udaje mi się zaobserwować to ten tradycyjny katolicyzm ma się wyrażać w : 

- nienawiści do wszystkiego i wszystkich którzy są inni pod względem wyznania, narodowości, wartości, preferencji seksualnych itd. 

- tendencji do narzucania gwałtem własnej wizji świata i ujednolicania sposobu myślenia bez względu na perspektywę i kontekst kulturowy. 

- totalnej ignorancji co do potrzeb innych ludzi na rzecz egoistycznego "widzimisię". 

-  pernamentnej zazdrości i zawiści wobec osób którzy wykazując się zaradnością i pracowitością w myśl zasady "równaj do dołu". 

- braku dystansu do siebie, infantylnej i roszczeniowej postawie, umartwianiu się i braku poczucia humoru. 

-  poddańczej i uprzedmiotowionej roli kobiet w społeczeństwie z tendencją do ograniczania podstawowych praw i potrzeb. 

-  oddawaniu czci bożkom, przedmiotom i symbolom w sposób bezrefleksyjny łącząc go z przesądami i rozmaitymi ludowymi wierzeniami. 

- oddawaniu się rytuałom i rozmaitym różnym czynnościom bez zastanowienia i wglądu w ich znaczenie i rolę. 

- szafowaniu symbolami patriotycznymi i wykorzystywaniu ich do własnych celów przy jednoczesnym "mydleniu" historii i bezmyślnym umieszczeniu znaków typu "Polska Walcząca" choćby na genitaliach. 

- klerykalnej wizji kościoła gdzie sakrament został wyceniony i jest obiektem handlu nie zapleczach świątyń.  

- fanatycznej wręcz postawie i mowie nienawiści  względem religii islamskiej i kultury arabskiej. 

Mógłbym tak długo jeszcze wymieniać, mnożyć przykłady składające się na spaczony tradycyjny model prawicowego konserwatyzmu osadzonego w narodowo-katolickiej wizji Polski i świata, ale nie o to chodzi. Chciałem w tym poście wyrazić swoje oburzenie i sprzeciw co do zwłaszcza nią religii i historii do partykularnych celów. Dla mnie bowiem chrześcijaństwo i polska tradycja w dużej części na nim zbudowana to przede wszystkim :

- braterstwo 

- miłość do bliźniego wyrażająca się w gotowości do niesienia pomocy ( patrz kryzys uchodźczy) 

- tolerancja i poszanowanie innych wierzeń, kultury, tradycji w duchu ekumenizmu

- współpraca w imię humanizmu i dobra wspólnego 

- dialog 

- altruizm i filantropia 

- duchowość w miejsce instytucjonalnej i opartej na symbolach wizji Boga 

- radość i afirmacja życia w miejsce umartwiania się 

- elastyczność i wychodzenie drugiemu człowiekowi na przeciw. 

Co wy na to? W którą stronę wam bliżej? Gdzie widzicie przyczyny radykalizacji światopoglądowej i czy też macie poczucie, że ta nasza tradycja gdzieś tam zjadła swój własny ogon w tyglu zawiści i egoizmu? Pozdrawiam i życzę przede wszystkim dystansu i refleksji bo bez tego biada "naszej cywilizacji". 

piątek, 26 maja 2017

Kluczowy świadek - Jørn Lier Horst




Także i ja poddałem się sile promocyjnej machiny odnośnie książki Jørna Lier Horsta i postanowiłem sprawdzić kto to taki i o co tyle szumu. Muszę przyznać, że towarzyszył mi swego rodzaju sceptycyzm i raczej nie liczyłem na pozytywne wrażenia z lektury. Często sprawdza się mądrość ludowa, że ' z dużej chmury mały deszcz", ale na moje szczęście tym razem trafił się wyjątek.

