sobota, 18 czerwca 2016

Stryjeńska. Diabli nadali - Angelika Kuźniak









" Niedobre urządzenie właściwie z tym życiem. Pierwsze trzydzieści lat zużywa człowiek na dojrzewanie i strzelanie „byków”, a drugie trzydzieści na łatanie, zalepianie, naprawianie, zadośćuczynianie, zakopywanie, zadeptywanie, wygładzanie, wywabianie, wreszcie wyłabudywanie się z tychże błędów..."




Kiedy czytam sobie w internecie informacje na temat Zofii Stryjeńskiej, to trochę mi wstyd że przed sięgnięciem po jej biografię nie wiedziałem kim tak naprawdę ona była. Mój wstyd jednak zmniejsza się w momencie, kiedy dociera do mnie, że to tak naprawdę inna epoka, inna rzeczywistość, niedzisiejszy świat, a przede wszystkim nie moja dziedzina, bo akurat z malarstwem, rysunkiem, ilustracją mam chyba najmniej wspólnego jako odbiorca szeroko rozumianej sztuki. Nie zmienia to jednak faktu, że moim zdaniem wypada mieć choć podstawowe pojęcie na temat postaci które tak mocno jak Stryjeńska zaznaczyły swoją obecność wśród twórców europejskich dwudziestowiecznej Europy. Z tego też względu cieszę się, że dane mi było w końcu poobcować choć na moment z tą barwną postacią dzięki książce Angeliki Kuźniak.



Zofia Stryjeńska to postać nadzwyczaj barwna i oryginalna. Jak się okazuje nie była w tym odosobniona kiesy popatrzymy na znane nazwiska, które pojawiają się na kartach tej książki - między innymi Witkacy, Pawlikowska - Jasnorzewska, Tadeusz Boy- Żeleński czy wreszcie jej pierwszy mąż i największa miłość czyli Karol Stryjeński. Środowisko w którym obracała się przez sporą część swojego życia Stryjeńska, stanowiące w znacznej części o sile słynnej cyganerii krakowskiej to jak się wydaje ludzie wśród których malarka musiała czuć się jak ryba w wodzie. Zważywszy na wspomniany przeze mnie już na samym początku brak wiedzy na temat tego rodzaju sztuki, bardzo ucieszyło mnie iż biografia autorstwa Angeliki Kuźniak bardzo mało miejsca tak naprawdę poświęca na samą twórczość Zofii Stryjeńskiej, a skupia się przede wszystkim na przedstawieniu jej jako osoby - kobiety, matki, żony, człowieka. Nie ma chyba roli życiowej w której ta znana malarka nie wyróżniała by się na tle innych. Momentami ma się wrażenie, że wybrała ona sobie wręcz za cel podkreślać w każdym możliwym momencie swoją oryginalność i odrębność. Ta manifestacja swego indywidualizmu i kontestacja zastanego porządku wzbudzała u mnie uśmiech na twarzy i sporą dawkę sympatii w jej kierunku, mimo tego że w niektórych poglądach czy podejściu do życia ( choćby podejście do wychowania dzieci i obsesja słowiańskości ) można mieć do niej stosunek co najmniej ambiwalentny. Zdecydowanie należy stwierdzić, że była to postać o bardzo silnej osobowości, co objawiało się w stosunkach zarówno na gruncie prywatnym jak i zawodowym. Często zachowywała się w sposób bezkompromisowy - albo było tak jak chciała, albo w ogóle. Jeżeli ktoś nie uznawał jej sposobu widzenia danej sytuacji był z prędkością huraganu sprowadzany na ziemię, a nawet dyskredytowany. Z obrazu przedstawionego przez Angelikę Kuźniak - a bazuje ona w dużej części na osobistych pamiętnikach samej Stryjeńskiej oraz wspomnieniach jej bliskich osób - jawi się wizerunek kobiety, która w imię swoich zasad ( czasem niekoniecznie zrozumiałych ) była w stanie nawet przymierać głodem lub pozostawać bez dachu nad głową.


