czwartek, 12 października 2017

Dziewiąty grób - Stefan Ahnhem



Stefan Ahnhem i jego cykl kryminalny z Fabianem Riskiem już jakoś tak zadomowił się na mojej półce w audiotece, że nie wyobrażam sobie innej sytuacji jak śledzenie kolejnych przygód tego śledczego właśnie w formie audiobooka i do tego w towarzystwie rewelacyjnego Mariusza Bonaszewskiego. "Dziewiąty grób" zgodnie z oczekiwaniami to kolejna po "Ofierze bez twarzy" dawka mocnych wrażeń, a Pan Mariusz znowu daje radę.

Jak to zwykle bywa z debiutami, mają one jeszcze pewne niedociągnięcia i mankamenty, które jednak u dobrych autorów zostają poprawione w kolejnych książkach. Tak właśnie dzieje się u Stefana Ahnhema. Wprawdzie "Ofiara bez twarzy" bardzo mi się podobała i nie zawiera zbyt wiele braków, aczkolwiek "Dziewiąty grób" jest według mnie książką lepszą, bardziej dopracowaną, a sama intryga jest jeszcze bardziej skomplikowana, a przy tym trzyma się kupy i moim zdaniem nie jest w żaden sposób naciągana. Czytelnik jest raz za razem wprowadzany w błąd, a kiedy już zaczyna mu się wydawać, że wszystko wie to okazuje się że tak naprawdę jest w wielkim błędzie. Nawet na samym niemal końcu kiedy już dane nam będzie poznać sprawcę, napięcie nie mija gdyż wtedy z kolei przyjdzie nam z zapartym tchem śledzić wyścig Policji z... W tej książce nic nie jest takie jak wydaje się być i to jest bodaj najlepszą rekomendacją dla każdego thrillera.

Postać Fabiana Riska może niektórych irytować swoim niezdecydowaniem zwłaszcza jeżeli chodzi o życie osobiste i rozterki sercowe, natomiast mnie osobiście ta lekka nieudolność przekonuje jeszcze bardziej do śledczego Riska. Staje się on bowiem jeszcze bardziej realny, ludzki poprzez swoje niedoskonałości. Poza tym, wprost proporcjonalnie do nieporadności w życiu osobistym Fabian imponuje skutecznością i przede wszystkim intuicją jeżeli chodzi o swoją pracę. Jego instynkt i nos niczym u psa gończego nie pozwalają na to by zwieść się fałszywym tropom i wabikom pozostawianych przez sprawcę grupie pościgowej.

Przyznam szczerze, iż drażnią mnie wszelkiego rodzaju porównania i marketingowe chwyty promujące pisarzy takich jak Ahnhem na plecach znanych już królów thrillerów jak choćby Jo Nesbo. Więcej z tego zniechęcenia i kreciej roboty niż potencjalnych czytelników. Myślę sobie, że książki Stefana Ahnhema są  w stanie skutecznie obronić się same i nie potrzeba tu sztucznego napędzania popytu. Podobnie jak miało to miejsce w przypadku "Ofiary bez twarzy" tak i "Dziewiąty grób" to historia z najwyższej półki i bez żadnych wątpliwości polecam ją fanom mocnej jazdy z pod znaku skandynawskich thrillerów, gdzie wątek obyczajowy jest w stanie iść w parze z naprawdę brutalną historią kryminalną. Bez względu więc na to czy podobał się wam Nesbo czy Larsson, warto dać szansę Ahnhemowi bo jego Fabian Risk jest w stanie uciagnąć intrygę najwyższych lotów. 

piątek, 6 października 2017

Mężczyźni objaśniają mi świat - Rebecca Solnit



Jeśli facet sięga po książkę taką jak ta to często spotyka się conajmniej że zdziwieniem, czasem z politowaniem, a w skrajnych przypadkach budzi się w stosunku do niego dziwna podejrzliwość. Stwierdzić wtedy, że taki po prostu mamy klimat to popełnić coś więcej niż nietakt. Bardziej należałoby jednak moim zdaniem celować w tezę i nie bójmy się tego mówić wprost, iż jest to jeden z przejawów nierówności na poziomie płci i akceptacja takiego stanu rzeczy równa się z uznaniem dla tej bądź co bądź patologicznej sytuacji. 

Przyznam szczerze, że nie spodziewałem się po tej książce aż tak głębokiej diagnozy jeśli chodzi o problemy kobiet w świecie, który jak się okazuje rzeczywiście jest mocno zdominowany przez męską perspektywę. Czasem zwykła zmiana punktu widzenia może zdziałać naprawdę cuda jeśli chodzi o obserwację pewnych istotnych zjawisk społecznych. Niby nie jest to jakieś odkrycie, ale niestety często o tym zapominamy kiedy trzymamy głowę we własnym tyłku. Od razu zastrzegam w tym miejscu, iż nie oceniam i nie wytyka nikogo palcami, bo kiedy o tym piszę mam na myśli przede wszystkim własną osobę. Jest to dla mnie tym bardziej zaskakujące odkrycie gdyż gdzieś tam zawsze miałem się za osobę tolerancyjną i co chyba najważniejsze daleki mi był męski szowinizm i protekcjonalizm. Oczywiście nie jest tak, iż na skutek lektury esejów autorstwa Rebecci Solnit nie odkryłem w sobie jakiejś ukrytej nienawiści i podszytych przemocą zachowań wobec kobiet, no ale niestety muszę przyznać, że sformułowanie "nie wszyscy mężczyzni" często gości w moim słowniku. Gdyby tłumaczyć i wyjaśniać w tym momencie wszystko, łacznie z kontekstem tego sformułowania, nie było by wtedy sensu sięgać po tę książkę więc zainteresowanych odsyłam do lektury.

Teksty, które znajdziemy w tej książce zwracają naszą uwagę na fakt, iż żyjemy w kulturze, która w znacznym stopniu daje przyzwolenie mężczyźnie na dominację w relacji z kobietą. Czasami dzieje się to wprost i zarazem przy użyciu brutalnych metod, kiedy fakt ten odbywa się na zasadzie gwałtu, a innym razem mamy do czynienia z dewaluacją, ośmieszaniem czy protekcjonalnym traktowaniem. Wszystkie te sytuacje łączy fakt, iż u podłoża tych zachowań leży przekonanie o prawie do decydowania za kobietę w większości istotnych kwestii dotyczących jej ciała, uczuć, przekonań, a w rezultacie całego życia. Dochodzi tym samym do paradoksalnych sytuacji, kiedy to za gwałt obwiniana jest sama ofiara, a to z uwagi na wygląd, a to przez ubiór, innym razem przez gesty i choćby sam fakt, iż "na własne życzenie"  znalazła się w "ryzykownej sytuacji". Ten sposób myślenia jest tak mocno zakorzeniony w naszej kulturze, iż przyznam szczerze, że kiedy analizowałem swój sposób myślenia to sam złapałem się na pewnych automatyzmach w takim toku myślenia. Zresztą sam fakt, iż w strategiach obrony kobiet większą uwagę skłania się w kierunku instruowania ich w kwestiach tego jak zapobiegać atakom na własną osobę ( sztuki walki, odpowiedni wybór, nie wychodzenie samej po zmroku, bądź w niebezpieczne miejsca) zamiast uderzając w przemocowe wzorce i zachowania u mężczyzn zaraz u ich zarania, budzi coś na kształt odrazy u każdego kto pozwoli sobie na uczciwy ogląd i ocenę tych zjawisk.

Wiele instrumentów stosowanych jest do tego, aby utrwalić w społeczeństwie patriarchalny model, poczynając od sformułowań językowych, które wzmacniają i bronią pewnych patologicznych tak naprawdę zachowań i postaw ( co dzieje się paradoksalnie w dobie tak aktywnych przecież ruchów wolności owych), a na dyskredytacji postulatów feministcznych kończąc. Najsmutniejsze jest chyba to, iż w tym całym procederze biorą też udział same kobiety, to jest te z nich, które bronią modelu kobiety jako matki, gospodyni, poslusznej mężczyźnie i nastawionej na zaspokajanie jego potrzeb kosztem swoich. Oczywiście mają prawo żyć po swojemu, nawet jeśli tym samym rezygnują z rozwoju i elementarnych praw, szkoda tylko że jednocześnie przy tym dołączają się często do tych mężczyzn, którzy atakują kobiety mające ochotę żyć inaczej realizując się zawodowo, rozwijając swoje pasje i zachowania, żyjąc w związkach nastawionych na inne cele niż tzw. model tradycyjny itp. Kiedy czyta się komentarze krytyczne 

Upolitycznianie roli kobiet poprzez prawne dyspozycje odnośnie własnego ciała, życia i myślenia, które zdawały się odchodzić do lamusa znowu przeżywają renesans przynajmniej w naszym kraju.  Plany dotyczące zmian w prawie, dyskusje na poziomie mikro i makro coraz częściej zniżają się do poziomu rynsztokowego, kiedy zwyczajnie dochodzi do lżenia kobiet, które biorą udział w marszach w obronie swych praw czy głośno mówią o swojej krzywdzie. Marginalizacja tych problemów, wyparcie ich że świadomości społeczeństwa odbywa się już nawet nie przy cichym lecz jawnym wsparciu rządzących. Tym bardziej zyskują na wartości książki jak ta, której autorką jest Rebecca Solnit i myślę, że powinna ona trafić pod rozwagę każdego dla kogo idee takie jak wolność i równość mają znaczenie. Gorąco polecam książkę "Mężczyźni objaśniaja mi świat" 

sobota, 30 września 2017

24 na dobę - Janusz Mika




Nie dane by mi było pewnie przeczytać tych opowiadań gdyby nie pewna sympatyczna osoba, która podarowała mi tom autorstwa Janusza Miki. Szczerze mówiąc, nie słyszałem do tej pory o tym autorze, a że do Joanny Stovrag (bo ona umożliwiła mi zapoznanie się z "24 na dobę") żywię ogromną sympatię to jakoś tak z góry założyłem sobie, iż nie zaszkodzi przecież dać tej książce szansy zwłaszcza, że lubię krótkie formy. Z Joanną zresztą było podobnie jeśli chodzi o lekturę "Chwili na miłość". Żyjemy niestety w takim świecie, że reklama jest w stanie sprzedać wszystko, nawet największy gniot, a okładka i gadżety związane z nową pozycją czynią z niej bestseller. Tym samym nie pozostaje na rynku zbyt dużo przestrzeni dla książek dobrych, które muszą obronić się same, no ale od czego jest poczta pantoflowa. 