Autor "Kluczowego świadka" zdążył już zebrać całkiem sporą rzeszę fanów w naszym kraju i większość użytkowników takich portali jak choćby lubimyczytać doskonale wie kto to taki ten Jørn Lier Horst. Seria o Williamie Wiistingu miała tę wadę, iż poszczególne jej tomy ukazywały się w Polsce trochę tak bez ładu i składu i stąd też chyba mój dystans do tych bądź co bądź głośnych kryminałów. Kiedy ruszyła akcja promocyjna odnośnie "Kluczowego świadka" to moja ciekawość w końcu wygrała, zwłaszcza że jest to tak naprawdę początek serii o sympatycznym komisarzu. 

Pierwsze ważenia, które mi towarzyszyły przy lekturze tej książki to z pewnością dbałość autora o bardzo szczegółowy rys postaci głównego bohatera. Nie ma się niby czemu dziwić skoro to pierwszy tom długiej serii o przygodach Wistinga, ale myślę że Horst zasługuje na uznanie czytelników mimo wszystko, gdyż wykreował bardzo barwną postać. Być może dla niektórych słowo "barwna' w odniesieniu do komisarza Williama Wistinga będzie swego rodzaju ekwilibrystyką, ale moim skromnym zdaniem to nie lada sztuka zaciekawić czytelnika kimś tak przeciętnym jak ten policjant. Osoby przyzwyczajone do śledczych w rodzaju Harry'ego Hole czy Fabiana Riska, którzy już na kilometr intrygują swą bujną przeszłością, skomplikowaną osobowością, a do tego jeszcze zmagają się z problemem uzależnienia mogą się zdziwić na spotkanie z Wistingiem, bo on dla odmiany jest "standardowy".Nie wydziwia, nie ma specjalnych dylematów egzystencjalnych, jest "zarobiony", ale przy tym ma zapędy pracoholika, nie charakteryzują go nagłe przebłyski i odkrycia które popychają śledztwo do przodu, a za to stosuje starą sprawdzoną dedukcję i w miejsce indywidualizmu i gwiazdorzenia znajdzie się u niego praca zespołowa. Mimo tego, że trochę zalatuje tu z pozoru nudą, to dziwnym trafem takowej nie doświadczycie w "Kluczowym świadku" 

Sama historia na bazie której toczy się pierwszy tom serii o Williamie Wistingu jest wedle tego co udało mi się wyczytać w recenzjach i materiałach promocyjnych dotyczących tej książki oparta na śledztwie w sprawie morderstwa, które swego czasu toczyło się faktycznie w Norwegii i było bardzo głośne. Pewnie dla samych Norwegów, bądź osób z Norwegią blisko związanych jest to dodatkowy smaczek, bo dla mnie przyznam się szczerze niekoniecznie. Ja potraktowałem powieść Jørna Lier Horsta jako fikcję literacką i muszę stwierdzić iż w kategorii kryminałów prezentuje się bardzo przyzwoicie. Już na samym początku jesteśmy postawieni w obliczu zbrodni na Prebenie Prammie, który zostaje znaleziony martwy w swoim domu, a ślady odnalezione na jego ciele wskazują na brutalne morderstwo. Ofiara była przed śmiercią torturowana, a pikanterii sprawie dodaje fakt, iż już na samym początku zostaje wykluczony motyw rabunkowy. Tym samym prawdopodobieństwo odnalezienia sprawcy bądź sprawców spada niemal do zera, ale jak się okazuje nawet dla spokojnego Williama Wistinga nie ma spraw nie do rozwiązania.

Nie wiem szczerze powiedziawszy czy kiedykolwiek jeszcze sięgnę po serię o komisarzu Wistingu, ale myślę sobie, że każdy wielbiciel kryminałów powinien dać szansę choć jednemu tomowi tej serii, a "Kluczowy świadek" wydaje się być pozycją wręcz idealną do początku romansu. Życzę więc przyjemnej lektury, która powinna zaspokoić apetyt nawet najbardziej wybrednych fanów kryminalnych zagadek. Główny bohater powieści Jørna Lier Horsta przypadnie do gustu przede wszystkim fanom Wallandera. 

