wtorek, 20 grudnia 2016

Mike Tyson. Moja prawda - Mike Tyson, Larry Sloman





Autobiografia Tysona to jedna z najlepszych autobiografii jakie przyszło mi czytać. Sprawia wrażenie bardzo autentycznej a sposobem narracji i kreowania własnej osoby bokser bardzo przypomina mi Zlatana Ibrahimovića. Właśnie od czasu lektury "Ja, Ibra" nie czytałem chyba równie dobrej autobiografii sportowca i mimo, że książka jest bardzo obszerna to proszę mi wierzyć, że czas przy niej spędzony to jazda bez trzymanki i kiedy już człowiek dociera do epilogu, to aż szkoda że to już niestety koniec tej historii. Tempo z jakim poznajemy przebieg kariery i życia słynnego mistrza boksu jest tak zawrotne, że trudno się dziwić pogubieniu tego człowieka we własnym życiu skoro nawet czytelnik może to uczynić przy poznawaniu wszak skondensowanej przecież treści.


Czasem uprzedzenia i stereotypy całkowicie wypaczają obraz człowieka. Bokser, niejednokrotnie kreowany przez media wręcz na błazna, ćwierćinteligenta i bestię w ludzkiej skórze okazuje się wrażliwcem i w wieku 15 lat czytał takich autorów jak Tołstoj, Dumas, Darwin, Oscar Wilde czy Machiavelli. Mike Tyson opowiada swoją historię z prędkością karabinu maszynowego, ciekawie, dowcipnie, dosadnie. Różne odczucia towarzyszyły mi, kiedy czytałem jego przecież subiektywną wersję własnego życia. Z początku próbowałem odgadnąć w jakim stopniu jest in autentyczny i na ile trzyma się to wszystko kupy. Po pewnym czasie jednak zadałem sobie pytanie : "Po co mi to?". Kim bowiem jestem żeby dokonywać tego rodzaju ocen? Czy chce się upodabniać do wszystkich tych ludzi, którzy niczym hieny czyhają na każdy błąd, każdą rysę w wizerunku znanych osób żeby z satysfakcją utwierdzać się w przekonaniu, że nie są oni tak doskonali? Czy chcę żywić swoje frustrację karmiąc się pominiętą nogą człowieka że świecznika? Otóż nie! To nie ja! Dlatego też od tego momentu po prostu słuchałem tej opowieści i wyzbyłem się jakiejkolwiek oceny.


Mike Tyson przeżył tyle w swoim życiu, że śmiało wystarczyło by tego aby obdzielić tymi wydarzeniami kilka pokaźnych życiorysów. Czasem wszystko wydaje się zmieniać u niego tak nagle i w sposób nieprzewidywalny, że ma się wrażenie chaosu. Było mi go w tym wszystkim żal i myślę, że można tu obwiniać tych, którzy za wcześnie wciągnęli go w ten wielki świat biznesu bo o sporcie trudno tu mówić. Mimo wielkich osiągnięć na tle sportowym, których trudno mu odmówić został on nadużyty w perfidny sposób przez doradców, menadżerów, sponsorów i różnej maści promotorów i potraktowany niczym bankomat. Trudno nie zarzucać tym ludziom żerowania na młodzieńczej naiwności i niezrealizowanej ciągle potrzebie miłości i akceptacji. Dopóki maszynka się kręciła to wspólnie z nim się bawili, poklepywali po ramieniu, rozgrzeszali, aby potem kiedy Mike Tyson nie radził sobie z presją odsunąć się od niego i wytykać wszelkie błędy. Człowiek, który jako dwudziestolatek zostawał mistrzem świata miał prawo tego nie unieść, a okazało się że nie miał przy sobie osób, które mu ten ciężar pomogą unieść. Miał natomiast wielu w swym otoczeniu, którzy odcinali chętnie kupony i realizowali czeki za swoje prowizje.


Co do osób, które tak naprawdę go wspierały i przy nim trwały jak się wydaje z miłości do niego, a przynajmniej sympatii na uwagę według mnie zasługuje przede wszystkim jedna postać, która mnie zaintrygowała i mam zamiar się jej uważniej przyjrzeć. Jest nią jego pierwszy poważny trener i przyszywany ojciec - Cus D'Amato. Wedle słów samego Tysona to on jest tak naprawdę ojcem jego sukcesów i on starał się go wychować, natomiast jego choroba i w rezultacie śmierć uniemożliwiły mu zrealizowanie tego planu w stu procentach. Szkoda, bo kto wie jak potoczyły by się losy kariery tego boksera gdyby miał przy sobie swego mentora. Myślę, że tylko on bowiem mógł zapanować nad jego demonami. Mimo, że sam obudził w nim bestię, to wydaje się że potrafił tą energię ukierunkować na właściwe tory. Nikomu później się to nie udawało i wraz z mijającym czasem coraz częściej ta energia była marnotrawiona na awantury poza ringiem co doprowadziło do przedwczesnego rozmienienia się na drobne oraz bankructwa.


Mógłbym wiele pisać i doszukiwać się wielu wytłumaczeń zachowania Tysona, porównywać jego taniec że śmiercią z historiami takich postaci jak choćby Amy Winehouse. Myślę, że mechanizmy dotarcia na szczyt i upadku z niego na skutek nieradzenia sobie z presją przez bądź co bądź młodych ludzi, którym nie pozwolono nigdy l dorosnąć są ogólnie znane. Mógłbym przytaczać fakty z jego życia,. mnożyć osiągnięcia na ringu, ale nie widzę sensu. Wydaje mi się ze Mike Tyson jest legendą i postacią na tyle znaną, że wiele osób poznała choćby garść tych faktów z Wikipedii. Ci którzy interesują się jego osobą bardziej powinni sięgnąć po tą autobiografię i dowiedzieć się szczegółów z pierwszej ręki, bo to naprawdę kawał dobrej i rasowej, męskiej historii, co nie znaczy że kobiety też nie znajdą tu czegoś dla siebie.