piątek, 23 lutego 2018

Najszczesliwsze dzieci na świecie - Michele Hutchison; Rina Mae Acosta



"Najszczęśliwsze dzieci na świecie" to książka poświęcona holenderskiemu modelowi wychowania dzieci. Szczerze powiedziawszy to sam nie jestem w stanie powiedzieć co przyciągło mnie do tej lektury, ale cieszę się bo była to całkiem przyjemne doświadczenie. Pewnie, że nie jest to książka z gatunku "must read", ale miło jest poczytać o cywilizowanym kraju i o tym jak kształtować otwarte i dojrzale społeczeństwo, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę tragiczną kondycję naszego. 

To, że wychowanie jest trudną sztuką, a cały proces przygotowania dziecka do samodzielnego życia jako niezależnej osoby dorosłej jest narażony na wiele trudności i dylematów pewnie nikogo nie dziwi. Tym bardziej smutnym faktem jest to, iż w swym zadufaniu i klaustrofobicznym lęku przed wpływami z zewnątrz nie korzystamy jako naród z doświadczeń innych krajów w tym względzie, jak choćby właśnie Holendrów. Autorki tego opracowania wykonały kawał dobrej roboty przedstawiając w miarę kompleksowo holenderski pomysł na wychowanie dzieci od lat najmłodszych, poprzez dorastanie aż do dorosłości, biorąc przy tym pod uwagę zarówno wychowanie szkolne jak i to co odbywa się w ramach domu rodzinnego. Pomimo, że momentami poszły moim zdaniem w przesadę jeśli chodzi o bezkrytyczne wręcz wychwalanie tamtegoż systemu, bo jak wiemy zawsze znajdą się jakieś rysy i drugie dno, to koniec końców bardzo przypadł mi do gustu tamten model i z chęcią wykorzystał bym niektóre holenderskie rozwiązania jeśli miałbym taką możliwość.

Przejdźmy do rzeczy i przyjrzyjmy się głównym założeniom holenderskiego modelu wychowania. To co wysuwa się jako pierwsza znacząca różnica pomiędzy Holandią a Polską to kwestia przestrzeni osobistej jaką ma już bardzo małe dziecko w Holandii, które jest szybko uczone samodzielności i odrębności od rodzica. Dzieci w Holandii same się bawią, same chodzą ( bądź jeżdżą ma rowerze) do szkoły i nie są jak polskie dzieci narażone na nadopiekuńcze praktyki i wyręczanie ich niemal we wszystkim. Autorki bardzo skutecznie zamykają z góry usta wszystkim tym, którzy wyciągają argument o pedofilach i innych zagrożeniach, które mogą czekać na dzieci pozostawione bez opieki poza domem. Kolejna duża różnica, to konstrukcja systemu oceniania i kwalifikowania na kolejne etapy edukacji. W modelu holenderskim egzaminy to raczej formalność i pomocne narzędzie do kwalifikowania dzieci do poszczególnych profili, a u nas jest to narzędzie do wzmacniania wyścigu szczurów. Normalniejsze wydaje się również koncentrowanie przede wszystkim na zabawie w holenderskich przedszkolach podczas gdy w Polsce już kilkuletnie dzieci faszerowane są niepotrzebną wiedzą i propagandą. Dzieci w Holandii uczone są też postaw opartych na poszanowaniu różnego od własnego światopoglądu, szacunku do pieniądza, własności i odpowiedzialności za własne zachowania. Jeżeli chodzi o kształtowanie relacji jednostki do społeczeństwa to Holandia stawia na przeciętność. System edukacji nie koncentruje się na szczególnie uzdolnionych jednostkach kosztem tych przeciętnych, ale to właśnie wyposażenie w podobne zasoby ogółu staje się priorytetem.

Mógłbym jeszcze bardzo długo wymieniać bardzo mądre moim zdaniem i rzeczowe wnioski, które Holendrzy zastosowali na własnym gruncie jeżeli chodzi o wychowanie, ale to już każdy kto poczuł się zaciekawiony doczyta sobie sam. Ja natomiast chciałbym podsumować tę opinię refleksją, iż mimo że nieraz słyszymy forsowane w przestrzeni publicznej stanowisko o doskonałej kondycji modelu wychowania w naszym kraju i jakoby wyższości efektów polskiego systemu edukacji w porównaniu do innych krajów na świecie, a  ja patrząc na stan polskiej młodzieży przemielonej przez ten system mam zgoła inne odczucia. Chyba zresztą nie tylko ja tak mam patrząc na coraz to nowe zakusy odnośnie reform w szkolnictwie. Szkoda tylko, że zamiast reformować u źródeł to decydenci pozorują zmiany spłycając problem do kwestii obecności lub nie gimnazjów w szkole. Może więc pora by przestać kisić się we własnym sosie i rozejrzeć wokół, a co do holenderskich dzieci to może nie są one aż tak szczęśliwe jak starają się nam przedstawić autorki książki, ale ośmielę się stwierdzić, że z pewnością bardziej autonomiczne i rozumiejące siebie niż dzieci i młodzież w naszym kraju, którym trudno odseparować się i nabyć świadome i prospołeczne postawy.