Już od samego początku swojego życia widać, że priorytetem Zofii - wtedy jeszcze Lubańskiej - była właśnie sztuka. Życiu artystycznemu poświęciła niemal wszystko. Jak sama stwierdzała potem - " życie rodzinne spłonęło na ołtarzu sztuki'. Daleki jestem od ocen, ale jako matka potrafiła być naprawdę okrutna, dyskredytując własne dzieci - zwłaszcza córkę, krytykując wszystko począwszy od wyglądu a skończywszy na wyborach życiowych dotyczących kariery zawodowej czy też życia osobistego. Była w tym mocno bezkrytyczna odnośnie własnej osoby, bo podczas gdy dzieciom wytykała złe wybory i uczyła zasad obycia towarzyskiego, to sama kilkakrotnie podejmowała próby ułożenia sobie życia osobistego które kończyły się fiaskiem , a na gruncie towarzyskim doprowadzała do licznych konfliktów. Jeśli chodzi o specyficzny stosunek do rodziny, Stryjeńska potrafiła nie przyznawać się do własnej wnuczki na ulicy, czy też okazywać wstyd i potępienie do pracy córki, traktując ją jako osobisty afront. Tak to już jest, że wielkie postacie charakteryzuje ten swoisty dysonans jeśli chodzi o geniusz twórczy i mocne deficyty w obszarach związanych z empatią i relacjami interpersonalnymi. Stryjeńska jest w tym przypadku kolejnym tego przykładem. Wcześniej opisywałem to choćby w przypadku Jobsa, czy też Muska. Podczas gdy można patrzeć z niesmakiem na jej poczynania we wspomnianych sferach, to jednocześnie należy się podziw dla wspomnianej determinacji jaką przedstawiała w dążeniu do spełnienia jako artystka. Świadczy o tym podjęcie nauki w Akademii Sztuk Pięknych w Monachium, gdzie skierowała swoje kroki przywdziewając rolę chłopca - Tadeusza Grzymałę Lubańskiego, jako że w roku 1911 roku dziewcząt do tej Akademii nie przyjmowano. Okazywała swój upór w realizacji celów artystycznych także wtedy, kiedy potrafiła przeciwstawić się Sanacji, bo nie miała zgody na zaprzedanie swej twórczości polityce. Na moją osobistą uwagę zasłużyła też z uwagi na umiłowanie do motywów słowiańskich bóstw w swojej sztuce, czym wykazała swoją ogromną postępowość już w tamtych czasach. Niektóre współczesne zacofane środowiska mogłyby się sporo nauczyć od niej jak można godzić swoją wiarę ( całe życie deklarowała się jako chrześcijanka ) z czysto artystyczną fascynacją tzw. profanum, bo jak w tym świetle inaczej potraktować zamiłowanie do pogańskiej tradycji. Czy się bowiem komuś podoba, czy też nie to taka jest tradycja Słowian. Budzi też moje uznanie i szacunek Zofia Stryjeńska jako osoba, która zrobiła bardzo dużo do wzmocnienia pozycji kobiet w świecie zdominowanym przez mężczyzn - i to nie tylko w sztuce. Zdecydowanie można jej moim zdaniem przypisać rolę feministki.



Czytanie biografii znanych ludzi, ale niekoniecznie ludzi znanych mi to zajęcie niezwykle ryzykowne. Może się okazać taka lektura totalną męczarnią, ale równie dobrze może być niebywałym odkryciem - tak jak w przypadku mocno chwalonej biografii Stryjeńskiej autorstwa Angeliki Kuźniak. Uznaję więc ten eksperyment za udany i szczerze polecam spotkanie z osobą Zofii Stryjeńskiej, która zafunkcjonowała nie tylko jako wielka artystka, ale przede wszystkim jako kontrowersyjna postać. Z tego też względu nie ma obaw, że książka nie będzie ciekawa nawet dla kogoś kto tak jak ja nie posiada odpowiedniej wiedzy i wrażliwości do docenienia artystycznej strony jej osoby. Jak już wspomniałem jest ona ciekawa przede wszystkim jako niebanalna osobowość. Intrygujący jest też schizofreniczny rys Zofii Stryjeńskiej, który ujawnił się pod koniec jej życia, ale tak naprawdę rysował się gdzieś tam w tle przez cały czas i był mocno zauważalny w tym dysonansie poznawczym przez nią prezentowanym. Bardziej już zaciekawić nie umiem, więc pozostaje mi po prostu zaprosić do lektury :)