Jest w opowiadaniach Janusza Miki przede wszystkim chyba niedopowiedzenie. Taka jakaś przestrzeń, która pozostaje kiedy wybrzmi już ostatnie zdanie, chociaż ono samo paradoksalnie czasem potrafi być tak dosadne jak tylko się da. Mimo to czytelnik, a w każdym razie ten tutaj niżej podpisany, pozostaje właśnie z taką jakąś czarną dziurą, którą może wypełnić tylko jego wyobraźnia. Wszystkie 24 utwory, które złożyły się na ten zbiór stanowią mieszankę stylów i tak naprawdę będzie tu miejsce na bardzo szeroki wachlarz gatunkowy, a struny jakie Janusz Mika poruszy w nas za pomocą swych opowiadań stworzą całą gamę począwszy od tych sentymentalnych, a na nutach grozy kończąc. Wraz z jego bohaterami wybierzemy się w podróż nie tylko po krakowskich zakamarkach, ale przede wszystkim poznamy najskrytsze ścieżki ludzkiej duszy ze schowanymi na jej dnie sekretami.

Ludzie u Janusza Miki ukazują się nam tylko na moment, a mimo to przy użyciu kilku zdań są w stanie wzbudzić w nas masę emocji i raz poraz budzą w nas odrazę, współczucie, czy też zwykłą litość, czasem nawet przerażenie. Potrafią nas zaskoczyć, wzbudzić refleksję nad kruchością i przypadkowością naszego ludzkiego losu, ale przede wszystkim chyba uczą nas, że stereotypowe postrzeganie może sprowadzić na manowce bardziej niż byśmy się tego spodziewali. W opowiadaniach tu zawartych może okazać się zwykłym bandziorem, a belfer nad którym się litujemy, gdyż nie potrafi się obronić przed złośliwością że strony swych uczniów okazuje się chować trupa w szafie ( no nie dosłownie oczywiście :D) Ironia, czasem sarkazm to nieodłączni towarzysze bohaterów Janusza Miki, a to co mocno wybrzmiewa na koniec lektury to potrzeba zdystansowania się do siebie i świata, a co za tym idzie chęć puszczenia wodzy wyobraźni tak jak czyni to autor "24 na dobę"

Polecam serdecznie tę książkę każdemu niezależnie od waszych preferencji gatunkowych i nie radzę się jakoś szczególnie nastawiać na to co tu znajdziecie bo myślę, że będzie to zupełnie coś innego niż się spodziewacie. Mi osobiście bardzo się podobało i cieszę się, że dobra literatura potrafi przetrwać i dotrzeć do czytelnika nawet na przekór prawom rynku, bo jak się okazuje "podaj dalej" jest w stanie konkurować z wielkim marketingiem

piątek, 22 września 2017

Folwark zwierzęcy - George Orwell






Są takie lektury, które dla ich zrozumienia i odpowiedniej interpretacji potrzebują by czytelnik dojrzał i dlatego po ponownej przygodzie z "Folwarkiem zwierzęcym" Orwella mogę w końcu stwierdzić, że w pełni doceniam fenomen i dociera do mnie przekaz tego wybitnego dzieła. Myślę sobie przy tej okazji, iż warto tak już na dojrzale, po latach wrócić do tych lektur szkolnych, które zniechęcały mnie przede wszystkim tym, że "trzeba" je było czytać, ale też i pewnie dlatego iż nie byłem na nie jeszcze wtedy gotów.

"Folwark zwierzęcy" to przede wszystkim doskonała satyra na rosyjską rewolucję, ale jej przesłanie nie kończy się na tym aspekcie. Jest to krytyczne spojrzenie na wszelkiego rodzaju rewolucje, które zdaniem Orwella skazane są po jakimś czasie na ideologiczną porażkę z uwagi na postępujące zepsucie swych przywódców, którzy po dojściu do władzy zapominają o ideałach, a do głosu zaczynają dochodzić egoistyczne przesłanki o partykularne interesy. Dzieje się tak z uwagi na bierną postawę mas, których zadaniem powinno być według Orwella dążenie do wymiany liderów po zrealizowaniu przez nich zadania jakim jest dokonanie przewrotu. Warunki towarzyszące walce i zadania, które stają przed rządzącymi w okresie pokoju to dwie różne sprawy i choćby dlatego stery powinny być przejęte przez masy wystarczająco szybko, bo w przeciwnym razie cele przewrotu zostaną zatracone.

Uniwersalny wydźwięk książki Orwella jest tym bardziej zasługujący na uwagę, iż był on od zawsze zwolennikiem lewicy. Przedstawiony zatem przez niego obraz zdegenerowanych elit i wyzysku mas w imię pięknych haseł zyskuje więc jeśli chodzi o obiektywny obraz. Jego rozgoryczenie postawą Wielkiej Brytanii wobec sojusznika w postaci Związku Radzieckiego jest tym większe iż wiązało się to z cenzurą w ramach publicznej dyskusji, co bezpośrednio spotkało zresztą samego Orwella. Świadczą o tym jego refleksje zawarte w przedmowie, która zresztą pomaga w lepszej interpretacji dzieła. Autor nie zostawia bowiem wątpliwości co do swych zamiarów przy pisaniu "Folwarku..." i co do przyczyn, które utrudniały temu dziełu ujrzenie światła dziennego.

Manipulacje że strony władzy, dbanie o zachowanie przywilejów i tworzenie alternatywnej rzeczywistości, w którą uwierzyła duża część mas są w "Folwarku zwierzęcym" chyba jeszcze bardziej widoczne i budzą ( przynajmniej u mnie) jeszcze większy gniew niż miało to miejsce w "Roku 1984". W moim odczuciu, choć forma w jakiej przemawia do nas Orwell w obu przypadkach jest zgoła inna to alternatywna rzeczywistość przedstawiona przy pomocy dystopii jest równie przerażająca co ta opisana przy użyciu satyry. Inteligencja i humor że strony mistrza dorównują trafności jego spostrzeżeń co do mechanizmów systemów totalitarnych, a na dodatkową odwagę zasługuje również odwaga w mówieniu rzeczy niewygodnych i niepopularnych w tamtym okresie.

"Folwark zwierzęcy" jak już wspomniałem wcześniej jest dziełem uniwersalnym, a mimo że autor wprost wskazuje na konkretne wydarzenia, które stały się celem tejże satyry, to trudno nie doszukać się tu również analogii do sytuacji w naszym kraju, gdzie z łatwością można odnaleźć znajome nuty. Smutne to zwłaszcza kiedy weźmiemy pod uwagę bierność mas, które niczym owce u Orwella bezmyślnie powtarzają tą samą modłę i bezkrytycznie ufają tym, którzy żerują na irracjonalnym strachu przed zagrożeniem którego tak naprawdę nie ma. Tak samo też jak folwarczne świnie manipulują faktami, tak i też stawiane nam są przed oczami zakłamane "paski informacyjne" i rozmaite sondaże piorące co słabsze umysły. Tym bardziej warto czytać Orwella. Z tym że czytać należy go ze zrozumieniem, a ja już ostrzę sobie apetyt na kolejne jego książki. 

sobota, 16 września 2017

Chłopiec z Aleppo, który namalował wojnę - Sumia Sukkar




Jakoś tak po cichu, bez echa przemknęła ta książka na naszym rynku wydawniczym. Swego czasu rzuciła mi się w oczy okładka, ale zwyczajnie nie wczułem się w klimat i nie zwróciłem wtedy większej  uwagi na tę pozycję. Szczerze mówiąc, pomimo tego iż ostatecznie bardzo przypadła mi do gustu ta historia to wciąż nie jestem przekonany do projektu okładki, która moim zdaniem bardziej zniechęca niż intryguje.

"Chłopiec z Aleppo, który namalował wojnę" to debiut, ale ten z rodzaju gdzie czytelnik ( tudzież ja) rozdziawia japę i wydaje okrzyk "Wow!". Jest to powieść bardzo emocjonalna, poruszająca ważny temat i myślę, że powinni go wziąć pod uwagę przede wszystkim Ci, którym tak łatwo przychodzi ocena uchodźców i ich motywacji przy próbie osiedlenia się w Europie. Piekło wojny w Syrii zostało w książce Sukkar oddane w sposób bardzo sugestywny, a specyficzny punkt widzenia narratora, którym jest autentyczny chłopiec jeszcze dodaje grozy całej historii. 14-letni Adam wprowadza nas w wydarzenia, które położyły piętno na jego kraju poczynając od pierwszych sygnałów wzbudzających niepokój, a na ucieczce w ochronie resztek godności i przede wszystkim życia kończąc. Wraz z nim poznajemy jego rodzinę, której wszyscy członkowie bez wyjątku, czy to kobiety czy mężczyźni przejdą prawdziwą gehennę zanim zaczną salwować się ucieczką. 

Dla dorastającego chłopca wydawać by się mogło, że nic bardziej nie jest w stanie zaburzyć jego świata niż śmierć kogoś kto najlepiej go rozumiał, to jest jego matki. Tym bardziej jeżeli ma on duże trudności w zyskaniu tegoż zrozumienia i akceptacji że strony rówieśników, co z kolei wynika z jego trudności poznawczych. Wprawdzie siostra Adama stara się wypełnić pustkę po śmierci matki i opiekuje się nim jak tylko potrafi, ale trudno jest zapewnić poczucie bezpieczeństwa w przypadku takiej właśnie traumy. Jakby tego było mało wybucha powstanie. Jak to zwykle bywa przy wszelkiego rodzaju przewrotach, na początku jest bardzo romantycznie o powietrze przepełnia nadzieja i atmosfera uniesienia. Szybko jednak ustępują one krwawemu terrorowi reżimu, który próbuje ten przewrót zdławić, a najbardziej poszkodowanymi będą niestety cywile.

Jak odnaleźć się w sytuacji kiedy nie ma co jeść? Jak odróżnić przyjaciół od wrogów? Jak poradzić sobie z kolejnymi stratami i jak pojąć to co tak naprawdę z założenia jest niepojęte? Z takimi dylematami przyszło się zmierzyć bohaterowi książki "Chłopiec z Aleppo, który namalował wojnę". Sumia Sukkar pozwala nam wczuć się w sytuację dziecka, które wraz ze swoimi bliskimi przeżywa gehennę. Ktoś może powie, że takich książek jest wiele, ale chyba jednak ciągle za mało jeśli obserwować reakcje choćby w naszym kraju na ewentualność udzielenia schronienia imigrantom między innymi z terenów objętych wojną. Wojna dotyka każdego bez wyjątku, dzieci, kobiety i mężczyzn. Wobec jej okrucieństwa nikt nie pozostaje bezpieczny stąd też dziwić może wybiórczość w kwestii komu należy się a komu nie należy pomoc i schronienie. Taką właśnie prawdę wyniosłem ja z książki którą popełniła Sumia Sukkar, a zrobiła to w taki sposób jakby sama była naocznym świadkiem przedstawionych tu wydarzeń. Może tak jak jej główny bohater malował wojnę, tak i ona swoją powieścią namaluje empatię w sercach tych najbardziej zatwardziałych. 

niedziela, 10 września 2017

Pogorzelisko ( 2010) - Denis Villeneuve



"Pogorzelisko" jest jednym z najważniejszych filmów jakie widziałem w swoim życiu i nie przesadzam ani trochę pisząc te słowa. Długo dałem mu czekać zważywszy, że już ładne parę lat temu polecał mi ten film znajomy zaznaczając, iż trzeba go po prostu zobaczyć. No cóż, wtedy zareagowałem podobnie jak pewnie większość czytających początek tej opinii, to znaczy że sporym sceptycyzmem. Pozostaje mi mieć nadzieję, że się go jednak wyzbędziecie.

