sobota, 26 listopada 2016

Małe kobietki - Louisa May Alcott






Mam taki problem z klasyką amerykańskiej literatury, że ilekroć próbuje dać jej szansę,  to trafiam na takie powieści,  że trudno mi jest wbić się w klimat. No nic nie poradzę,  że słabo mi podchodzą. Zastanawia mnie to, gdyż zwykle są to książki uchodzące za wielkie dzieła o uniwersalnym przesłaniu, a ja mam takie poczucie,  iż mało wnoszą w mój sposób postrzegania świata. Tak miałem choćby w przypadku "Wielkiego Gatsbiego" i to samo tyczy się właśnie "Małych Kobietek". 

Louisa May Alcott w swojej książce opisuje perypetie dorastających córek Pani March, która jest zmuszona cały ciężar wychowania wziąć na siebie gdyż małżonek aktualnie przebywa na wojnie secesyjnej z której, bardzo prawdopodobne może już nie wrócić. Sytuację komplikuje dodatkowo to, iż rodzina March znajduje się w trudnej sytuacji materialnej z uwagi na fakt nieodpowiedzialnych decyzji Pana domu. Ponadto każda z córek jest inna pod względem charakteru,  co sprawia iż wymagają indywidualnego traktowania i pomocy w rozwoju rozmaitych talentów,  bo trzeba przyznać,  że w tej kwestii mamy nie lada urodzaj. Aż szkoda by było zmarnować taki potencjał i dlatego Pani March dwoi się i troi, aby sprostać zadaniu i pozwolić swoim kwiatom rozkwitnac. Dokłada przy tym dużych starań na kształtowanie kręgosłupa moralnego swoich dziewczyn. Rozumiem sens, cel i zamysł z tym moralizowaniem, ale to jest właśnie aspekt tej książki,  który dość mocno mnie osobiście drażnił. Umartwianie się,  etos obowiązkowości i szacunku do pracy, przekładanie potrzeb innych osób nad własne potrzeby,  wszystko to w wydaniu Louisy May Alcott jest moim zdaniem często nachalne i zbyt oczywiste. Na usprawiedliwienie trzeba jednak przypomnieć,  że książka została napisana na zamówienie w określonym celu i została napisana w XIX wieku. 

Mocną stroną książki "Małe kobietki" jest natomiast sposób ukazania relacji pomiędzy siostrami i najważniejsze dylematy związane z dojrzewaniem i budowaniem własnej tożsamości w cieniu tęsknoty za ojcem,  który przecież szczególnie w procesie dojrzewania młodych dziewczyn jest obiektem bardzo istotnym. Brak tegoż autorytetu w domu wiąże się ze wspomnianą wcześniej krnąbrnością i dziewczęta bywają często trudne do ogarnięcia. Powoduje to masę całkiem zabawnych,  momentami wręcz kosmicznych sytuacji z udziałem panien March i ich młodego sąsiada,  który urzeczony rodzinną ciepłą atmosferą dołącza do ich grona podczas wspólnych zabaw i innych aktywności. Będziemy mieli okazję przypomnieć sobie o wartościach takich jak poświęcenie,  przyjaźń, miłość, uczciwość i najzwyczajniej w świecie - dobroć. Można się przy tej okazji nieraz wzruszyć i dokonać swoistej refleksji nad swoim życiem o postępowaniem. 

W tle tej historii dorastania dziewcząt pozostaje wojna secesyjna i związane z nią przemiany które mają nastąpić jeżeli chodzi o miejsce człowieka w świecie z perspektywy jego pochodzenia,  stanu majątkowego,  płci czy koloru skóry. Oprócz więc obserwowania ich pierwszych fascynacji, miłości,  dobrych i złych wyborów jak również tworzenia się pomysłów na życie,  podskórnie budzi się nadzieja na zmianę przestarzałych i sztucznych konwenansów przeciwko którym mniej lub bardziej dziewczyny się buntują. Prym w tej kwestii wiedzie Jo i ona najbardziej przypadła mi do gustu że wszystkich bohaterek jako reprezentantka kobiety dążącej do emancypacji, niezależności a przede wszystkim kobiety kontestującej ograniczającą ją rzeczywistość. 

Podsumowując,  książkę tą miałem w planach już od dawna,  bo uważam że są takie tytuły jeśli chodzi o literaturę światową które należy znać i "Małe kobietki" do tego grona należą. Zdecydowanie należy tę książkę potraktować przede wszystkim jako tytuł adresowany do kobiet i to bardziej dla młodzieży. W odróżnieniu od doskonałej moim zdaniem adaptacji filmowej z udziałem choćby Winony Ryder w roli Jo March. Ja nie do końca odnalazłem się tym razem w tej narracji Louisy May Alcott mimo że lubię tematykę kobiecą. Bliżej mi natomiast do odczuwania dylematów związanych z dorastaniem rodem z rewelacyjnego filmu "Mustang" czy choćby wspomnianej wcześniej adaptacji "Małych kobietek". Oba te filmy bardziej oddziaływały na moją wyobraźnię niż książka Louisy May Alcott. Nie mniej warto zaznaczyć, iż nie jest to książka zła i myślę że warto ją znać.