czwartek, 18 maja 2017

Wzgórze psów - Jakub Żulczyk




Są takie książki, które należy czytać w określonym wieku i w odpowiednim stanie ducha. Są takie książki na które trzeba się otworzyć i postarać się wywalić w kosmos cale to wyssane z mlekiem systemowej macochy poczucie poprawności politycznej i świętoszkowatość. Są książki, które powinny być przez niektórych ludzi omijane szerokim łukiem bo po prostu nie są na nie gotowi i raczej nigdy nie będą. Te książki wymagają pewnego rodzaju doświadczenia osobistego i bez tego kawałka nie ma bata, nie idzie się w taką książkę wgryźć. Do takich właśnie książek zaliczyłbym powieść Jakuba Żulczyka "Wzgórze psów". Swietnie się czyta tą książkę!

Jakub Żulczyk stworzył moim zdaniem przypowieść o tym jak rodzi się i jaką dynamikę ma zło. Śledząc wydarzenia, które równie dobrze mogłyby posłużyć za kanwę filmu czy serialu kryminalnego będziemy sobie zadawać pytania o to, czy zło tkwi w każdym z nas, a jeśli tak to czy jesteśmy w stanie go z siebie wykorzenić. Czy możemy wyrzec się go poprzez opuszczenie gniazda w którym się zrodziło i jak wielka jest moc środowiska które zdaje się determinować większość podejmowanych przez nas w życiu decyzji? Bohater "Wzgórza Psów" doświadcza na własnej skórze jednej z najbardziej bezlitosnych prawd o życiu, a mianowicie tego że jeśli coś ma się zdarzyć to prędzej czy później się wydarzy. Nie tylko bowiem historia zatacza koła, ale tak samo dzieje się z czasem. Ten mężczyzna w wieku chrystusowym powraca w rodzinne strony mimo, że z pewnością nie planował powrotu kiedy przed laty pokazał środkowy palec całemu środowisku w którym przyszło mu dorastać, a przy okazji odmalował swej rodzinnej miejscowości taką laurkę, która zdaje się dość mocno odbiegać od realiów. Czy aby tak jest naprawdę? Otóż może okazać się, że wcale zbytnio nie minął się jednak z prawdą, ale to już dowiecie się z lektury. 

Zbrodnia, kara, przebaczenie, rehabilitacja, zemsta to kolejne z egzystencjalnych bolączek polskiej prowincji , które odkryje przed nami Jakub Żulczyk. W mojej opinii to nie tyle prowincja jest obiektem wiwisekcji w wykonaniu tego autora, ale możemy przeglądać się w lustrze jako cały współczesny polski naród że wszystkimi najbardziej wstydliwymi przywarami. Trudne do wypełnienia kompleksy, stereotypowe myślenie i ciągłe cofanie się do przeszłości to przypadłości charakteryzujące nie tylko zapadłe dziury ale również doskonale widoczne w ciągnących się pochodach na ulicach polskich metropolii. Trochę jesteśmy taką europejską "wiochą", co objawia się w parodiowanym przez autora języku jakim posługują się jego bohaterzy, a która to "wiocha" aż nadto rzuca się w oczy q niektórych komentarzach na lubimyczytac.pl. To oczywiście moja prywatna opinia i być może nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, ale według mnie klimat zgorzknienia i swego rodzaju nichilizmu to taki prztyczek w nos nie tylko obecnej młodzieży ale również pokolenia 30+, które gdzieś straciło swe ideały. 

