czwartek, 19 kwietnia 2018

Na gigancie - Peter May



Peter May to jedno z moich literackich odkryć z przed kilku lat. Jego "Trylogia z Wyspy Lewis" to moim zdaniem majstersztyk, a autor ten udowodnił, iż jeśli chodzi o budowanie atmosfery napięcia, tajemnicy i opowiadanie historii trudno znaleźć kogoś kto dorównuje mu jeśli chodzi o literaturę gatunku i nie tylko. Jego powieści wychodzą daleko poza schemat zwykłego kryminału. Tym bardziej sięgając po "Na gigancie", która dziwnym trafem gdzieś mi umknęła pośród nowości wydawniczych, ostrzyłem sobie apetyt ma kolejną rewelacyjną historię. Czy mój apetyt został zaspokojony? O tym za chwilę.

Z literackimi fascynacjami jest trochę tak jak że smakami z dzieciństwa. Jak byśmy się nie starali i gdzie byśmy nie szukali to i tak nie jesteśmy w stanie odtworzyć smaku andruta przekładanego marmoladą czy też szynki konserwowej. To bowiem nie rzeczywisty smak, a bardziej emocje i wspomnienia z tamtymi momentami związane przyczyniły się do niezapomnianych i niepowtarzalnych smaków. Tak też było w moim przypadku w trakcie lektury "Na gigancie". Z jednej strony widziałem na okładce bliskie mi nazwisko Peter May, a z drugiej strony z biegiem upływających stron cały czas miałem poczucie, że to jednak nie to. Czy to wina książki, czy bardziej moich oczekiwań? Raczej to drugie, aczkolwiek nie do końca... 

Myślę, że powieść Petera Maya jest powieścią przyzwoitą i gdyby napisał ją ktoś inny to wtedy wymagający bądź co bądź jeśli chodzi o kryminały czytelnik byłby całkowicie usatysfakcjonowany. Intryga tocząca się dwutorowo, przeszłość zaznaczająca swe piętno na wydarzeniach kilkadziesiąt lat później, klimat lat sześćdziesiątych i wybrzmiewająca w tle muzyka rockowa to składniki, które są w stanie zagwarantować opowieść pierwszorzędnej jakości. Bohaterom też w sumie nie można wiele zarzucić gdyż są ciekawi i zróżnicowani, przyzwoicie nakreśleni. Jest jednak w przypadku tej książki coś co powoduje mój niedosyt. Po części miałem problem z tempem akcji, która moim zdaniem toczyła się jakoś tak bez przekonania i nierówno. Po części brakowało mi trochę wyrazistości jeśli chodzi o bohaterów, co powodowało, że trudno było się z nimi związać mimo że przecież nie miałem problemów z wyobrażeniem ich sobie. Największy jednak mankament stanowi fakt, że nie bardzo było wyczuwalne w tej całej historii napięcie, a to moim zdaniem naprawdę niezbędny element książki, która pretenduje do miana kryminału.

Dochodząc w końcu do sedna, pewnie można zauważyć w tej opinii iż trudno mi się było zdecydować co do jednoznacznej opinii na temat książki "Na gigancie". Z czystym sumieniem nie mogę jej jednak polecić. Może jeśli wcześniej nie mieliście kontaktu z tym autorem to jest szansa, że będziecie usatysfakcjonowani, ale jeśli już mieliście okazję sięgnąć choćby po "Trylogię z Wyspy Lewis" to raczej sobie darujcie tę pozycję. Jest duża szansa, że się zawiedziecie. Jednym słowem książka ta ujdzie, ale pewnie szybko o niej zapomnę i nadal będę tęsknić do Petera Maya, który wzruszał, straszył i intrygował w "Czarnym domu".