niedziela, 5 czerwca 2016

Mam na imię Lucy - Elizabeth Strout









 
 
Styl Elizabeth Strout najbardziej przykuwa uwagę swoją prostotą i to zarazem jeśli chodzi o to jakiego języka używa ona w swojej książce, ale też ze względu na podejmowane tematy. Z tego co zdążyłem się zorientować " Mam na imię Lucy" nie jest odosobnionym tego przypadkiem, bo tak samo zekranizowana w formie serialu przez HBO " Olive Kitteridge" wpisuję się w tą estetykę. Ta prostota ma w sobie jeden główny cel. Autorka daje moim zdaniem czytelnikowi możliwość samemu wypełnić pozostałą przestrzeń pomiędzy tym co sama chce nam przekazać. Nie robi wszystkiego za czytelnika, nie podaje gotowej potrawy na talerz, ale pozwala samemu domyślić się tego co nie zostało tu wypowiedziane. Cenię sobie tę umiejętność, bo sam nie lubię być bombardowany wielkimi opisami, przeintelektualizowanymi formami. Lubię jak coś jest nie do końca wypowiedziane i mogę sobie pewne rzeczy zinterpretować po swojemu. Pewnie dlatego proza Elisabeth Strout z jej noweli pod tytułem " Mam na imię Lucy' tak przypadła mi do gustu i zdecydowanie przeczytam też " Olive Kitteridge".


"Mam na imię Lucy" opowiada moim zdaniem przede wszystkim o samotności. Jest to historia przedstawiona z perspektywy kobiety, która toczy walkę z chorobą i podczas pobytu w szpitalu konfrontuje się z relacjami łączącymi ją ze spotkanymi osobami w całym swoim życiu. Mierzy się z ciągłym poczuciem wyobcowania i odrzucenia przez większość bliskich jej osób - na czele z własną matką. Zauważa ze smutkiem, iż najważniejszymi osobami, które napotkała na swojej drodze były tak naprawdę osoby przypadkowe, a nie Ci którzy powinni tak naprawdę to kluczowe miejsce w jej życiu zajmować. Lucy wprowadza nas w swoją intymną sferę uczuć i refleksji i mimo swych trudnych doświadczeń wykazuje przy tym sporą dozę zaufania właśnie dla postronnego, przypadkowego odbiorcy jej historii. Już od samego dominującym dla mnie uczuciem w stosunku do jej osoby było współczucie ( nie mylić z litością ) . Litość - w odróżnieniu do współczucia jest podszyta swego rodzaju pogardą, co bohaterka tej noweli pokazuje nam w sposób bardzo wymowny. Współczując jesteśmy z drugą osobą, towarzyszymy jej, natomiast kiedy pojawia się litość to wiąże się to z porównywaniem się do tej drugiej osoby i czy tego chcemy czy nie to powodujemy tym samym, że sami czujemy się lepiej, a tą drugą osobę pozostawiamy w poczuciu gorszości. Tak właśnie pozostawiana była bardzo często Lucy, a nawet gorzej bo często też spotykała się z uczuciami jeszcze bardziej krzywdzącymi - jak chociażby pogarda. Przyczyną tego była duża bieda w jakiej przyszło jej dorastać i jak się dowiemy, wsłuchując się w jej opowieść - nie tylko bieda...


Bieda i wstyd z nią związany, a także towarzyszące przy tym głównej bohaterce poczucie inności to jednak i tak jeszcze ciężar do zniesienia gdyby miała poczucie akceptacji i bezwarunkowej miłości ze strony własnej matki. Ta jednak nie potrafiła okazać jej tego, co przychodziło jej z taką łatwością kiedy opowiadała o jej koleżankach. To ciągłe poczucie, że Lucy nie jest wystarczająco dobra - towarzyszyło jej przez większą część życia, bo trudno się żyje ze świadomością, że własna matka docenia i podziwia wszystkich wokół, a własna córka nie spełnia jej oczekiwań i tak naprawdę nigdy nie będzie jej dane tego dokonać. Przychodzi jednak czas, kiedy zrozumie ona, że problem nie leży w niej a właśnie w matce, a błędy a nawet jak się okaże nadużycia które ta popełniła wraz z ojcem względem niej i jej rodzeństwa to kwestia ich słabości, a ona sama nie ma z tym nic wspólnego. To zrozumienie przyjdzie w najmniej oczekiwanym momencie, bo to czego nie udało sie zrobić przez całe życie wydarzy się w ciągu kilku dni. Właśnie wtedy kiedy przyjdzie jej samej zmierzyć się ze słabością podczas choroby i pobytu w szpitalu, właśnie wtedy uda jej się zaakceptować tą samą słabość u własnej matki, która jak Lucy w końcu dostrzeże nie okazuje miłości w taki sposób jakby córka od niej oczekiwała, gdyż być może nie potrafi tego słowa wymówić, choćby niewiem jak mocno próbowała z tą swoją słabością walczyć. Być może, bardzo prawdopodobne u tej jej słabości także - jak w przypadku samej Lucy - leży jakaś rodzinna tajemnica.


Tym razem, co dla mnie niespotykane, dużo napisałem w swojej opinii o samej treści książki, ale to z jednej prostej przyczyny. W przypadku Elizabeth Strout nie sama treść jest bowiem najważniejsza, ale sposób jej podania i muszę przyznać że bardzo przypadł mi on do gustu. Bardzo lubię kwestie związane z relacyjnością, a w tej krótkiej noweli zawarta jest jedna z najważniejszych prawd rządzących relacjami, a mianowicie to, że czasem całe życie przebywania obok siebie w poczuciu urazów i powziętych przekonań nie pozwoli zrozumieć człowieka tak bardzo, jak kilka chwil kiedy pozwolimy sobie postarać się zobaczyć go odkładając przekonania na bok i w akceptacji dla jego słabości i różnic między nim a nami. Niby proste, ale w rzeczywistości bardzo trudne do wykonania. Lucy pokazuje jednak, że warto.