Tak jak z poczuciem wstydu kręcimy nosem przyglądając się postawom bohaterów "Wzgórza Psów" i za każdym razem kiedy przewraca się nam wątroba przy obserwowaniu rozwoju wypadków, gdzie wszystko zdaje się potwierdzać smutną prawdę, że tam gdzie gdzie nadzieja kiełkuje tam tłum ją tratuje, tak mikrokosmos z tej powieści powinien moim zdaniem dać do myślenia tym, którzy prowincjonalne naleciałości przenieśli do przestrzeni publicznej. Tym samym prowincjonalizm t cecha, która chyba najbardziej oddaje nasze miejsce jako kraju na tle Europy. To by było na tyle, a tą swoją subiektywną opinię zakończę coby nie pozostawić wątpliwości słowami: "Nowa powieść Żulczyka to mimo niektórych opinii literacki must read w tym roku". Amen!

czwartek, 4 maja 2017

Studnia wstąpienia - Brandon Sanderson




Kontynuacja „Z mgły zrodzonego” czyli jednej z najlepszych książek fantasy, które przyszło mi czytać. Świat stworzony w tej serii przez Brandona Sandersona to prawdziwy majstersztyk. Sanderson może być według mnie stawiany w jednym szeregu z Tolkienem czy Brettem.

Przepowiednia się dokonała. Legenda stała się rzeczywistością i w serca mieszkańców Ostatniego Imperium została wlana nadzieja. Po obalenia przez sympatyczną drużynę w której pierwsze skrzypce grała młoda Vin władcy-tyrana czyli Ostatniego Imperatora i po śmierci mentora i zarazem przyjaciela, przychodzi tym razem czas na odnalezienie się w sytuacji kiedy samemu jest się przy władzy. To jak okazuje najnowsza historia świata jest zawsze trudniejsze niż sama rewolucja i nawet w opowieści fantasy reguła zdaje się potwierdzać. Na czele Imperium staje młody władca Elend, zarazem jest on ukochanym wspomnianej wcześniej Vin, która zaangażuje wszystkie swe nadprzyrodzone moce aby uchronić swego ukochanego. Powodów do tego żeby mieć się na baczności będzie miała wiele i jak się wkrótce okaże sytuacja będzie niemal beznadziejna. 

Krainę rządzoną przez młodego władcę Elenda Venture najeżdża nie jedna, ale aż trzy wrogie armie, co oznacza że drużyna, którą w pierwszej części opowieści o Ostatnim Imperium stworzył nieżyjący już Kelsier stanie przed bardzo trudnym zadaniem. Przyjaciele i sprzymierzeńcy nie zostawią go jednak samego i będzie mógł liczyć nie tylko na ich radę, ale i realną pomoc w rozgrywaniu tej wielkiej polityki. Intrygi, oszustwa, knowania, sojusze i zdrady są głównym tematem "Studni Wstąpienia" w miejsce romantycznej walki w celu obalenia boskiego niemal władcy, który uciskał swój lud. Akcja nie toczy się już tak szybko jak w tomie pierwszym, co nie oznacza że będziemy się nudzić. W dalszym ciągu możemy liczyć na allomantyczne pojedynki i zaskoczenia co do niektórych bohaterów. Ostrzegam tylko, że nie zawsze będą to pozytywne zaskoczenia. Poza tym polityczne gry mogą czasem okazać się równie interesujące co bitwy i potyczki na polu walki, o czym skutecznie przekonała nas choćby słynna "Gra o tron". 

Tytułowa "Studnia Wstąpienia" to kolejna z legend, która przekazywana jest z pokolenia na pokolenie w krainie mgieł. Jak to zawsze bywa w takich przypadkach ów tajemniczy Święty Graal jest jedną wielką niewiadomą, a zarazem wydaje się być jedynym wybawieniem, kiedy nie ma już miejsca na równą walkę, a nowo objęta władza staje w obliczu wielkiej katastrofy. Jak to jednak zwykle bywa, takie cudowne rozwiązania niosą ze sobą ogromne ryzyko. Może się wręcz okazać że oczekiwane profity przysporzą takich efektów ubocznych, których koszty mogą być odczuwalne nawet przez przyszłe pokolenia. To co przykrywa mgła, kiedy już wydostanie się na światło dzienne będzie prawdopodobnie jeszcze bardziej przerażające niż najbarwniejsze legendy. No ale może na ten temat już warto zamilknąć aby nie zdradzić zbyt wiele. Na koniec jeszcze raz podkreślę, że jeśli jesteście fanami fantasy, albo zwyczajnie lubicie barwne opowieści, które mają zdolność kolorowania najbardziej monotonnej egzystencji to warto sięgnąć po Sandersona, a do tego cykl napisany jest w taki sposób, że nawet rozpoczynając przygodę od "Studni Wstąpienia" jesteśmy w stanie ogarnąć cały kontekst i wgryźć się w to uniwersum.