Bliźnięta Simon i Jeanne w momencie śmierci swojej matki zostaną poddani największej próbie w swoim życiu. Podczas czytania testamentu dowiadują się nie tylko o tym, iż ich ojciec żyje ale też, że mają brata o którego istnieniu dotąd nie wiedzieli. Matka zostawiła przed nimi pewną misję do wykonania. Otóż mają dostarczyć swemu ojcu i bratu zapieczętowane listy, a wtedy dopiero mogą dokończyć płytę na jej nagrobku. Dopóki obietnica, której jej nie udało się spełnić osobiście nie zostanie spełniona dopóty ona spoczywać będzie w nienazwanym grobie. Jaką historię swego pochodzenia odkryją bliźnięta? Jak wpłynie ona na ich dalsze życie i z jakimi traumami przyjdzie im sobie poradzić? O tym dowiemy się krok po kroku składając do kupy poszczególne elementy układanki, które na początku rodzą kolejne pytania zamiast dawać oczekiwane odpowiedzi.

Nie chciałabym zbytnio zdradzać więcej odnośnie samej treści "Pogorzeliska", gdyż sam na szczęście uniknąłem spojlerów czytając fragmenty recenzji tego filmu w sieci i dzięki temu zrobił on maksymalne wrażenie jakie chyba mógł zrobić na widzu, który pozwoli sobie na przeżywaniu obrazu Denisa Villeneuve w skupieniu. Nie będę też z wiadomych względów rozpisywał się nad kunsztem reżysera i innych jego walorach technicznych, bo filmoznawcą czy krytykiem nawet domorosłym nie jestem. To co skłoniło mnie do napisania tej opinii, to przesłanie tego filmu, które mimo iż historia dotyczy wojny domowej w Libanie i tamtejszej specyfiki społecznej jest jak najbardziej przesłaniem uniwersalnym i co najważniejsze bardzo istotnym z punktu widzenia obecnych wydarzeń i zachodzących procesów społecznych, które są co najmniej niepokojące. Obraz Villeneuve porusza bowiem kwestie związane z winą, odkupieniem, nienawiścią i przebaczeniem. Mówi o fundamentalnych wartościach człowieka, które zatracają się w momencie nastania nurtów nacjonalistycznych i fundamentalistycznym podejściu do wiary. Opowiada o znaczeniu pochodzenia i roli traumy z przeszłości na podejmowane przez nas w późniejszym życiu decyzje, które to traumy zniekształcają często nasze wybory, a nawet je odczłowieczają.

Żyjemy w czasach kiedy postawy nacjonalistyczne nie tylko zaczynają być obdarzane przez rządzące "elity" ( mam trudność z tym terminem w odniesieniu do osób które znalazły się w obozie wpływów na losy nie tylko naszego kraju, ale i większości Europy i Świata stąd też cudzysłów) poparciem, ale wręcz są promowane jako jeden z elementów kontroli nad wpędzanym w paranoję i schizofrenię społeczeństwem. W czasach kiedy pojęcie fundamentalizmu jest błędnie odnoszone wyłącznie do islamu podczas gdy tendencje fundamentalistyczne są obecne w większości wyznań o religii. Do tego dochodzą coraz bardziej widoczne tendencje do podkreślania różnic, zawłaszczania symboli, rozdrapywania ran i jątrzenia. Szczególnie dziś więc wydaje się na nowo aktualne to o czym mówi historia ukazana przez Villeneuve. Jest to swego rodzaju psychodrama, a przy tym również okazja do przyjrzenia się wciąż powtarzającym się konsekwencjom tego wszystkiego o czym przed chwilą pisałem, a te są przerażające. Emocji jest taki ogrom, że po zakończeniu seansu z mych ust automatycznie poniosło się "Ja pierdole..." Gniew, bezsilność, smutek, żal to tylko niektóre z tych emocji które przychodzą mi teraz do głowy, a wszystko to włącznie z przygnębiającą refleksją - "Dlaczego ludzie nie chcą się uczyć na błędach poprzednich pokoleń i narodów tylko wciąż na siłę chcą je powtarzać na własnych skórach, kiedy to najczęściej cierpią przecież Ci najsłabsi". Taka już chyba jednak ta nasza natura.

"Pogorzelisko" to film który nie tylko powinien być polecany i rozpowszechniany wśród znajomych i przyjaciół, ale filmy tego typu powinny wchodzić do kanonu wychowania na tej samej zasadzie jak choćby  wizyta w Obozach Zagłady - ku przestrodze i pamięci. Tyle, że pamiętać należy by przy okazji  mówić, mądrze interpretować, pomagać zrozumieć, bo zmiany w sposobie widzenia świata wśród ogłupianych propagandą ludzi zaszły już za daleko i pewna perspektywa wydaje się dla niektórych zbyt abstrakcyjna. Świadczyć o tym może choćby to co udało mi się przeczytać w niektórych opiniach o tym filmie, gdzie znalazły się i takie które mówią o braku odczuwanych emocji i nudzie - O zgrozo!


piątek, 8 września 2017

Pokolenie Ja - Michael Nast



Bardzo lubię od czasu do czasu poczytać o relacji, o różnych aspektach ją wzmacniających oraz tych, które ją osłabiają, a czasem wręcz zaburzają. Michael Nast napisał książkę o tytule mocnym i prowokującym, która dotyczy pokolenia "niezdolnego do relacji". Czy rzeczywiście jest aż tak źle? Myślę, że każdy kto przeczyta ten zbiór esejów Nasta i pozwoli sobie na odrobinę refleksji i krytycyzmu odnajdzie tu momentami siebie, innym  razem swych bliskich bądź też znajomych.

"Pokolenie Ja" to pokolenie dzisiejszych 30-40 latków, które przez autora nie zostało zdiagnozowane zbyt pozytywnie. Warto jednak moim zdaniem wyzbyć się reakcji obronnych w rodzaju wyparcia ( co wedle Nasta jest jednym z podstawowych mechanizmów stosowanych przez to pokolenie by uniknąć konfrontacji z pustką duchową ) i przeanalizować to co znajduje się w tych esejach, bo diagnoza jest jak najbardziej trafna. Rozwój internetu, mediów społecznościowych, telefonia komórkowa i tworzenie sztucznych potrzeb z jednej strony usprawniły komunikację, a z drugiej znów paradoksalnie przeniosły ją z wymiaru realnego w wirtualny. Regułą stało się stawianie życia osobistego na jednym z ostatnim miejsc jeśli chodzi o listę priorytetów. Znacznie wyżej stoi rozwój zawodowy, samodoskonalenie się, eksploracja świata i wszelkiego rodzaju zainteresowania własne. Bardzo często ludzie funkcjonują na takim poziomie intensywnością jeśli chodzi o o te sfery, że na prawdziwą, bliską relację z drugą osobą zwyczajnie nie ma czasu ani wystarczającej przestrzeni. 

Inną istotną kwestią wedle Nasta jest wieczna pogoń za ideałem i niska tolerancja na wady i niedoskonałości u drugiej osoby. Społeczeństwo tworzy niedoścignione tak naprawdę wzorce zachowań i postaw w ramach relacji z drugim człowiekiem, co z kolei wiąże się z rosnącą frustracją wynikającą z pościgu za niemożliwym. Reprezentanci "pokolenia Ja" żonglują partnerami, z ogromną łatwością wchodzą i wychodzą z kolejnych relacji, z tym że bardzo rzadko mamy do czynienia z relacjami głębokimi. Szacunek do drugiego człowieka, wierność i empatia to towary deficytowe. Ludzie zamienili się w kolekcjonerów i o ile kolekcjonowanie kolejnych "lajków" może być traktowane z przymrużeniem oka, to już zaliczanie rozlicznych  partnerów seksualnych wystawia obrzydliwą laurkę dla naszych czasów. Wprost proporcjonalnie do rozwoju serwisów społecznościowych typu Facebook czy Tinder wzrasta liczba ludzkich awatarów nastawionych nie na bycie sobą lecz na nieustanną kreację. Wystudiowane pozy, sztucznie modelowany wizerunek stał się czymś zupełnie normalnym q wszystko to przyczynia się do sztuczności i pozorowanych relacji na gruncie interpersonalnym.

Wraz z tymi wszystkimi, opisanymi wyżej negatywnymi zjawiskami i wszechobecnym egocentryzmem wzrasta zastraszająco liczba osób z zaburzeniami osobowości. Najczęściej spotykane z nim to osobowości typu borderline, czyli tzw. osobowość pogranicza. Można sobie wyobrazić prawdopodobny rozwój wypadków na przestrzeni następnych lat i nie są to w żadnym wypadku optymistyczne prognozy. Czy jest w takim razie jakakolwiek szansa na opamiętanie? Ciężko będzie o zatrzymanie obecnej tendencji do której zmierza ludzkość gdyż rozwój technologiczny, mnogość sztucznie wygenerowanych potrzeb oraz tempo z jakim toczy się nasze życie nie dają nam zbyt wielu szans na autorefleksję. Tym bardziej polecam lekturę książki "Pokolenie Ja", bo podobnie jak opisywane przeze mnie swego czasu na blogu książki z serii "Wystarczająco dobrze" jest to doskonała okazja dla autodiagnozy. 

sobota, 2 września 2017

Świat sam w sobie jest piękny, ale ludzie notorycznie to piękno rujnują


Kiedy jesteśmy na miejscu we własnym domu to często nasza perspektywa jest spaczona poprzez przyzwyczajenie i rutynę, ale jeśli tylko ruszymy się gdzieś dalej i pozostawimy umysły otwarte to trudno nie skonfrontować się ze smutną prawdą, że ludzie ludziom potrafią zagotować tragiczny los. W imię czego? Wygody? Kaprysu? Nie da się chyba odpowiedzieć jednoznacznie na to pytanie. 

Można się wściekać na rządy Pis-u i można psioczyć  a tych którzy popierają Kukiz15 czy też idealistycznie wierzą w sukces troszkę chyba jednak utopijnego Razem, ale koniec końców należy się zastanowić nad fenomenem który kieruje wyborami wyborców. Podczas gdy dwa pierwsze ugrupowania uprawiają populizm żerując na frustracji ludzi wykluczonych, tak ostatnie z ugrupowań jest według mnie taką trochę niemrawą awangardą tych z nas którzy nie są w stanie akceptować układu gdzie symboliczny 1% rości sobie prawo do większości płodów naszej planety i wytworów ludzkiej inicjatywy i pracy. 


