wtorek, 11 kwietnia 2017

Odrodzona. Dzienniki 1947-1963 - Susan Sontag




Po dzienniki Susan Sontag sięgnąłem z dwóch powodów. Po pierwsze postanowiłem to zrobić już po lekturze rozmowy, którą znajdziecie w książce "Myśl to forma odczuwania", a ponadto jeśli jakiegoś autora polecają Niespodziegadki to ja z całym przekonaniem do jego literackich dokonań zaglądam. W rozmowie z Jonathanem Cottem Sontag dała się poznać jako postać szalenie intrygująca, a kiedy zachęcony lekturą i wypowiadanymi przez nią opiniami poszperałem w internecie to okazało się, że ta kobieta należy do jednych z najwybitniejszy myślicieli naszej epoki. Wstyd się wręcz przyznać do tego, że jak dotąd to nazwisko niewiele mi mówiło. W każdym bądź razie już tak nie jest, bo po osobistych i elektryzujących dziennikach mam poczucie, że całkiem nieźle udało mi się poznać tę.. i tu właśnie pojawia się trudność, bo ciężko jest określić główną dziedzinę działalności Susan. Jest ona po części socjologiem, po trochu myślicielem, reporterem, z pewnością filozofem a przede wszystkim kobietą. 

Susan Sontag w pierwszym tomie swych dzienników daje się poznać jeszcze na etapie budowania się jej tożsamości jako człowieka, kobiety i doskonałego wkrótce analityka ludzkich zachowań i jego miejsca w grupie społecznej. Śledząc kolejne strony jej dzienników możemy zaobserwować proces kształtowania się jej kobiecości, orientacji seksualnej, relacji z otaczającym światem i światopoglądu. To co rzuca się w oczy już od samego początku to ogromna potrzeba na bodźce, wszelkiego rodzaju informacje, które z początku Susan Sontag zdaje się rejestrować i gromadzić bez konkretniejszego klucza, aby w swoim czasie składać z niego wizję świata. Zazdroszczę osobom takim jak ona niebywałej uważności na wszystko co dzieje się wokół. Podczas gdy mi zdarza się przegapić sygnały, które stają często tuż przed moimi oczami, ona zdaje się je wychwytywać z najgłębszych czeluści, a rzeczy o zjawiska najbardziej oczywiste zdają się odkrywać kolejne warstwy, poddając się pod jej niezwykle analitycznym umysłem. Rozważania Susan Sontag to jedne z tych nielicznych momentów kiedy "dzielenie włosa na czworo" nie powoduje irytacji ale szczery zachwyt. Przynajmniej u mnie... Cudnie jest przyglądać się dojrzewaniu tego - z czym zgadzam się w stu procentach - jednego z najwybitniejszych umysłów nie tylko naszej epoki. 

Czasem traktujemy zbyt wiele rzeczy w naszym życiu jako oczywiste. Wydaje mi się, że ten błąd kosztuje nas za dużo. Tracimy bowiem  w ten sposób świadomość. Może nie jest to strata istotna dla przeciętnego oglądacza propagandowej TV czy też głupich sitcomów, ale dla człowieka inteligentnego to już całkiem sporo. Życie nieświadome to zwykła wegetacja, a jego przeciwieństwem jest byt oparty na świadomości własnych potrzeb, rozumienie swojego ciała, własnych popędów, a przede wszystkim umiejętność wyciągania konstruktywnych wniosków z własnego postępowania jak również postaw innych ludzi. Właśnie taki model proponuje Susan Sontag, która intelektualną podnietę stawia na równi z tą natury seksualnej, a myślowy orgazm jest dla niej chyba bardziej realny niż ten osiągany podczas stosunku. Kontestuje ona przy tym zastaną rzeczywistość, wciąż jest niespokojna, niepewna, ciągle stawia pytania, a jej umysł pozostaje nienasycony. Jest wzorem tego jak świadomie powinno się wykorzystać dany nam czas na tej ziemi i osobiście bliskie mi jest przeżycie tegoż życia właśnie tak - w pełni, na sto procent w miejsce ciągłego lęku i pozostawania w cieniu hamujących przekonań i stereotypów. Pierdolić konwenanse! Żyjmy po swojemu i starajmy się unikać schematów w myśleniu i postępowaniu, aby wycisnąć z życia wszystko co się da. Żeby jednak to zrobić musimy ciągle analizować i starać się uczyć w toku intelektualnego wnioskowania. Tego uczy nas Susan Sontag, równocześnie nie zapomina o empatii, która czyni z niej "ludzkiego" filozofa, takiego który nie snuje swych rozważań dla samej przyjemności z dochodzenia do prawdy, ale stara się przy tym przyczynić do propagowania tolerancji i zwykłej ludzkiej przyzwoitości.