wtorek, 25 kwietnia 2017

Najbardziej chyba nie trawię głupoty




"Naród, który mało czyta, mało wie. Naród, który mało wie, podejmuje złe decyzje - w domu, na rynku, w sądzie, przy urnach wyborczych".  - Jim Trelease 

Autor powyższych słów to propagator czytania dzieciom, a posłużę się jego słowami z uwagi na to, że czuję bezsilność. Kurewską wręcz bezsilność wynikającą z faktu, iż od jakiegoś czasu mam poczucie, że ja i moi bliscy ponosimy konsekwencje głupich decyzji podejmowanych przez głupich ludzi, a mimo że mam się za osobę tolerancyjną to głupoty wtórnej nie toleruje, gdyż wynika ona z lenistwa i braku chęci rozwoju jednostki, a nie z predyspozycji genetycznych. Czuję się więc w obowiązku napiętnować pewne przejawy tejże głupoty które napieprzają mnie po oczach od jakiegoś czasu. Więc do rzeczy... 


Wybory w Polsce, zarówno te parlamentarne jak i prezydenckie, wybory w USA, na Węgrzech, aktualnie we Francji ( można by tak w sumie niemal bez końca) są dowodem nie tylko na zmęczenie i zniechęcenie skorodowanym systemem politycznym. Nie stanowią jedynie wyrazu sprzeciwu wobec skorumpowanych, odczłowieczonych partii i reprezentujących je polityków, którzy frustrują masy kolejnymi skandalami. Są przede wszystkim moim zdaniem wynikiem braku podstaw myślenia abstrakcyjnego jak również nieumiejętności wyciągania podstawowych wniosków przez wyborców, których cechuje brak podstawowej edukacji a czasem nawet wtórny analfabetyzm.to tłumaczy odwrót w kierunku ugrupowań skrajnie nacjonalistycznych, ruchów narodowych pod którymi kryje się ekstrema, szowinizm i ksenofobia. Jak powszechnie wiadomo lęk bierze się z niewiedzy, tak więc wszechobecna paranoja moim zdaniem przede wszystkim wiąże się ściśle z zacofaniem i brakami w edukacji.


Trudno nie poklepać się po głowie z niedowierzaniem i politowaniem kiedy w telewizji widzimy młodego obywatela Wielkiej Brytanii, który nie zdradza objawów opóźnienia umysłowego i mimo tego że jest w pełni możliwości umysłowych zastanawia się jaki jest związek pomiędzy jego głosem za wyjściem z Unii Europejskiej a Brexitem. Trudno nie złościć się na Polonię w USA, która popiera w wyborach prezydenckich kandydata jawnie wyrażającego delikatnie mówiąc niechęć do "obcych" skoro sama bądź co bądź do tychże "obcych" wedle tej logiki jest zaliczana. Czyż nie jest to podcinanie gałęzi na której się siedzi? 


Do podobnego wyrazu braku podstaw logicznego myślenia zaliczył bym również popieranie w wyborach kandydata, który opowiada się za bezlitosnym kapitalizmem, za prywatną służbą zdrowia, likwidacją wszelkich osłon socjalnych kiedy samemu jest się regularnym beneficjentem publicznej służby zdrowia i uprawia się "dojenie socjalu" na potęgę. Nie umiem po prostu patrzeć na to w inny sposób jak na przykład trudności z podstawami matematyki. W przeciwnym wypadku taki "specjalista od ekonomii" zwyczajnie doszedł by przecież do prostego wniosku, że zwyczajnie się to nie opłaca. 





