poniedziałek, 7 grudnia 2015

Słów kilka o motywacji, czyli ile moze się wydarzyć w niespełna dwie godziny



Pamiętam, że czytając "Biec albo umrzeć" Kiliana Jorneta zachwycałem się ile blokad istnieje w naszej głowie i co się może zdarzyć kiedy sobie z nimi poradzimy. Tak naprawdę po lekturze tej książki zabrałem się na poważnie za trening biegowy, chyba przede wszystkim dlatego by wypróbować te jego sztuczki i sprawdzić czy faktycznie wszystko leży w głowie.

Minęło trochę czasu, kondycja zbudowana, więc przyszedł czas na pierwszą tak naprawdę poważną próbę - półmaraton. 21 kilometrów - dystans jeszcze kilka miesięcy temu wręcz kosmiczny dla mnie, ale od tego czasu dużo się zmieniło. Kondycja, mięśnie, wytrzymałość? Pewnie trochę też. Ale przede wszystkim poznałem trochę instrukcję obsługi do własnego organizmu. Można by rzec, że zhakowałem głowę. Tak tak, wiem jak źle to brzmi, ale zaręczam, że jestem zdrowy na umyśle. Ostatnimi czasy nawet zdrowszy.

Uzbrojony w iPoda, dres i buty, które towarzyszą mi od początku mojej przygody z bieganiem wyruszam z mocnym postanowieniem, że dziś właśnie będzie ten dzień, kiedy to zrobię - dzisiaj przebiegnę swój pierwszy osobisty półmaraton. Nie ma innej opcji. Nie zakładam, że może się nie udać. Myślę, że to właśnie podstawa filozofii życiowej - założyć sobie cel - realny, konkretny i ważny, a potem dążyć do niego z niezachwianą pewnością, że musi się udać, a porażka nie jest wkalkulowana. Na początku idzie bardzo dobrze, jest moc w nogach, pogoda idealna, słońce zachęcająco świeci na niebie i oświetla drogę. Aż chce się zaczerpnąć powietrza pełną piersią i oddychać głęboko, więc to właśnie robię. Do pierwszej dychy idzie cudownie, łapię swoje tempo i w pewnym momencie nachodzi mnie refleksja, że gdyby się przyzwyczaić, to można oszukać organizm, że to bieganie, a nie chodzenie jest jego naturalnym stanem przemieszczania się. Wiem, wiem to tylko iluzja, ale czemu z niej nie skorzystać skoro działa i na jakiś czas wystarczy. Ileż to razy zdarza się nam w życiu działać na bazie "jakoś to będzie, jakoś się ułoży". Zaczynamy coś robić i na bazie spontonu, a potem rozpędu idziemy do przodu. Aż do pierwszego kryzysu. U mnie pierwszy kryzys występuje po 10 km. Odpuścić na dziś czy sobie spróbować jakoś poradzić? Pewnie, że poradzić :) Więc trzeba wymyślić plan działania. Sponton się skończył, trzeba wybrać trasę. Czy zrobić to tak jak dotychczas, powtarzając okrążenie? Nie ma opcji! Zanudzę się, potrzeba mi stymulacji, potrzeba nowych bodźców, doładowania, rozbudzenia ciekawości. Mimo niepewności co do dystansu nowej trasy której nie znam, podejmuje decyzję, że kontynuuje bieg całkiem nową trasą. Tak jak w życiu, kiedy rezygnujemy z utartego , znanego schematu, często pojawia się u nas lęk. Musimy jednak pamiętać, iż zrezygnowaliśmy z dotychczasowej drogi dlatego, że przestała nas prowadzić do celu, że się zagmatwała i w związku z tym do nas należy decyzja, czy zostaniemy przy lęku, czy zastąpimy go ciekawością nowych szlaków. Zaufamy, że nowe przyniesie nam świeżość i poprowadzi do celu. Czasem warto zrezygnować z wydeptanych ścieżek. W moim przypadku opłacało się. Kryzys minął i znów mam nową energię i czerpię ją z przyrody, którą podziwiam, z wiatru który się wzmaga powoli, że słońca które ogrzewa mi twarz. W słuchawkach Coldplay - jak niewiele trzeba mi do zadowolenia z życia - delektuję się chwilą i jest mi z tym dobrze. Mijają kolejne kilometry.

