wtorek, 27 grudnia 2016

Nawałnica mieczy. Stal i śnieg - George R.R. Martin











Nie wyobrażam sobie, że mógłbym śledzić losy tej sagi w inny sposób niż w interpretacji Krzysztofa Banaszyka. Pewnie pojawią się zaraz głosy tradycjonalistów, którzy twierdzą że e-booki, a audiobooki to już w ogóle nigdy nie mogą równać się z papierową książką , ale ja pozwolę sobie się z tym nie zgodzić. Każdy ma swoje preferencje, bo każdy z nas jest inny, a o plusach poznawania literatury w taki właśnie sposób, korzystając z uroków serwowanych przez audiotekę już za chwilę. W każdym razie dopóki Krzysztof Banaszyk czyta kolejne tomy Pieśni Lodu i Ognia to będę cierpliwie czekał na kolejne nagrania.

Ciężko pisać opinię o kolejnym tomie sagi Martina, bo właściwie za każdym razem trzeba by opisywać całość,  a to się trochę mija z celem. W "Nawałnicy mieczy" tajemne, pierwotne zło z za muru daje o sobie znać coraz wyraźniej i choć ciągle do końca nie wiadomo z czym tak naprawdę mamy do czynienia, to groza rośnie z każdą kolejną stronnicą. Paradoksalnie zdolność do obrony mieszkańców Siedmiu Królestw wydaje się być coraz to mniejsza,  a to przede wszystkim z uwagi na drążące władców i pretendentów do tronu ciągłe konflikty, wojny i próby udowodnienia swojej dominacji. Do tego wszystkiego nie należy też zapominać o Denerys zrodzonej z burzy, która kontynuuje swój pochód na czele najemnego wojska i nawet chyba ona do końca nie zna swoich przyszłych kroków kiedy już zgłosi się po należną jej koronę. 

"Nawałnica mieczy" pokazuje, że Martin nie da nam się znudzić swoją historią i kiedy mogło by się wydawać że zdążyliśmy sobie wyrobić zdanie o bohaterach tej opowieści,  to on postanowił nam namieszać w głowach i w szczególności jeśli chodzi o negatywnych bohaterów będziemy mieli okazję zobaczyć ich w innej niż dotychczas odsłonie. Mam tu na myśli przede wszystkim przedstawicieli najbardziej bodajże znienawidzony ród Lannisterów,  którego dwóch przedstawicieli, czyli bracia Jaime i Tyrion pokażą nam się w trochę innej niż dotychczas odsłonie. Jakkolwiek jeśli chodzi o Tyriona,  to ten sympatyczny karzeł zdawał się już wcześniej prezentować oznaki swoistego poczucia honoru,  tak w przypadku Jaimego jego ludzkie odruchy wydają się być niemałym zaskoczeniem,  przynajmniej jeśli chodzi o mnie. Jak widać czasami warto uzbroić się w cierpliwość i dać sobie szansę na poznanie całej historii danego człowieka,  łącznie z jego korzeniami,  bo może się okazać że to co zdaje się być bezwzględną i zimną kalkulacją jest czasem efektem poczucia krzywdy i bezsilności. Jamie z ludzką twarzą zyskuje jako postać złożona,  a wraz  z nim zyskuje też cała powieść,  tym samym potwierdzając niesamowity i w żadnym wypadku nie przeciętny talent George R.R. Martina. 

Tak jak w poprzednich częściach możemy również podziwiać to w jaki sposób porusza się Martin w wykreowanym przez siebie świecie,  a to jak skacze on z jednego miejsca akcji w drugie,  z  jednej przestrzeni czasową w kolejną i jak przeskakuje pomiędzy poszczególnymi aktorami dramatu to nieoceniony pokaz  bystrości umysłu. Podczas gdy czytelnik czasem może się pogubić w tym wszystkim,  to autor  zdaje się nie tylko nie mieć z tym problemu, ale jednocześnie sprawia wrażenie jakby świetnie się bawił kreśląc kolejne intrygi,  spiski i inne rozgrywki na szczytach władzy. Ta wielka polityka i zabiegi stosowane przez uczestników tego dramatu zdają się jednocześnie fascynować jak i przerażać. Najgorsze jest to,  iż to uniwersum jest idealnym wręcz odzwierciedleniem obecnej sytuacji w realnym świecie,  gdzie politycy również nie biorą jeńców i posuwają się do najgorszych manipulacji i plugastw byle by tylko zwyciężyć w swoich partiach szachów. Tyle że pionkami są tu rzeczywiści ludzie z krwi i kości z prawem do suwerennego i godnego życia.  

Wiele osób zarzuca Martinowi zbytnią rozwlekłość i mnogość wątków i postaci,  ale kiedy brnie się coraz głębiej w tą salę,  to wtedy można zauważyć do czego potrzebne były autorowi tego typu zabiegi. Ukazuje się czytelnikowi jego wizja i coraz bardziej zaczyna mu ufać oraz doceniać kreatywność i płodność autora. "Nawałnica mieczy"  to według mnie najlepsza cześć sagi jak dotąd. Jeśli jest w tym rzeczywiście jakąś prawidłowość to już wyostrzam sobie apetyt na kolejną. Polecam i podpisuje się pod tą książką rękami i nogami. Naprawdę warto sięgnąć po sagę lodu i ognia - myślę że większość czytelników, którzy to zrobią  będzie usatysfakcjonowana, a conajmniej zaintrygowana opowieścią. Jednym słowem kawał fantastyki z górnej półki !