Fenomen popularności ruchów skrajnie nacjonalistycznych, które jawnie odwołują się do faszyzmu i wszelkie rodzaju haseł o wymiarze szowinistycznym i rasistowskim w kraju który był pierwszym kozłem ofiarnym Adolfa Hitlera i jego obłędu to kolejny przykład głupoty całych mas skoro wedle badań poparcie dla tej opcji waha się ponoć w okolicach kilkudziesięciu procent. Jest to chyba tak samo idiotyczne jak popieranie partii dającej do pozbawienia podstawowych praw kobiet przez niektóre kobiety właśnie. To trochę tak jakby niewolnik w wojnie secesyjnej opowiadał się po stronie południowców. Pewnie takie sytuacje się zdarzały oczywiście, co niekoniecznie świadczy o zbytnim ogarnięciu takowych jednostek. 


Cytat z początku tekstu odnosi się do książek. Ja poszedł bym trochę dalej. Mało wie naród, który nie tylko nie czyta książek, ale dodatkowo nie miewa w ręku gazety, czasopisma, nie zagląda do źródeł, a koncentruje się na fast-foodach informacyjnych w postaci newsów w social mediach. Mało wie naród który ulega populistycznym skrótom myślowym. Mało wie też naród, który nie ma zainteresowań. Mało wie naród który kosztem potrzeb duchowych skupia się na konsumpcjonizmie i religijności na pokaz. Taki naród nie ma dystansu do siebie. Nie zna takich wartości jak różnorodność, solidarność społeczna, empatia, tolerancja czy współpraca. Taki naród jest egoistyczny w swoich wyborach, sfrustrowany, a co najgorsze narzuca swój sposób myślenia innym. Kierowany zawiścią dąży do zniszczenia w zarodku wszystkiego co nowe, odbiegające od schematu, innowacyjne...


W takim narodzie jednostki które odważą się myśleć inaczej są skazane na bunt, kontestację i ciągłe bicie się o swoje. W takim narodzie mniejszościom jest trudno. Tym bardziej jednak w takim właśnie narodzie jesteśmy wręcz zobligowani do stanowczego sprzeciwu, bo jeśli tego nie zrobimy to wkrótce już może nie być żadnej mniejszości, a co za tym idzie żadnej więcej alternatywy. Społeczeństwo które zaczyna ulegać nastrojom nacjonalistycznym to jedna z niewielu sytuacji kiedy z czystym sumieniem możemy, a nawet powinniśmy postąpić wedle słów jednego z najbardziej znanych songów polskiego punka i olać system krzycząc - "Czego się boicie? Przecież możecie być z nami! " (kto zna łapa w górę). 



piątek, 21 kwietnia 2017

Buty szczęścia - Ewa Woydyłło




Swego czasu pisałem na blogu o serii, która okazała się nakładem Agory, gdzie Agnieszka Jucewicz wraz z Grzegorzem Sroczyńskim przepytują znanych polskich psychologów i terapeutów o to jak żyć. Ewa Woydyłło popełniła wiele  książek w tym samym temacie i "Buty szczęścia" to jedna z nich. 

"Buty szczęścia" to książka, która może nie wprowadza jakiejś wielkiej rewolucji w sposobie myślenia świadomie żyjących osób, ale zdecydowanie zasługuje na lekturę gdyż skłania do refleksji. Autorka snuje rozważania dotyczące charakteru naszych relacji z samym sobą jak również otoczeniem, nad wzajemnym wpływem na własne postępowanie i podejmowane w życiu decyzje. Poddaje przy tym kilka sposobów na to jak zwiększać satysfakcję i zadowolenie z tegoż życia, które możemy wykorzystać od zaraz. Czasem wystarczy po prostu zmienić  perspektywę aby żyło się nam lepiej. Nie każdy zastój, kryzys życiowy jest od razu powodem do załamania, depresji a co za tym idzie wizyty w gabinecie psychoterapeuty czy lekarza psychiatry. W niektórych przypadkach odrobina świeżego powietrza, które przewietrzy nasz umysł jest wystarczającym bodźcem do podjęcia decyzji o zmianie. 