Cholera teraz będzie pod górkę. Jest ciężko, czuje to w nogach. Ale wiatr wzmógł się jeszcze bardziej i pcha mnie do przodu. Jak w życiu - jeśli się otworzymy na otoczenie i drzemiący w nim potencjał, to w najtrudniejszych podejściach do celu udzielą nam wsparcia ludzie, którzy cały czas byli obok tylko czekali, aż przyznamy że tej pomocy potrzebujemy. Schowajmy na moment dumę i skorzystajmy z pomocy, bo jak dotrzemy na górę poczujemy ulgę i damy sobie już radę sami. I zbiegam teraz na dół i czuję, że obciążenie znika. Towarzyszy mi błoga lekkość. A potem las, jezioro, robię w biegu zdjęcia, bo warto docenić te widoki nawet kosztem dodatkowego zmęczenia. Kurde ile satysfakcji może dać podziwianie krajobrazu. Kiedy idę czasem o tym zapominam.





 Podczas biegu nawet zabawa aparatem to zbędny wysiłek. No właśnie, ale dodatkowy nie zawsze jest zbędny. Przypomina mi to o tym, że w życiu tez czasem tak kotwiczymy się na celu, że zapominamy o chwili odpoczynku, zabawy, beztroski, a może się okazać, że doda nam to motywacji nawet jeśli nas trochę spowolni. Przecież czasem można spowolnić, byle by się nie zatrzymywać. Zatrzymanie dla mnie oznacza koniec biegu i dobrze o tym wiem. Powoli, byle do przodu. Odpoczywamy w drodze do celu.
Na wale wiatr mi nie pomaga. Czuje się wręcz jak Batman, tyle że ja nie lecę, ale mnie ten wiatr hamuje i utrudnia bieg, ale wtedy na trasie spotykam innego biegacza z naprzeciwka i jego proste pozdrowienie dodaje mi sił. W życiu czasem proste "Będzie dobrze", "Dasz radę", "głowa do góry" może dać wiele. Pamiętajmy o tym, żeby mówić tak do ludzi obok bo może właśnie mają kryzys i potrzebują trochę wsparcia.
Tym razem schronienie przed wiatrem który ujada jak dziki pies, dają bloki - czyli postęp tez może być dobry. Wykorzystajmy go do rozwiązywania problemów - czytajmy, uczmy się nowych rzeczy, korzystajmy z terapii, pogłębiając wiedzę zwiększamy szansę na sukces :)

Zostały mi trzy kilometry i mimo że kwas toczy mi mięśnie nóg, to wiem ze dobiegnę, bo mam cel w zasięgu wzroku. Nie dosłownie, ale już niedługo :) Najlepszy trik zostawiłem na koniec, na najcięższy kryzys. Wizualizuje sobie metę i to jak piszę ten tekst i nie napiszę go jak nie dobiegnę. Więc właśnie dlatego muszę dobiec, bo układałem go cała drogę, odciągając myśli od zmęczenia i kryzysów i muszę się tym podzielić, bo tak jak Kilian Jornet zaraził mnie zdobywaniem celów w życiu, tak i ja pragnę zarazić Ciebie który czytasz ten tekst. Jaki by nie był dla Ciebie, nudny, bezsensowny, wartościowy, nijaki, fascynujący, to jedno musisz wiedzieć - jest on autentyczny.
Życie jest niczym sport i rządzi się podobnymi prawami. Przede wszystkim w życiu jak w sporcie większość zależy od Ciebie i musisz o tym pamiętać, bo inaczej nie osiągniesz nic. Nikt nie zrobi nic za Ciebie, ale pewnie wiele osób Ci pomoże jeśli zaczniesz sam dążyć do celu.

Dobra już kończę, się rozpisałem. Na koniec jedna jeszcze refleksja. Nigdy jeszcze nie spędziłem dwóch godzin tak intensywnie jak dziś. Przecież dwie godziny czasem mijają tak szybko, że ich upływu nie dostrzegamy. Czasem nawet marnotrawimy je na bezsensowne programy w tv, na nudny wykład, bezsensowny spór, czy polityczne głowy na necie czy w telewizorni. Innym razem nie wykorzystujemy całego potencjału, które daje nam taki kawał czasu. Do dziś nie wiedziałem, że tyle może się wydarzyć w przeciągu tak krótkiego czasu. Głównie w głowie, ale od głowy zaczyna się wszystko inne :) W końcu od dobrej motywacji zależy nie tylko wyczyn w wymiarze sportowym, ale pokonywanie każdego kryzysu w naszym życiu. Najlepiej obrazuje to poniższe zdjęcie.