Pomimo, że okoliczności w jakich naszły mnie opisywane tutaj refleksje nie powinny sprzyjać smutkowi, to coraz częściej zdarza mi się że na spontanicznej radości, satysfakcji z poznawania świata u boku ukochanej osoby powstaje rysa, która nie daje spokoju. Tak też jest i teraz kiedy leżąc na albańskiej plaży u boku najseksownjejszej kobiety na ziemi, wsłuchując się w szum fal i ciesząc gorącym słońcem na czystym niebie, jednocześnie nie mogę pozbyć się z głowy obrazów, które rodzą we mnie gniew. Bezdomne dzieci, które proszą o resztki że stołów nienażartych turystów, koty obdarzane pogardliwym spojrzeniem podczas gdy ucieszyły by je resztki z obfitego talerza. Tak samo do kosza trafią stosy niedojedzonego mięsa ze świątecznego stołu zamiast uratować życie noworodka z promenady w Golem, gdzie jego matka staje się dla turystów niewidoczna. Wkurwiam się na to raz poraz, lecz czuję też bezsilność bo wiem że dla wielu większym problemem jest kwestia używania wulgaryzmów niż ta cholerna nierówność. 


Albania przypomina Polskę z przed lat kilkunastu, a obawiam się że widoki rodem z późnego PRL-u, a następnie wczesnego okresu transformacji. Skrajności są tu widoczne już kilkaset metrów od hotelu. Te są coraz piękniejsze, nowsze, zyskują kolejne gwiazdki, a zatrudnieni tu pracownicy są nastawieni na zapewnianie kolejnych kaprysów swoich gości. Piękne baseny, plaże, leżaki stylizowane na egzotykę, najwymyślniejsze jedzenie jakie nam się zamarzy. Kiedy jednak ruszymy się z hotelu w innym kierunku niż na plażę wtedy oczom naszym ukaże się ubóstwo i swego rodzaju rezygnacja u miejscowej ludności, która w zastraszającej większości żyje poniżej przyzwoitego standardu. Śmieci walają się gdzie popadnie, wałęsają się bezpańskie psy i koty, a ludzie rozkładają gdzie popadnie grajdołki z czym popadnie z nadzieją na kilkadziesiąt leków. Wracając z takiego rekonesansu jedni będą zniesmaczeni bo oni chcieli zwiedzać piękne miejsca, a zobaczyli "prawdziwą Albanię" zamiast tej z folderu, inni będą obojętni, bo przecież to efekt komuny itd. itp., a jeszcze inni się zasmucą i będą współczuć. Znajdą się także i ci którzy będą chcieli coś zrobić, zmienić w swoim życiu, realnie komuś pomóc. Przecież naprawdę niewiele trzeba żeby komuś poprawić choć jeden dzień z życia. Zamiast loda, piwa, pizzy można te kilkadziesiąt leków przeznaczyć na jałmużnę, napiwek, może coś kupić dla zasady wspierając pomysłowość i kreatywność, bo tej tutaj nie brakuje. Można też podążyć wzorem bogatego właściciela hotelu wyzbyć się empatii i wyzyskiwać, żerować na tych najsłabszych. Można kaprysić, poniżać tych ludzi bo "jak to zabrakło sera przecież zapłacone??!!!" Tak naprawdę nasze drobne wybory i decyzje mogą wiele zmienić. 


Albania nie jest jakimś wielkim wyjątkiem na międzynarodowej arenie dzisiejszych czasów. Polaryzacja jest coraz bardziej wyraźna, a większość ludzi zapomina o tym czym jest empatia. Myślę jednak ze czasem do zmiany potrzeba naprawdę niewiele, poczynając od tego by oprócz rozglądania się wokół pokusić się o odrobinę autorefleksji i współodczuwania. Dzięki tym cechom nigdy nie zapomnimy, że nie są ważne tylko i wyłącznie nasze potrzeby i oczekiwania, a egocentryzm nie jest zaletą obojętnie co nam wpajano w ostatnich latach. Nie jest prawdą, że nie mamy wpływu na biedę i niedole innych ludzi, na wady systemu w którym przyszło mam żyć. Jesteśmy współodpowiedzialni za te wszystkie aberracje i wynaturzenia. Może zacznijmy od tego, że odkrywając świat nie nastawiajmy się na konsumpcję, kolekcjonowanie kolejnych atrakcji na liście, ale spróbujmy też przyjrzeć się głębiej kulturze, ludziom których tam spotkamy i problemom z którymi przyszło im żyć. Zamiast oceniać ich i klasyfikować...no właśnie sami zdecydujecie. 

czwartek, 31 sierpnia 2017

Furia - Michał Larek




Jeśli dorastałeś na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych to książka Michała Larka może być dla Ciebie strzałem w dziesiątkę. Jeśli nie spełniasz tego warunku, a lubisz się czasami oddać czystej, klasycznej sensacji rodem z filmowej "Cobry" z Sylwestrem Stallone to również powinieneś sięgnąć po "Furię". Michał Larek zapoczątkował tą książką serię, która korzeniami tkwi w pierwszych filmach akcji, które dotarły do naszego kraju po upadku komuny. Jednocześnie nie skopiował tego lansowanego wtenczas stylu, ale stworzył opowieść osadzoną w polskich realiach ustrojowej transformacji.

Harry już od pierwszych stron książki daje się poznać jako bezkompromisowy śledczy, który wie jak sobie radzić z bandziorami i nie bardzo przejmuje się kodeksami kiedy przychodzi do przesłuchania klienta z którego trzeba szybko wyciągnąć potrzebne w śledztwie informacje. Jest wychowany przez poprzedni system kiedy to milicjant nie znał jakichś wyszukanych metod i traktował brutalne bicie i tortury jako klucz do złamania oporu u przestępców. Harry pomimo iż przypomina bohatera Pitbula Vegi, czy Psów Pasikowskiego czyli najogólniej rzecz biorąc wpisuje się w kanon byłych "zomowców", "esbeków" itp. roztacza wokół siebie aurę, która pozwala obdarzyć go sympatią i kibicować mu w zmaganiach z przestępczością. Pewnie bierze się to z faktu, iż nie jest on bezmyślnym wykonawcą rozkazów przełożonych, ale bardziej takim Melem Gibsonem z "Zabójczej broni" czyli odbezpieczonym granatem, który igra że wszystkimi i może wybuchnąć w każdej chwili. Harry zna miasto, bo sam często w niego chodzi, a alkohol, kobiety  ( w tym także dziwki) i ryzyko to jego narkotyki. Funkcjonuje na specjalnych prawach i jest człowiekiem od zadań specjalnych. To właśnie Harry i jego zespół zajmą się rozpracowywaniem seryjnego gwałciciela i mordercy, który grasuje w Polsce na początki lat dziewięćdziesiątych. Pikanterii tej historii dodaje fakt, iż oparta jest na prawdziwych wydarzeniach i materiałach że śledztwa, które w rzeczywistości było prowadzone przez Policję. 

Nie będę więcej pisał o samej fabule, bo nie chciałbym psuć zabawy, a nie trudno o spojlery., ale słów kilka o pozostałych bohaterach "Furii" napisać wypada, zwłaszcza że Harry z określonych powodów schodzi w pewnym momencie na dalszy plan i w miejsce legendy poznańskiej policji pojawiają się Katja, Ostry, Kowalski i inni. Katja to młoda policjantka, która zostaje przydzielona jako partnerka Harry'ego. Od początku daje się pokazać jako twarda dziewczyna i próby podważenia jej kompetencji przez kolegów po fachu oraz rozmaite przytyki w jej kierunku spotkają się z krótką i stanowczą ripostą. Na czele wydziału stoi Bury, który głównie skupia się na sprawach wizerunkowych i dla zaspokojenia swoich narcystycznych skłonności jest w stanie narazić nawet i dobro śledztwa. Policjanci z komendy wojewódzkiej w Poznaniu próbują naśladować gliniarzy z amerykańskiego kina akcji klasy B,  tandetnych seriali, a czasem rodzinnych produkcji typu "Kroll" i "Psy". 

Michał Larek umiejętnie przeplata wątki burzące krew w żyłach z tymi humorystycznymi. Znajdzie się tu miejsce zarówno dla momentów pełnych brutalności, przemocy i grozy jak i dla tych w których będziemy śmiali się z anegdot i kiwali z politowaniem głową podczas gdy policjanci z komendy wojewódzkiej będą posługiwać się angielskimi zapożyczeniami i "jarać" kinem klasy B. Poza tym wszystkim, tak jak wspominałem na początku tego tekstu "Furia" jest swego rodzaju sentymentalną podróżą do czasów kiedy oglądaliśmy filmy VHS, na ulicach królowały "maluchy" i Polonezy, a z magnetofonów rozbrzmiewały dźwięki Kata, Metallica czy choćby pierwsze płyty Kazika. Można by tak bez końca, ale po co będę pozbawiał was frajdy przeczytania o tym wszystkim samemu. Jeszcze raz gorąco polecam Wam "Furię" Michała Larka, a ja z pewnością sięgnę po kolejne części serii. 

sobota, 26 sierpnia 2017

Ja kibic - James Bannon



Praca tajniaka budzi wiele kontrowersji, przede wszystkim wątpliwe moralnie wydają się być kwestie manipulowania osobami co do których podjęte są działania tajnych funkcjonariuszy. Nie inaczej sprawa wygląda jeśli chodzi o policjantów, którzy działają pod przykrywką. Oni również przy długim okresie obcowania że swoimi celami narażają się na ryzyko zaangażowania emocjonalnego. Kiedy czyta się wspomnienia Jamesa Bannona kontrowersje te urastają do pokazanych rozmiarów i szczerze mówiąc bliżej mi do tych osób, które sprzeciwiają się takim praktykom. Mieliśmy zresztą na naszym polskim podwórku wystarczająco dużo głośnych przypadków, które dotyczyły osób ze świecznika. 

James Bannon opisuje swoją historię pracy pod przykrywką jako pseudokibic, a akcja w której brał udział pod koniec ubiegłego już stulecia miała służyć rozbiciu przestępczego środowiska jakie zebrało się przy fanklubach piłkarskich w Anglii i szerzyło postrach nie tylko w Anglii, ale i całej Europy. Bohater tej książki przybrał fałszywą tożsamość i wtopił się w grupę najniebezpieczniejszych chuliganów, którzy związani byli z klubem Millwall. Na początku podszedł do sprawy zadaniowo, ale już wkrótce miało się okazać, iż kiedy w grę wchodzi sport i ogromne emocje z nim związane, kiedy zmienia się perspektywa z jaką patrzymy na daną sytuację, to wtedy zaciera się również granica pomiędzy tym co powinniśmy, a tym co czujemy. Dla Jamesa już na samym początku sprawy przestały mieć barwy czarno-białe i miał on stanąć przed dylematem jak przeprowadzić akcję, aby jak najmniej ludzi ucierpiało. 

