niedziela, 19 czerwca 2016

Hen. Na północy Norwegii - Ilona Wiśniewska








Przyznam się szczerze, że miałem inne oczekiwania kiedy sięgałem po tą książkę. Czytałem na jej temat sporo entuzjastycznych opinii i teraz kiedy odkładam książkę po jej zakończeniu czuję spory niedosyt.  Norwegia ciekawi mnie już od jakiegoś czasu,  a jest to zasługa przede wszystkim Jo Nesbo i tego jak przedstawia on specyficzny klimat panujący w jego kraju. Jego opisy dotyczące Oslo i sam fakt,  iż kraina ta zrodziła tak wielu znakomitych autorów kryminałów sprawił iż chciałem sięgnąć po jakiś reportaż dotyczący tego jak się tam żyje,  jacy ludzie tworzą Norwegię i tak dalej.. 


"Hen... " Ilony Wiśniewskiej przedstawia nam określoną tylko grupę mieszkańców Norwegii,  a mianowicie ludność zamieszkującą surową północ kraju. Odpowiada nie o wielkich miastach i centrum kraju ale o peryferiach i do tego są to rejony na wpół wymarłe,  wstydliwy świadek niechlubnej polityki władz,  związanej choćby z polityką "norwegizacji" ludności rdzennej. To jeden z plusów lektury reportażu Ilony Wiśniewskiej, a mianowicie fakt iż dzięki niej dowiedziałem się,  że taka rdzenna ludność w Norwegii istniała i po części stara się przetrwać ze swoim dziedzictwem,  kulturą i językiem wzorem choćby Aborygenów w Australii czy Indian w Ameryce Północnej. Niestety książka Wiśniewskiej opowie nam smutną prawdę o powolnej agonii tych pierwotnych kultur na wzór swoich odpowiedników w Australii czy USA,  co wynika z rozmaitych przyczyn,  ale głównie z uwagi na nieprzyjazną politykę władz centralnych Norwegii. Może to właśnie smutny i gorzki wręcz wydźwięk tej książki wpłynął na mój niedosyt po jej przeczytaniu,  bo spodziewałem się bardziej klimatów rodem z "Przystanku Alaska" , a dostałem historię rodem z umierających PGR-ów. Bieda, wegetacja,  brak perspektyw, monotonia i do tego wszystkiego notoryczny brak słońca wpływają na mocno depresyjny odbiór tej opowieści. Przynajmniej u mnie w ten sposób wpłynęły. Szkoda trochę,  że tak mało miejsca autorka poświęciła na próby wskrzeszenia tego regionu podejmowane przez inicjatorów odbudowy spuścizny i  ducha w mieszkańcach Północy,  bo te kilkadziesiąt stron to był w moim odczuciu najciekawszy fragment reportażu Wiśniewskiej. 


Chciałbym zaznaczyć,  iż mój odbiór tej książki - który jak łatwo można zauważyć nie jest zbyt entuzjastyczny - nie oznacza,  iż jest ona zła i nie warto po nią sięgnąć. Chciałbym jedynie żeby ten kto się na jej lekturę zdecyduje miał świadomość tego jaki rodzaj historii tu otrzyma. Sam jej opis jest moim zdaniem mocno mylący. Sugeruje, iż będziemy mieli do czynienia z trochę jakby poetycką opowieścią o minionym czasie i pomniku na jego cześć, czyli właśnie północnym regionie, gdzie udała się autorka. Albo jest to kwestia wrażliwości, albo nie wstrzeliłem się w klimat opowieści, albo zwyczajnie nie znajdziemy tutaj poetyckich opisów. Znajdziemy tu natomiast kilka jakby przypadkowo dobranych opowieści mieszkańców Finnmark, które sprawiają wrażenie oderwanych od siebie i trudno sobie wyobrazić coś więcej poza frustracją, przygnębieniem i apatią zamieszkującej tu ludności. Najbardziej mi właśnie brakuje tego, iż trudno mi było się utożsamić, jakoś tak wczuć w perspektywę bohaterów tego reportażu, Niby rozumiałem jak żyją, skąd się wywodzą i otrzymałem pewne tło historyczne i kulturowe, ale jeśli miałbym zapamiętać na dłużej któregokolwiek z bohaterów opowieści Ilony Wiśniewskiej, to miałbym z tym ogromną trudność. Fakt ten dziwi z uwagi na to, że autorka została wpuszczona do samego środka tej społeczności, mieszkała przez jakiś czas razem z nimi, odwiedzała ich w domach i była świadkiem osobistych opowieści. Mimo tego wszystkiego jej opowieść to bardziej historia miejsca, a nie ludzi którzy je zamieszkują. Jeśli taki był jej cel to zdecydowanie jej się udało. Ja natomiast w reportażach szukam przede wszystkim ludzi i tutaj niestety ich nie znalazłem mimo tego że trudna historia tego regionu musiała być autorem wielu ciekawych ludzkich dramatów.


Podsumowując, jeśli ktoś jest fanem reportaży i czyta je masowo to zapewne sięgnie i po "Hen. Na północy Norwegii". Pewnie nie będzie to czas stracony. Ja osobiście jednak nie umiem wzbudzić swojego entuzjazmu do tej konkretnej pozycji i chyba styl autorki nie wpisuje się zbytnio w moją wrażliwość. Za lekturę jestem wdzięczny, bo zawsze to możliwość dowiedzenia się czegoś nowego, ale czym prędzej myślę już o opowieści w której znajdę coś czego właśnie szukałem tutaj , bo przede mną " J jak Jastrząb" Helen MacDonald, którą to książkę kupiłem na tej samej promocji. Może ona opowie mi historię bardziej poetycką i bardziej ludzką. Liczę na to :)