Ewa Woydyłło snuje swoje rozważania w nieprzytłaczającym tonie, przy okazji demonstrując elastyczność w myśleniu i poczucie humoru. Często w książkach tego typu możemy obserwować przerost formy nad treścią o krzywdzące przekonania, które generalizują problem. Stwierdzenia typu "mężczyzn cechuje...", czy "kobiety tak mają" to coś czego u autorki "Butów szczęścia" nie znajdziecie i chwała jej za to. Zamiast tego pokazuje ona prawa rządzące dynamiką związku, mówi jak szukać sposobów na przełamanie impasu, czy też radzi jak znaleźć potrzebną energię do tego aby związek trwał. Takie wartości jak wzajemny szacunek, tolerancja i zrozumienie dla własnej odmienności i autonomii okazują się być takim prostym i oczywistym sposobem na szczęście w związku, że zwyczajnie często nie zauważamy tego co mamy tuż przed nosem. No cóż, w końcu najciemniej jest ponoć pod latarnią. 

Ewa Woydyłło zwraca również uwagę na siłę pozytywnego myślenia, które potrafi poradzić sobie z najbardziej krzywdzącymi przekonaniami, które skutecznie utrudniają nam dokonywanie słusznych wyborów. Prawa rządzące naszą motywacją, to co nas popycha do działania, a co nas z drugiej strony blokuje to kolejny ważny temat poruszany w tej książce. Oczywiście, że nie ma gotowych rozwiązań i tak naprawdę każdy z nas potrzebuje indywidualnej instrukcji obsługi, jednakże "Buty szczęścia" stanowią swego rodzaju drogowskaz co do kierunków poszukiwań własnych potrzeb, upodobań, popędów o co najważniejsze lepszego rozumienia siebie. Kto z nas bowiem lepiej zrozumie siebie i nauczy się żyć w zgodzie ze sobą,  ten nie będzie potrzebował szukać ucieczki w nałogach, zachowaniach kompulsywnych, czynnościach zastępczych. Ten właśnie przekaz stanowi dla mnie chyba największy argument za tym, aby sięgać do rozważań Ewy Woydyłło, zwłaszcza że w przypadku tej autorki nie mamy do czynienia z teoretykiem lecz z osobą która prezentowaną tu wiedzę sprawdzała w pracy z żywym pacjentem. Zdecydowanie polecam tę książkę ludziom, którzy chcą żyć świadomie. 

czwartek, 20 kwietnia 2017

Klasyka dla Smyka, czyli Daga i Osinski rozczytują milusińskich- rozdanie finałowe - kwiecień


Cześć i czołem !

Przed nami rozdanie kwietniowe i finał pierwszej edycji akcji #Klasyka Dla Smyka! Tym razem darczyńcy również okazali się bardzo chojni i sypnęli stronnicami niczym śnieg obecnej wiosny :) Dzieciaki znowu się ucieszą, głowy wypełnią się wartościowymi, mądrymi treściami a w rezultacie zyskamy wszyscy gdyż głowa, która już za młodu karmiona jest najlepszą duchową strawą wzrasta w najlepszych wartościach otwartości i tolerancji. Taki też był zamysł tej akcji, której pierwsza edycja dobiega końca wraz z tym miesiącem. Ja posłużyłem pomysłem, Socjopatka.pl sprawiła iż pomysł został wprawiony w ruch, a następnie ogarniała całą trudną organizacyjną działkę za co należy się jej ogromny podziw,gdyż dziewczyna naprawdę ma głowę na karku i pokłady energii, której można jej pozazdrościć. Ambasadorzy i wszyscy ludzie dobrej woli, którzy włączyli się w akcję #klasykadlasmyka przyczynili się do jej wymiernych efektów, które mogliśmy przez te kilka miesięcy na bieżąco śledzić i również im wszystkim należą się ogromne podziękowania. 