Grupy kibiców już od dłuższego czasu skupiają na sobie uwagę nie tylko służb porządkowych i mediów, ale stanowią obiekt zainteresowania wielu socjologów. Bierze się to z uwagi na multum powiązań i zależności jakie tworzą się w tych grupach jak również sprzeczności w podstawach osób zaangażowanych w ruch kibicowski. Osoby te wymykają się bowiem wszelkim stereotypom i uogólnieniom, wywodzą się bowiem z różnych grup społecznych, środowisk, różni ich także status społeczny i finansowy, a wspólny cel, to jest różnie pojęte dobro ukochanego klubu jest wystarczający żeby połączyć tak zróżnicowane jednostki. Pomimo nagromadzenia w tych układach sporych dawek testosteronu, agresji, a czasem i zwykłej bezmyślności, znajdzie się tutaj miejsce na empatię i postawy opiekuńcze, a czasem wręcz altruistyczne. Ten fenomen rozpatrywano już pod różnymi względami, ale czytając książkę będziemy mieli okazję popatrzeć na to wszystko od wewnątrz, co przynajmniej dla mnie było nie lada gratką. 

"Ja kibic" będzie się  pewnością podobać kibicom piłkarskim, bo bez względu na to komu kibicujecie to legendarne wyczyny chłopaków z Millwall śledzi się z wypiekami na twarzy. Momentami są to historie zabawne, czasem wywołują u czytelnika politowanie, a najczęściej niepokój bądź wręcz przerażenie. Nie można im natomiast odmówić tego, że są one zwyczajnie interesujące. Nie tylko jednak kibic piłkarski  znajdzie tu coś dla siebie, bo książkę czyta się na zasadzie pamiętnika, a jak wiemy osobiste wspomnienia zawsze stanowią gratkę dla mola książkowego. W końcu nie od dziś funkcjonuje znane powiedzenie, że najlepsze historie pisze samo życie i historia tajniaka w szeregach chuliganów z Milwall jest na to świetnym dowodem. Ten kto oglądał świetny film "Hooligans" o kibicach West Ham United, który również jest oparty na faktach, bądź kultowe już w niektórych kręgach "The Firm" z Garym Oldmanem ten nie potrzebuje dodatkowej rekomendacji do sięgnięcia po tę książkę. 

Podsumowując, "Ja kibic" to świetna książka typowo rozrywkowa, połączenie książki sportowej z kryminałem. Nie jest to żadna literatura górnych lotów, ale też do takiej nie pretenduje. Dla mnie stanowiła miły przerywnik pomiędzy bardziej wymagającymi tytułami i spełniła swoje zadanie doskonale. Polecam! 

niedziela, 20 sierpnia 2017

Sprawa Meursaulta - Kamel Daoud





To jedna z tych książek, których się nie czyta, ale się je pochłania. Język wyraża tu emocje narratora w sposób czysty, przy tym głęboki i można by rzec poetycki. Choć czytałem opinie mówiące o tym, że nie powinno czytać się powieści Kamela Daouda bez wcześniejszej lektury "Obcego" Camusa, ale niekoniecznie się z tym zgadzam. Pomimo tego, że "Sprawa Meursaulta" rzeczywiście jest odpowiedzią na słynne dzieło Camusa, to sama w sobie stanowi wartość i da się z niej czerpać, przeżywać ją i zachwycać bez znajomości "Obcego". Wiem o tym, bo wstyd się przyznać, ale ja osobiście też będę musiał ten brak nadrobić i prawdopodobnie docenić ten dialog Daoud-Camus. Tymczasem skupiłem się na innych aspektach "Sprawy Meursaulta" 

Na przykładzie historii głównego bohatera, który przeżywa śmierć swego brata Musy, mamy okazję skonfrontować się z bólem wynikającym ze straty, z trudną i skomplikowaną ludzką egzystencją, a także z odwiecznie stawianymi pytaniami o istnienie Boga. Emocje jakie towarzyszą nam podczas słuchania opowieści Haruna są bardzo intensywne co wynika pewnie z tego, że Kamel Daoud posługuje się bardzo wyszukanym, a przy tym mocnym, sugestywnym językiem. W rezultacie trudno się oderwać od książki i momentami można odnieść wrażenie, że siedzimy w barze z Harunem i poznajemy historię śmierci jego brata osobiście. A jest to historia pełna smutku i gniewu. Trudno bowiem pogodzić się ze zbrodnią, która nie tylko pozbawiła nas najbliższej osoby, ale równocześnie położyła cień na całym naszym życiu. Główny bohater domaga się przede wszystkim pamięci i prawa do imienia dla swego brata Musy, który u Camusa jest bezimiennym anonimowym Arabem. Ta anonimowa zbrodnia przyczyniła się do uciążliwego bagażu, który Harun dźwigał jeszcze długo po śmierci. Został odrzucony przez matkę, zawstydzony przez swoją społeczność, a sam obarczył się poczuciem winy. Długo w milczeniu znosił ten cały bagaż, aż w końcu  nie wytrzymał i podjął się rozliczenia z tragedią i tymi, którzy są za nią odpowiedzialni. 

Kolejny aspekt "Sprawy Meursaulta", to poza indywidualną tragedią głównego bohatera kwestia kolonializmu i wojny wyzwoleńczej, która przyniosła niepodległość Algierii. Zaszłości pomiędzy niedawnym kolonizatorem, a młodym państwem sięgają kilkadziesiąt lat wstecz. Są przepełnione gniewem, bólem, żalem i poczuciem krzywdy. Przyczyniają się do buntu, niezgody i podkreślania własnej niezależności. Algieria jako młode państwo popada w pułapkę ideałów kulturowych, kwestionuje wszystko co do tej pory funkcjonowało, zarówno te złe jak i dobre rozwiązania. W toku tych przemian wydaje się poświęcać wolność jednostki na rzecz szeroko pojętego interesu ogółu o państwa. Trochę klimat rodem z pisowskiej Polski współczesne na zasadzie albo jesteś z nami, albo przeciw nam. 

Na koniec warto wspomnieć o nihilistycznym wydźwięku książki Daouda, o świecie gdzie człowiek przeżywa własną samotność i zagubienie w obliczu przytłaczającego Boga i kosmosu. Harun popada w egzystencjalny nihilizm, odreagowując w ten sposób kolejne kryzysy i porażki w swoim życiu. Złamane w wyniku nieszczęśliwej miłości serce, bezpardonowe odrzucenie przez kobietę, śmierć brata, rozpad rodziny, a na sam koniec poczucie odrzucenia zarówno przez "swoich" jak i "obcych". Daoud tak pięknie opowiada o tym smutku, żalu, przygnębieniu i zwątpieniu, że osobiście miałem momenty wsiąkania w ten świat i zatracenia się w tym poczuciu bezsensu i bezcelowości i to pomimo, że mój rzeczywisty stan i stosunek do życia jest zgoła odmienny. Myślę że takie oddziaływanie tej książki jest wystarczającym znakiem jakości pisarstwa Kamela Daouda. To by było na tyle jeśli chodzi o o moje przemyślenia na temat "Sprawy Meursaulta" i już ostrzę sobie pazury na to co wniesie lektura "Obcego" Alberta Camusa. 

sobota, 19 sierpnia 2017

Słowik - Kristin Hannah




Są takie książki, które aż się proszą o to żeby je czytać od deski do deski bez robienia sobie przerw na takie przyziemne sprawy jak spanie, jedzenie czy toaleta. "Słowik" Kristin Hannah bez wątpienia do takich powieści należy. Kiedy człowiek w trakcie lektury takiej jak ta uświadamia sobie, że żyje w spokoju, że może swobodnie decydować o tym co, gdzie i jak robi, wtedy dociera do niego że jeszcze kilkadziesiąt lat temu ludzie walczyli o swoje życie i byli stawiani przed wielką próbą ich człowieczeństwa. 

Kristin Hannah pokazuje nam w "Słowiku" jeszcze raz pewną ważną prawdę o człowieku, która mówi o tym że nie deklaracje i słowa, nie pozory a czyny określają go w tym na ile jest warty. Dwóm siostrom przyjdzie zmierzyć się z okrucieństwem wojny, która jak zwykle okazuje się najbardziej bezlitosna nie dla żołnierzy na froncie, ale dla ofiar cywilnych. Vianne i Isabelle, które poznajemy u progu II-ej Wojny Światowej we Francji, bardzo się różnią. Poza sporą różnicą wieku, dzieli ich również temperament, podejście do życia, potrzeby i no właśnie - łatwiej by było napisać o tym co mają wspólnego, a jest to stosunek do drugiego człowieka, gdzie okazują się altruistkami i nie potrafią patrzeć bezczynnie na krzywdę ludzką. Vianne należy do tych statecznych kobiet, które najlepiej czują się w cieple domowego ogniska, jako matki, żony i gospodynie. Isabelle dla odmiany wciąż poszukuje pomysłu na siebie, nosi ją, nie potrafi zaznać nigdzie miejsca na dłużej, ciągle liczy się dla niej rozwój i choć tego nie przyzna przed sobą - wciąż marzy o romantycznej i szalonej miłości. Wszystkie te różnice okażą się nic nie znaczącymi kiedy wybuchnie wojna, bo wtedy obie siostry pokażą, że są takie momenty kiedy trzeba wyrzec się siebie i pomóc tym, którzy sami nie są w stanie się obronić.  

Może jest i wiele historii osnutych wokół II-ej Wojny Światowej, ale moim zdaniem nigdy dość, gdyż jak widzimy obecnie z pamięcią ludzką nie jest najlepiej i znów do głosu dochodzi faszyzm i inne skrajne, antyludzkie ideologie. Poza tym Kristin Hannah pokazuje nam perspektywę kobiet, które często bądź są poprzez historię pomijane, bądź stanowią drugi plan, ustępując glorii mężczyznom. W "Słowiku" kobiety nie tylko grają pierwsze skrzypce, ale momentami ich czyny powodować mogą rumieniec zawstydzenia u niejednego mężczyzny. Opowieść o bohaterstwie Vianne i Isabelle, czyli postaci fikcyjnych jest tak naprawdę o tyle wartościowa, iż autorka posiłkowała się autentycznymi przeżyciami kobiet, które wsławiły się heroizmem w trakcie wojny. Szczególnie na uwagę zasługuje tutaj Isabelle, gdyż za kanwę tej postaci posłużyła prawdziwa historia Andrei de Jongh, belgijki która organizowała jedną z pierwszych dróg przerzutowych dla aliantów uciekających z okupowanej Francji. Andree była córką nauczyciela, co być może wpłynęło na fakt, iż druga z bohaterek "Słowika" Vianne jest również nauczycielką. Podczas gdy Isabelle działa w ruchu oporu, Vianne po wcześniejszych dylematach i lęku o swoją najbliższą rodzinę, zaczyna pomagać żydowskim rodzinom w swojej rodzinnej miejscowości. Obie siostry wiele ryzykują, poza życiem stawiając na wadze bezpieczeństwo swoich bliskich, własną godność, o względnym komforcie nie wspominając. Nie potrafią bezczynnie trwać i udawać, że nie widzą ludzkiej krzywdy i barbarzyństwa okupanta. Szczególnego wyrazu nabiera ta historia, kiedy poznamy historyczny kontekst w jakim znalazł się podczas II-ej wojny  naród francuski, który poprzez swoje władze został sztucznie podzielony. W rezultacie politycznych decyzji jedni zaakceptowali fakt niemieckiej okupacji, a inni nie mając wewnętrznej zgody na zdradę rządu Vichy nie poddali się i działali w ruchu oporu i nie tylko. 

