środa, 30 listopada 2016

Schodów się nie pali - Wojciech Tochman







...A ja, ja się śmieję.
Ja znam bory, knieje.
Ja znam ostatnie ziemskie łąki
Nad kwiatami tam brzęczą złote bąki
W rzece nie zatrutej baraszkują Pstrągi,
Zwierzęta mówią po Polsku.
Listowie nie szumi o wojsku.
Symbole się włóczą samopas.
Promienie słońca siadają na oczach
I nikt już nie pognębi mnie.

Co robię tu,
W tym cudzym śnie?
Co robię więc?
Znalazłem się!

Gdzie pójdę stąd?
Nie Wiecie, nie?
Gdzie pójdę więc?
                                                            A czy ja wiem! - Edward Stachura "
Piosenka szalonego jakiegoś przybłędy"



"Schodów się nie pali" to debiut Wojciecha Tochmana, jednego z moich ulubieńców jeżeli chodzi o literaturę faktu. Książka kultowa jeśli chodzi o fanów gatunku. Kiedy tylko dowiedziałem się o jej wznowieniu, to wiedziałem że na pewno ją przeczytam. Rożnie pisze się o zawartych tu tekstach, ale dla mnie najbliższym jest to co napisano o " Schodów się nie pali" w Tygodniku Powszechnym, a mianowicie ( czytamy w opisie na stronie wydawnictwa ), że tematem przewodnim tych reportaży jest miłość. Nie jest to jednak miłość cukierkowa, banalna często, taka rodem z tandetnych filmów, ale miłość skomplikowana, trudna do zrozumienia, wyrażenia, czasami pogmatwana, niekompetentna, niespełniona i także ta która sprawia ból i rozczarowanie. Zainteresowani? No ja myślę, bo naprawdę są ku temu powody :)


Gdybym miał wyróżnić którykolwiek z reportaży to nie umiałbym chyba tego dokonać, bo "Schodów się nie pali", choć na pozór może się wydawać zbiorem tekstów bardzo różnorodnych, to paradoksalnie wszystkie one stanowią jakby jeden nierozerwalny poemat na temat trudnej relacji opartej na miłości bądź właśnie jej niedoboru, braku. Wzruszenie to uczucie, które w przypadku mojej osoby najczęściej pojawiało się podczas lektury tych historii. Różne jednak było jego zabarwienie przy każdym z tych tekstów. Przybierało mianowicie barwę smutku, kiedy czytałem o dzieciakach uciekających z sierocińca, bo chcą być razem, bo nie rozumieją czemu ich zabrano z domu. Czasem wbrew okolicznościom i logice, bo przecież w miłości nie ma logiki. Jest tu zresztą kilka reportaży o spotkaniach, o dążeniu do połączenia się rodzin, które doszły do skutku po latach, bądź tych które niestety nigdy nie nastąpiły. Znajdziemy również współczucie  w odcieniu tęsknoty, kiedy będziemy świadkami wspomnień matki Wandy Rutkiewicz, czy też żalu i poczucia krzywdy u bliskich zamordowanego bezsensownie Grzegorza Przemyka. Współczucie zabarwione nostalgią i sentymentem pojawi się choćby w przypadku wspomnień o ekipie związanej z Piwnicą pod Baranami i wybijającą się na czoło sympatyczną gospodynią Piotra Skrzyneckiego, której kuchnia gościła takie nazwiska, że tym razem wzruszenie przybiera nawet barwę zachwytu i niedowierzania. Współczucie dla niespełnionej miłości dziewczyny do wiecznie gdzieś uciekającego Stachury. I tak dalej... i tak dalej... Całe połacie wzruszenia...


Tak to już jest w przypadku reportaży Wojciecha Tochmana, że nie pisze on literatury opartej na suchych faktach, ale coś na kształt opowiadań, które okraszone są i to fest emocjami. Z tego też względu historie przez niego opisywane powodują u czytelnika emocjonalną bliskość i poczucie związania z bohaterami tych reportaży. Cechuje go również wielki szacunek do ludzi, którym poświęca swe teksty, co szczególnie istotne jest i pewnie trudne, aby być na tyle delikatnym by nie naruszyć intymności choćby bohaterek reportaży o handlu kobietami ze Wschodu do niemieckich burdeli. Zawsze z klasą, taktem i wyczuciem, a przy tym ciekawie i mocno dając ku refleksji - taki jest Wojciech Tochman i w tej książce to potwierdza. Lubię taki styl i nie dziwi mnie, że panowie z tego co mi wiadomo przyjaźnią się z innym moim ulubieńcem, a mianowicie z Mariuszem Szczygłem, bo mają obaj piękne osobowości i dlatego się nimi cyklicznie zaczytuje. Gorąco polecam wszystkim "Schodów się nie pali". To kawał prawdziwego reportażu z życia toczącego się tuż za naszym progiem, a o którym to wymiarze życia często zapominamy, pomijamy go w codziennym pośpiechu. Dlatego pewnie właśnie Wojciech Tochman wziął sobie za cel by skutecznie nam o nim przypominać :)