Myślę, że w niedługim czasie przyjdzie jeszcze czas na refleksje i podsumowania i poświęcę jeszcze kilka zdań tej kwestii, a tymczasem pora na ostatnie ( przynajmniej dla mnie, a czy w ogóle inicjatywa będzie kontynuowana to czas pokaże ) rozdanie. W kwietniu do placówek trafią następujące pakiety:

Pakiet nr 1 od Adrianny z bloga www.eratoczyta.pl. Adrianna napisała tak: Książki są podarunkiem ode mnie i mojej rodziny, "Niepowszedni" od autorki- Pani Justyny Drzewickiej, a także część książek przekazała Ewelina Kania oraz Lucyna i Robert Stachyra 
Pakiet nr 2 od Magdy, która prowadzi bloga www.savethemagicmoments.pl. Magda wraz z dziewczynami ze swojej grupy FB "przeczytaj i podaj dalej" uzbierały książki, które ustaliliśmy, że zostaną przyznane w ramach akcji dla dziewczyn z poprawczaka, ponieważ dostaliśmy taką prośbę.
Zestaw nr 3 od Magdy z bloga www.tosimama.blogspot.com
Pakiet nr 4 od Doroty z bloga https://100stronnagodzine.wordpress.com/



:)


Pakiet nr 5 od Amelki z MojaPółka oraz Dyrekcji Przedszkola "Tęczowa chatka" z Wrześni. 
Pakiet nr 6 od Kasi z bloga YellowPear i anonimowego sponsora.
Pakiet nr 7 od Madzi z bloga www.lekkaprzesada.pl






Pakiet nr 8 od Magdy i jej rodziny, którzy prowadzą sklep www.indiaonline.pl. Część dochodów z ostatniego miesiąca, zdecydowali się przeznaczyć na książki dla dzieci w ramach naszej Akcji. 



Pakiet nr 9 od Kamili z bloga www.psychomologia.pl


Pakiet nr 10 od mieszkańców parafii pw. św Urszuli w Lichnowach i uczniów II Liceum Ogólnokształcącego w Malborku. Wszystko za sprawą i dzięki działaniom Kamili z bloga www.psychomologia.pl.


:)


pakiet nr 11 Monika z bloga www.niemieckizpasja.blogspot.com
Pakiet nr 12 od Marty z bloga www.zafascynowanazyciem.pl. Książki zostały podarowane przez uczniów szkoły podstawowej w Krzętowie.



Pakiet nr 13 od Agaty z bloga www.mamol.pl
Pakiet nr 14 od Kapitana Nauki. Wydawnictwo przekazało swoją paczkę za pośrednictwem Gabrieli z bloga www.wyrodna.com



Pakiet nr 15. Książki od Mariusz Grubiński i Wydawnictwo Sofijka



Pakiet nr 16 to książki, które przekazała Poczta Książkowa za pośrednictwem Zuzanny z bloga www.szufladopolka.blogspot.com


Pakiet nr 17 od wydawnictwa EneDueRabe, które pozyskała dla akcji Marta z bloga www.rudymspojrzeniem.pl


Pakiety zebrane w ramach akcji Klasyka Dla Smyka zorganizowanej przez Socjopatka.pl i Osinski  zostaną przekazane do Domów Dziecka ( w marcu obdarujemy garść kolejnych  domów) które zostaną przez nas wybrane z tych placówek, które zgłosicie w komentarzach.  

Ważne !
Bardzo prosimy o zamieszczanie adresów mailowych do kontaktu ze zgłaszanymi placówkami, gdyż ułatwi to uzyskanie zgody na przyjęcie ofiarowanego pakietu.

Postępy akcji można śledzić dołączając do grupy na FB  Jeśli ktoś chce dołączyć to zapraszamy :) Tam też znajdziecie wszelkie info o ambasadorach, darczyńcach i wszystkich sympatykach akcji.
Na koniec jeszcze raz specjalne podziękowania dla genialnej Oqlarnicy yummymummyideas za wykonanie w ramach podarunku na rzecz akcji wspaniałej papeterii której zdjęcia udostępniam poniżej:







Paki