"Słowik" to książka po którą warto sięgnąć. Przede wszystkim jest ona bardzo emocjonalna, przebija z jej stron autentyzm opisywanych wydarzeń, przeżyć i ludzkich dylematów. Poza tym wspomniana perspektywa kobiet i ich roli w wojennych zawieruchach również zasługuje na uwagę. Może i w przypadku bestsellerów faktycznie warto zachować sceptycyzm, ale Kristin Hannah na sukces swej książki zapracowała i zasłużyła na entuzjastyczne przyjęcie swojej książki. Gorąco polecam! 

sobota, 12 sierpnia 2017

Serce z kamienia (Hjartastein)



Przychodzą różne mody na kino z egzotycznych zakątków świata i czasem są one według mnie sztucznie napędzane. Z pełnym przekonaniem mogę jednak bronić popularności kina islandzkiego. Sukcesy obrazów z tego kraju to z pewnością nie jest efekt marketingu, ale przede wszystkim wpływa na to niespotykana wrażliwość i klimat, który towarzyszy islandzkim  obrazom na przełomie ostatnich lat. 

"Serce z kamienia" porusza temat mocno już wydawało by się wyeksploatowany w kinie,  tj. temat dorastania. Posunięcie  Guðmundura Arnara Guðmundssona, który jest reżyserem i autorem scenariusza tego obrazu, wydawać się może w takim razie ryzykowne, bo co można jeszcze powiedzieć nowego w tym temacie, jak zaciekawić widza poraz kolejny? Jak się okazuje twórcom "Hjartastein" się to udało znakomicie. Obraz ten, mimo że trwa ponad dwie godziny, to ani przez moment się nie dłuży, a nuda to ostatnie uczucie które towarzyszy widzowi w trakcie ostatnich minut filmu, bo finał jest bardzo wzruszający. Mamy tu dwójkę głównych bohaterów. Jeden z nich Thor nawet się nie zorientuje kiedy trzeba będzie porzucić błogą niewinność na rzecz określania własnej tożsamości, także tej seksualnej. Będzie to szczególnie trudne zważywszy na fakt dorastania w otoczeniu mocno kobiecym. Thorowi bowiem nie towarzyszy ojciec, ani nawet brat, ale za to matka i dwójka starszych sióstr. Najlepszym przyjacielem chłopaka jest Kristjan z którym spędzają czas podczas zabaw, pierwszych fascynacji płcią przeciwną jak również jest on dla Thora punktem odniesienia w trakcie poznawania własnego ciała, uświadamiania własnych potrzeb i reakcji na otaczający świat. Do momentu kiedy  w ten chłopięcy świat grupy rówieśniczej nie wkroczą dziewczyny to przyjaźń ta stanowi odskocznię dla trudności w określeniu swego miejsca w domu rodzinnym dla obydwu chłopców. Tutaj jednak też nastąpi niespodziewany zwrot akcji, gdyż jak się okaże to nie rywalizacja o dziewczynę będzie problemem, który namiesza w przyjaźni pomiędzy Thorem a Kristjanem, ale będzie to... no ale żeby nie zdradzić za dużo w tym momencie najlepiej będzie jak poprzestanę z wprowadzaniem w kolejne szczegóły.

Nostalgia  jest dojmującym uczuciem u takiego prawie już czterdziestolatka w trakcie seansu "Serca z kamienia", a to przede wszystkim z uwagi na fakt iż nie widuje się na chwilę obecną dzieci i młodzieży spędzających czas ze sobą tak jak dzieje się to tutaj, a mianowicie wchodzących w interakcje że sobą na łonie przyrody. Współczesne pokolenie spędza niestety czas głownie przed komputerem w domu, komunikując się poprzez smsy czy komunikatory internetowe. Wspólne łowienie ryb, eksploracja złomowisk i innych ciekawych dla dzieciaka miejsc przestało być już dla dzisiejszego dzieciaka wystarczająco atrakcyjne. Mnogość bodźców i możliwości tak naprawdę stępia i wypacza zamiast zwiększać możliwośći i perspektywę. Co za tym idzie młodzież w taki sposób rozpieszczana rozleniwia się i zatraca tożsamość zanim tak naprawdę ją zdąży nabyć.Mam wrażenie, że w takich warunkach przyjaźń z rodzaju tej pomiędzy Thorem i Kristjanem jest wręcz mało prawdopodobna. Znajomość od kołyski, spędzanie ze sobą sporej ilości czasu, utożsamianie się z podobnymi problemami rodzinnymi scala w taki sposób, który może pomóc przetrwać nawet największy kryzys, czego będziemy świadkami w trakcie filmu.

"Serce z kamienia" to kino zaangażowane społecznie, przemyślane, z ważnym przekazem do widza, a jednocześnie piękna i wzruszająca opowieść o chłopięcej "męskiej przyjaźni". Momentami można się tu oddać dziecięcej beztrosce i zabawie, ale częściej jesteśmy świadkami dramatów i kryzysów związanych z dorastaniem. Wraz z Thorem i Kristjanem konfrontujemy się poraz kolejny ze smutną prawdą,  że dzieciństwo mimo iż jest chyba najpiękniejszym okresem w życiu człowieka za którym się tęskni całe życie, to równocześnie jest najtrudniejszym wyzwaniem dla naszej psychiki. Tożsamość jaka się wykreuje na tym etapie, postawy i przekonania jakie nabędziemy będą tak naprawdę towarzyszyć nam przez całą dorosłość, a jak trudno jest później zmienić to co nam życie utrudnia wie ten kto tego próbował. Guðmundur Arnar Guðmundsson wszystkie te refleksje podaje  nam w sposób prosty, czasem nawet może  stereotypowy, ale ogląda się "Serce z kamienia" i przeżywa bardzo głęboko, przy jednoczesnej przystępności tego obrazu. Poza tym małe, a przy tym wręcz klaustrofobiczne skupiska ludzkie na tle malowniczych i wielkich przestrzeni, które spotykamy na Islandii poraz kolejny okażą się idealnym tłem dla tych osobistych ludzkich dramatów. Świetny film !

piątek, 4 sierpnia 2017

Bunt mas - Jose Ortega y Gasset



"Bunt mas" to książka nadzwyczaj aktualna, co może być faktem zaskakującym zważywszy na to kiedy powstała. Zdecydowanie nie jest to jednak lektura dla czytelnika, który nie lubi albo też nie potrafi u siebie wypracować choć odrobiny krytycyzmu w myśleniu i otwartości na często kontrowersyjny  sposób myślenia o społeczeństwie. Zwracam na to uwagę, bo książka jest nadzwyczaj wymagająca, a żyjemy w rzeczywistości, że zwykły cytat z Hitchensa jest często rozumiany opacznie i dosłownie. Rzecz smutna, ale prawdziwa - wypada uważać co się czyta jeśli nie ma się umysłu otwartego, a z drugiej strony jak otworzyć umysł jeśli nie czyta się wymagających i skłaniających do odmiennej perspektywy książek. 

"Bunt mas" to rzecz o degenerującym się społeczeństwie, o zatraceniu się wartości, o upadku kultury i zasad współpracy ogólnoludzkiej, a nade wszystko o zastoju jeśli chodzi o rozwój. Jose Ortega y Gasset dopatruje się źródeł tych niepokojących zjawisk w przyroście tytułowych "mas", które w definicji stanowią tłum nacechowany przeciętnością, wręcz nijakością. To właśnie owe masy blokują rozwój społeczeństw poprzez swe roszczenia odnośnie prawa do rządzenia. W rezultacie dochodzi zdaniem autora tego jednego z najsłynniejszych dzieł początku dwudziestego wieku do sytuacji kiedy nijaka, często prymitywna i egoistyczna w swej istocie  większość narzuca swoją nijakość i przeciętność elitom. Elity dla kontrastu starają się odchodzić od myślenia i działania w oparciu o chwilowe i indywidualne korzyści na rzecz postaw altruistycznych i długofalowego rozwoju. Zdaniem Jose Ortega y Gasset staliśmy się u progu dwudziestego wieku poraz pierwszy świadkami sytuacji, kiedy to masy w tak widoczny sposób doszły do głosu w kształtowaniu społeczeństw europejskich, co bez wątpienia ma swoją genezę w skoku przyrostu naturalnego ludności na świecie jak również w skoku cywilizacyjnym. Ludność zachłysnęła się możliwościami, a tylko elity posiadają jego zdaniem umiejętność kontrolowania własnych potrzeb w kontraście do mas, które generują coraz to nowe potrzeby, a wraz z nimi formułują kolejne żądania niczym rozpuszczone dzieci. Do tego należy dodać brak myślenia perspektywicznego i nieumiejętność bądź też niechęć do refleksji swojej odpowiedzialności za wpływ własnych dążeń na ogół społeczeństwa i jego przyszłość. 

Roszczeniowość to słowo, które chyba najbardziej odzwierciedla myśl Jose Ortegi y Gasseta w kondycji społeczeństwa u progu wieku dwudziestego pierwszego. Tak jak 100 lat wcześniej tworzy się niestety poprzez to przestrzeń i żyzny grunt dla ideologii nacjonalistycznych, pogardy względem demokracji liberalnej i zwykłego populizmu. Kiedy czytamy charakterystykę człowieka tworzącego masy w początkach ubiegłego wieku to wręcz nie da się uniknąć uczucia deja vu. Tłum wymaga, tłum kreuje, tłum bezmyślnie brnie ku zatraceniu poraz kolejny. Na sam początek degradacji ulegają wszelkie zasady i normy moralne. Kolejne etapy można sobie łatwo przewidzieć. Smutnym jest to, iż człowiek nie jest w stanie wyciągać wniosków z historii, że zatracił umiejętność myślenia przyczynowo-skutkowego i perspektywicznego patrzenia w przyszłość. 

Elity były, są i będą potrzebne do tego by zapewnić ciągłość norm, zasad ale przede wszystkim jednak gwarantować rozwój nie tylko pod względem postępu technologicznego ale również i kulturalnym. Elity w myśleniu autora "Buntu mas" myślą nie tylko na "tu i teraz" ale mają szerszy ogląd. Są w stanie poświęcić osobiste korzyści i prywatne interesy na rzecz ogółu. Z tego też względu podejmują często decyzje niepopularne, gdyż ich efekty możemy zauważyć dopiero po jakimś czasie. Wystawiają się tym samym na celownik masom, które uzurpując sobie prawo do bezpośredniego decydowania próbują narzucić przeciętność, prymitywizm, nijakość i konsumpcyjny marazm całemu społeczeństwu. Zdrowe, wyselekcjonowane elity są sobie z tym poradzić, natomiast mamy obecnie do czynienia z kryzysem elit co sprawia, że masy coraz śmielej dochodzą do głosu. Tym samym w miejsce Zjednoczonej Wielkiej Europy tworzonej w oparciu o wspólne wartości, szerszy kontekst, liberalną demokrację i pluralizm powstają prymitywne, plemienne więc państewka, które jednoczą się wokół religii, rasy czy języka. Smutna rzeczywistość... 

Podsumowując, "Bunt mas" to istotnie jedno z najważniejszych dzieł dwudziestego (i nie tylko) wieku i serdecznie zachęcam do refleksji na tym tekstem. 

sobota, 29 lipca 2017

Dunkierka - czyli Christopher Nolan ku przestrodze!




Jeden z bohaterów "Dunkierki" Christophera Nolana na pytanie dlaczego nie został w domu, ale pakuje się w sam środek piekła, odpowiada,że dlaczego miałby siedzieć w domu i patrzeć na to jak "giną nasze dzieci na wojnie którą sami wywołaliśmy". Nie pada w tym filmie dużo słów, bo reżyser postawił tym razem na obraz, który zamiast dialogów ma opowiedzieć nam historię jednej z najbardziej krwawych bitew II - ej wojny światowej, ale kiedy takowe już się pojawiają to ujmują bezpośrednio ściągnąć treści. No dobra, wiem że będę monotematyczny i pewnie coś jest na rzeczy, że ostatnio większość treści które dają mi do myślenia jeśli chodzi o film i literaturę odnoszę do współczesności, ale naprawdę nie da się tych rzeczy oddzielić. Najnowsze dzieło Christophera Nolana oprócz tego że porusza kwestie uniwersalne, to aż się prosi o to żeby zostać potraktowane jako przestroga dla urastających w siłę nastrojów nacjonalistycznych w naszym ( i nie tylko) kraju i chorych ambicji naszego rządu, wyrażających się często w bezczelnym prężeniu zapadniętej klaty na arenie międzynarodowej. 

Christopher Nolan przyzwyczaił swych widzów do tego, że tworzy nie tyle filmy co filozoficzne rozprawy, które zmuszają do refleksji jeszcze długo po seansie. Poraz kolejny mu się to udało, co trzeba zaznaczyć przy znacznym udziale znakomitej muzyki Hansa Zimmera, która to oddziałowywuje na nasze emocje z równie wielką mocą jak obraz autorstwa Nolana. "Dunkierka" to obok "Cienkiej czerwonej linii" chyba najbardziej pacyfistyczny film wojenny jaki widziałem. Już od samego początku seansu dominującym uczuciem jakie mi towarzyszyło była przytłaczająca wręcz bezsilność. Obserwowanie zmagań uciekających po porażce z Niemcami żołnierzy sił alianckich to zadanie wymagające nerwów ze stali i mocnego serca. Żołnierze tłoczą się na bombardowanym raz po raz z powietrza molo, a kiedy już jakimś cudem uda się im dostać na statek to padają ofiarą niemieckich U-botów. Toczą oni zażartą walkę o przetrwanie podczas której jedni zachowują do końca swój honor, a pozostali w obliczu spotkania ze śmiercią nie przebierają w środkach i często do głosu dochodzą najgorsze instynkty. Strach i przerażenie jakie towarzyszą im podczas starcia z bezlitosną machiną wojenną są wręcz namacalne. Momentami miałem wrażenie jak gdybym wraz z bohaterami filmu Nolana tłoczył się na wspomnianym molo i z przestrachem wpatrywał się w niebo. Odczuwałem wręcz ciśnienie w płucach i klaustrofobiczną panikę podczas gdy woda po ataku torpedy czy snajpera zalewała pokład statku, który miał być wybawieniem, a okazał się podwodną trumną. Od samego początku kibicujemy tym młodym chłopakom, aby się nie potopili, aby dotarli do domu i wściekamy się na dowódców, którzy rozrysowali im taki los w swoich sztabach, by potem zostawić ich samych. Ta nieobecność zresztą u Nolana przestaje być symboliczna, a staje się faktem bo oprócz komandora Boltona, który wzbudza wręcz współczucie realizując bezduszne ustalenia swych zwierzchników o ewakuacji żołnierzy jak najmniejszym kosztem przy ograniczonych do minimum środkach nie uświadczymy w "Dunkierce" relacji z obrad sztabowych. Kontrastem jest tu wzruszająca scena kiedy w obliczu zawodu strategów na ratunek żołnierzom przychodzą cywile na prywatnych jachtach czy kutrach rybackich. 

Tak jak nie ma u Nolana dowódców sztabów sił alianckich, podobnie rzecz się ma z nieobecnością na ekranie wroga. Niemców tu bowiem nie zobaczymy, a w zamian za to dowiemy się o ich przytłaczającej militarnej potędze poprzez żniwa jakie zbierają bomby, pociski i torpedy wystrzeliwane z powietrza, lądu i wody. To w zupełności wystarczy by podkreślić okrucieństwo wojny. Wojna u Nolana nie jest stawiana na piedestale, nie czyni on z niej czegoś pięknego i romantycznego, ale pokazuje jej bezsens, okrucieństwo i barbarzyństwo. Odczarowuje tym samym to, co od dziecka jest choćby nam Polakom wpajane poprzez kult zwycięstw, bohaterstwa i częściowego załamania przez wizję historii, gdzie były wojny słuszne i niesłuszne, gdzie wojny miały się brać z znikąd, gdzie każdy żołnierz stawał się automatycznie bohaterem. Taka propaganda, nad wyraz obecna w naszej przestrzeni publicznej przez nie mające końca trwanie w wojennej retoryce, jej symbolach i ciągłym jątrzeniu, udowadnianiu win i jednoczesnym zwalnianiu siebie z odpowiedzialności prowadzi poraz kolejny do konfliktu. Z nim już mamy do czynienia, kolejnym etapem może być wojna, a jest ona realna prędzej czy później, chyba że człowiek zacznie się w końcu uczyć na błędach i wyciągać wnioski. Może więc faktycznie zamiast maszerować ciągle w marszach, przystrojeni przy tym w wojenne symbole, zamiast rozkopywać zakopane już okopy, zamiast ulegać populistycznym i nacjonalistycznym politykom, kryjącym się pod płaszczykiem patriotyzmu, może warto zamiast tego usłyszeć przesłanie zawarte w takiej "Dunkierce", czy "Wołyniu". Dla mnie brzmi ono tak, że trzeba brać odpowiedzialność nie tylko za własne podwórko, ale uczyć się solidaryzmu europejskiego bo tylko on uchroni nas od kolejnego barbarzyństwa. Analogie pomiędzy tym co doprowadziło do wybuchu II wojny światowej, a nastrojami zmierzającymi do destabilizacji Europy obecnie są niewidoczne tylko dla ślepców i ignorantów. Podobnie rzecz się ma że wzrostem poparcia dla ruchów neofaszystowskich, nacjonalistycznych i innych tworów, których ideologia opiera się na kulcie siły. Politycy posługujący się taką retoryką zwykle pierwsi dekują się w sztabach kiedy ich zwolennicy kończą na frontach bitew takich jak tytułowa "Dunkierka" 

Może w końcu czas na refleksję zamiast ciągłego prężenia się i wojowania? Tyle, że pewnie Ci którzy powinni obejrzeć ten film ku przestrodze pewnie go nie zobaczą, albo zrozumieją go opacznie. Mimo wszystko serdecznie polecam, bo dla mnie to jeden z najważniejszych filmów jakie widziałem i to nie tylko w tym roku. 

środa, 26 lipca 2017

Pragnienie - Jo Nesbø





Kiedy psychofan Jo Nesbo i serii o Harrym Hole sięga po kolejną książkę to wtedy jedno jest pewne, pragnienie poznania dalszych losów komisarza Hole będzie wprost proporcjonalne do żalu po skończonej lekturze. Tak też było i tym razem i pomimo że rozłożyłem sobie na raty przygodę z "Pragnieniem", to tak czy inaczej nie zdążyłem się nawet zorientować kiedy czytałem już epilog. 

Jo Nesbo zaskoczył prawie wszystkich kiedy zapowiedział, że najlepsza moim zdaniem seria kryminalna nie zakończy się na "Policji" i po krótkim romansie z retro-kryminałem oznajmił nadejście "Pragnienia". Harry Hole wraca w wielkim stylu i jak się można było spodziewać nie dane mu będzie długo zagrzać miejsca na posadce wykładowcy w szkole policyjnej kiedy pojawi się szansa na podjęcie wyzwania ze strony seryjnego mordercy. Morderca zaś jest nietypowy gdyż jego zbrodnie zdają się świadczyć o tym, że mamy do czynienia z wampirystą. Czy aby tylko napewno? Być może to tylko zasłona dymna? A może mamy do czynienia z porachunkami z przeszłości? Zapewniam was, że w jakimkolwiek kierunku nie będziecie dedukować to i tak na koniec pewnie okaże się, że nie uda wam się rozwikłać 

Razem z Harrym powracają też i jego demony, których nie jest w stanie usidlić ani żona ani przysposobiony syn. Kto czytał poprzednie części cyklu ten doskonale wie, że w przypadku tego śledczego daleko o krystalicznie czystą i jednoznacznie dobrą postać. Hole był, jest i będzie sprzeczny, momentami wręcz odstręczający, skomplikowany, ale co najistotniejsze jest chyba najbardziej intrygującą i wyrazistą postacią jeśli chodzi o detektywów w literaturze kryminalnej ostatnich lat. Jeśli chodzi o umiejętność kreowania postaci, zaciekawiania nimi czytelnika to Jo Nesbo nie ma sobie równych. Charakterystyczne dla niego jest to, iż rzuca on ich w wir wydarzeń w taki sposób, by postawić przed dylematami moralnymi, które uniemożliwiają ich jednoznaczną ocenę. Dobro i zło przenikają się tutaj nawzajem, a odcienie szarości są nadzwyczaj wyraź

Ci, którzy obawiali się tego, iż "Pragnienie" będzie skokiem na kasę i Nesbo nie będzie się zbytnio wysilał przy jej tworzeniu serwując nam ogrzewane kotlety, mocno się rozczarowują w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Norweski człowiek orkiestra nie ms bowiem w naturze minimalizmu i lekceważenie dla swych odbiorców nie przejdzie w przypadku Jo Nesbo. Poraz kolejny udało mu się wymarzyć krwisty kawał steka dla najbardziej wymagających i wybrednych pasjonatów literatury kryminalnej. Oprócz świetnie wykreowanych postaci znajdziemy tutaj skomplikowaną intrygę, profesjonalnie skomponowaną warstwę psychologiczną i co najważniejsze w tego typu książkach - wartką akcję, która trzyma w napięciu do samego końca. Co tu dużo pisać, Jo Nesbo jest mistrzem nad mistrze jeśli chodzi o swój fach i wątpię by znalazł się kiedykolwiek ktoś kto zdetronizuje go w moim rankingu jako króla kryminału. Serdecznie polecam całą serię "Harry Hole" i nie zniechęcajcie się mającym sporo braków "Człowiekiem Nietoperzem". Z każdą następną częścią jest już dużo lepiej. 


niedziela, 16 lipca 2017

Tęsknota - Gaël Faye





Kiedy sięgałem po "Tęsknotę", to nie wiedziałem o tym iż autor tej książki jest osobą znaną i to nie tylko we Francji z uwagi na swoją działalność muzyczną. Już w trakcie lektury wyszukałem jego utwory na Spotify i towarzyszyły mi one podczas czytania. Jego dokonania muzyczne na gruncie muzyki hip hop okazują się świetnie dopełniać tą książkę, która ponoć mocno bazuje na wątkach osobistych, a dla której najlepszą rekomendacją jest to, że poleca ją sam Alain Mabanckou. Zresztą kto zna autora "Papryczki" ten z łatwością odnajdzie w "Tęsknocie" podobieństwa jeśli chodzi choćby o opis dziecięcych zabaw.

Paradoksalnie najbardziej niepokojące sceny w książce Gaëla Faye to poetyckie momenty kiedy opisuje on sielankę jaka miała miejsce po i przed ludobójstwem o którym słyszał chyba każdy z nas, a które odbywało się w drugiej połowie dwudziestego wieku w Rwandzie i poniosło się echem na sąsiadujące z nią afrykańskie kraje, przyczyniając się choćby do niepokojów społecznych i przewrotu politycznego w Burundi.

Kiedy towarzyszyłem dziesięcioletniemu Gabrielowi podczas niewinnych zabaw z kolegami i kiedy obserwowałem jego dziecięce przekonanie, że tak naprawdę taki stan rzeczy może trwać niczym niezmącony już na zawsze, to tak naprawdę rodził się we mnie gniew, że dziecko będzie musiało się zmierzyć z tym wszystkim co dorośli przygotowywali tuż za rogiem. Był rok 1992, a Gaby nie dość że powoli zaczynał się mierzyć z normalnymi problemami dorastania, to jeszcze czekało go nie lada wyzwanie, bo nie dość że miało się rozpaść małżeństwo jego rodziców to na jego oczach tworzyła się rysa na burundyjskim państwie. Podczas gdy problemy dorastania chłopca z Burundi zbytnio nie odbiegają od tego co przeżywał bohater "Cudownych lat" dorastając w Stanach, to cała reszta jest już inną "bajką". Już rodzinny ekosystem Gabriela ujawnia problemy tożsamościowe Afryki w skali makro, związane z przynależnością etniczną (tarcia na linii plemion Tutsi i Hutu) jak również trudności kulturowe wynikające ze zderzenia Afryki z kolonialistami próbjącymi na siłę wbić tutejszą ludność w ramy demokracji i chrześcijaństwa.

Śmiem twierdzić i pewnie zbytnio nie jestem w swoim zdaniu odosobniony, że to co wydarzyło się w Rwandzie i Burundi to w głównej mierze efekt buty i niezrozumienia że strony "zachodu", który na siłę próbował i wciąż próbuje przerobić Afrykę na swoją modłę. Świat afrykański ze swoimi przekleństwami i błogosławieństwem zachwyca i przeraża swoją oryginalnością o czuć to bardzo mocno w mocno autobiograficznej opowieści Gaëla Faye. Ta koegzystencja z przyrodą, pokora wobec praw natury, specyficzny świat duchowy jak i zaufanie do autorytarnej władzy zostało zmącone przez białego człowieka, który na siłę próbował "uszczęśliwić" tutejszych mieszkańców poprzez swoją demokrację i własną wizję zbawienia. Tymczasem tak naprawdę sprzedawał swoje towary jak niedawno czynił to prezydent USA w naszymi kraju. Tak jak duża część naszych rodaków dała się omamić Trumpowi tak samo i w Afryce wiele frustracji wiązało się z poczuciem wykorzystania przez "cywilizującego" ich Wielkiego Brata. Pod płaszczykiem nawracania kryły się przecież często zwykły wyzysk i rasizm.

Ostatnimi czasy dość często zdarza mi się sięgać po książki autorów afrykańskich i każdemu kto nie jest z tamtejszą literaturą zbytnio zaznajomiony gorąco polecam choćby właśnie książkę Gaëla Faye. Nie trzeba się bać jakiś odstraszających opisów okrucieństwa choć przecież jest to również historia ludobójstwa. Ono akurat jest tu przedstawione jakby było czymś nierealnym, czymś co działo się poza głównym bohaterem, co może wynikać z tego, że ciężko mu było pogodzić to wszystko co się działo z jego niewinną, naiwną jednak wizją otaczającego świata. Nie udało się mu jednak uciec przed tą plamą krwi, tak jak nie wystarczyło jego matce ratować się ucieczką z Rwandy do Burundi. Trauma z dzieciństwa jak wiemy jest najmocniejsza, a z perspektywy dziecka utrata niewinności jest czymś najcięższym chyba do poradzenia bez względu na to czy przyczyną jest rozwód rodziców, zawód miłosny, czy towarzyszenie śmierci na taką skalę jak stało się to udziałem Gaëla Faye. Gorąco polecam tę książkę! 

niedziela, 9 lipca 2017

Co to jest populizm - Jan-Werner Müller



Świetna książka! Im bardziej obiecuję sobie, że będę się dystanował do polskiej ( a właściwie światowej) sytuacji społeczno-politycznej i jak wielu ludzi obecnie będę próbował żyć w błogiej nieświadomości w myśl popularnej zasady "strugam debila" tym mocniej dociera do mnie, że inteligentny człowiek tego nie potrafi na dłuższą metę. To trochę tak jakby próbować powstrzymać się od wizyty w ubikacji kiedy cierpimy na biegunkę. Inteligencja i człowieczeństwo zobowiązują do tego by czytać, poznawać, analizować próbować zrozumieć zjawiska, które zachodzą w społeczeństwie, a następnie brać udział w dyskusji, a w sytuacji zmowy milczenia taką dyskusję prowokować, wręcz się jej domagać.

Populizm to plaga i największe bodajże zagrożenie dla stabilności i pluralizmu we współczesnym świecie. Podczas gdy niektórzy z nas  ulegają podsycanym celowo lękom przed islamizacją świata i upadku cywilizacji europejskiej, to właśnie populistycznym ugrupowaniom możemy zawdzięczać rychły koniec konsensusu którego wypracowanie zajęło wiele lat. Istotą tych ugrupowań jest bowiem trwanie w konflikcie do szeroko rozumianych elit i w tenże konflikt wciągają ogromne masy społeczne, które popierając PIS, czy ruch Kukiz15 przyjmują ich retorykę. Jak łatwo się domyślić, im dłużej trwa konflikt tym większa szansa na wybuch, którego skutki możemy sobie wyobrazić choćby przypominając sobie wydarzenia z pierwszej połowy XX-ego wieku w postaci dwóch wojen toczących nasz glob przez wiele lat i zabierających ze sobą miliony istnień ludzkich. Każdy kto pokusi się choćby o odrobinę znajomości historii i posiada zdolność logicznego wysnuwania wniosków ten z łatwością odnajdzie analogie co do tamtych wydarzeń. 

Świetnie pokazane są w tej  książce mechanizmy formowania się populistycznych ugrupowań i definicji przesłanek na podstawie których sami możemy stwierdzić, która partia jest populistyczna, a która nie. To co jednak powinno stanowić obowiązkową lekturę "ku przestrodze" dla ludzi którzy przyczyniają się do oddawania przestrzeni publicznej takim ruchom, to pokazywane przez Jan-Werner Muller konsekwencje dojścia do władzy takiego choćby Chaveza czy Orbana. Zawłaszczenie narzędzi demokratycznych i faktyczny powrót do narzędzi autorytarnych to tylko niektóre rzeczy jakich możemy się obawiać ( a stało się to już faktem we współczesnej Polsce ). Bardziej przerażające są długofalowe konsekwencje stawiania nacisku na retorykę "My kontra oni", która prowadzi do wyszukiwania coraz to nowszych wrogów ( często urojonych) i wzrost nastrojów ksenofobicznych i rasistowskich. W rezultacie w miejsce współpracy międzynarodowej i demokracji, która bądź co bądź jest jedynym (choć nie idealnym) systemem powstają pogrążające się w izolacji twory kwestionujące wolność wyznania, wypowiedzi, wyboru, tożsamości. 

Populizm przez długi czas był marginalizowany i traktowany po macoszemu przez dominujące siły liberalne, co powodowało jego marginalizację. Fakt ten był paradoksalnie powodem wzmacniania się takich ruchów, które przecież bazują na męczeńskiej roli narodu uciskanego przez liberalne elity, którego to narodu reprezentantem jest taki Jarosław Kaczyński, Viktor Orban, Paweł Kukiz czy Donald Trump. Izolacja i brak dialogu publicznego z populistami nie jest więc wyjściem, a w miejsce tych metod powinno się dążyć do dyskusji i racjonalnego przedstawiania różnicy pomiędzy słusznymi postulatami tej pominiętej i opuszczonej w toku transformacji części społeczeństwa, a tymi które są irracjonalne i destabilizują pluralizm i wolną gospodarkę. Innymi słowy musimy się nauczyć jak rozmawiać z populistami, bo inaczej będzie już za późno i na tyle umocnią się oni na swych pozycjach, że każda opozycja która przyjdzie po takich rządach będzie sparaliżowana na starcie poprzez szkody dokonane w toku zaślepienia. Mam tu na myśli paraliż instytucji stojących na straży demokracji i pluralizmu, jak choćby konstytucja czy wolne media, którego początki widzimy już teraz w Polsce, na Węgrzech czy w USA. 

Często zadawałem sobie i zadaję zresztą do dziś pytania o to skąd wzrastająca popularność ruchów populistycznych w Europie i na Świecie w ogóle, kim są ludzie którzy te ruchy wspierają i im sympatyzują ? Jak to jest, że tylko nieliczni wychwytują populistyczne mechanizmy, a inni wchodzą w nie jak w masło? Dlaczego część społeczeństwa jest w stanie poświęcić wolność i swobodę, przywileje i oddać się autirytarnej władzy jakiegoś marnego zresztą wodza? Ta książka dostarcza odpowiedzi na większość z tych pytań, co jednak wcale mnie nie uspokoiło, a świadomość tych mechanizmów powoduje u mnie jeszcze większy niepokój odnośnie przyszłości demokracji i pluralizmu, a co za tym idzie przyszłości człowieczeństwa