niedziela, 8 maja 2016

Wschód - Andrzej Stasiuk











"Czy ktoś będzie przystawał w tym miejscu, by oglądać minione? Za sto, za dwieście lat. I czy przeszłość będzie wtedy jeszcze w ogóle istniała? Czy ktoś jej będzie potrzebował, by cokolwiek zrozumieć z własnego życia? Bardzo możliwe, że będzie istniała tylko przyszłość. Wcale bym się nie zdziwił. Będziemy tęsknić tylko do przyszłego. Do tego, co tam sobie wymarzymy. Tęsknota przeszłością zostanie wykorzeniona. Zwyczajnie. Zmienią się mózgi. Będziemy myśleć tylko o tym, co sobie kupimy. Jaką sobie jeszcze zrobimy przyjemność. Nie będzie żadnych duchów, wspomnień, pamięci i każdego dnia trzeba będzie zaczynać od nowa."



Za każdym razem kiedy sięgam po twórczość Andrzeja Stasiuka z góry wiem co się stanie. Jestem w stanie niemal dokładnie przewidzieć na coś się piszę zasiadając do tej lektury i wbrew pozorom ta przewidywalność nie jest w żadem sposób nużąca, a już napewno mnie nie nudzi. Z biegiem lat i upływającego czasu potrzebny jest mi tego rodzaju pewnik, schemat, a w tym przypadku okazja do odkopania ze swojej pamięci tego co zapomniane. Tym właśnie jest proza Andrzeja Stasiuka - ciągłym upominaniem się o pamięć, o chwilę refleksji, o dokopanie się do ducha w tym całym materialnym pędzie nastawionym na szybką gratyfikację i niemyślenie.


"Wschód" jest powrotem autora do czasów dzieciństwa, do momentów kiedy otaczający świat był ciągła tajemnicą czekającą na odkrycie. Jest to podróż wgłąb siebie, zmierzająca do tego aby dotrzeć to co wtedy było tak wyraźne i obecne, a z biegiem czasu gdzieś się gubi i umyka. Podróż o tyle paradoksalna, że im bardziej autor ucieka w świat i szuka jego symbolicznego krańca tym bardziej zdaje się wracać do zarania. Im dalej jest od domu rodzinnego tym mocniej za nim tęskni, po to żeby zaraz po powrocie znów z niecierpliwością czekać na to by się z niego wyrwać. Ciekawy jest u Stasiuka cel jego podróży, bo nie interesują go wielkie metropolie, miejsca gdzie przestrzeń jest zapełniona po brzegi i wszystko wręcz samo pcha się w pole widzenia. On sam określa siebie jako luzera i szuka wielkich przestrzeni, intrygują go te zakątki gdzie ziemia nie dała się podbić człowiekowi i jego zdobyczom cywilizacyjnym. Rejony przez niego odwiedzane są momentami wręcz przerażające, a wszechogarniająca przestrzeń przypomina nam gdzie jest nasze miejsce i skutecznie temperuje nasze mocarstwowe aspiracje do zagospodarowania, zawłaszczenia wszystkiego co odkryjemy.








Andrzej Stasiuk rozpoczyna swoją wędrówkę na wschodnich krańcach Polski, a potem wyrusza dalej na tereny Rosji, Chin, Mongolii. Przypomina historie opowiadane przez babkę w zaciszu domowego ogniska, aby zaraz potem uraczyć nas opowieściami o Czyngis Chanie. W jednym momencie skupia naszą uwagę na piętnie komunizmu czy też wojny na terenach wschodniej - i nie tylko - Polski, aby zaraz potem uciec do momentu dorastania i inicjacji alkoholowej. Ten pozorny chaos i gonitwa myśli mogą przeszkadzać czytelnikowi, bądź też go czarować i zachwycać - ja osobiście należę do tej drugiej grupy. Odpowiada mi bardzo taki sposób postrzegania świata, nie nastawiony na jego warstwę materialną, zabytki, wielkie wydarzenia, ale na wspomnienia małych chwil, prostych ludzi i ich miejsca w świecie. Stasiuk często stawia pytania o cel, o sens o najlepszy sposób wykorzystania czasu. Uczy szacunku do przeszłości i przeciwstawia wagę bieżącej chwili wciąż pogłębiającej się tendencji do uciekania w przyszłość. Nie pozwala uciec przed takimi tematami jak śmierć czy przemijanie, nie pozwala pozbyć się poczucia winy za grzechy przodków, a cała jego tendencja do melancholii, ten jego sentymentalizm nie przysparza mu popularności. Obecnie bowiem duża część społeczeństwa ucieka od refleksyjności, broni się przed trudnymi rzeczami, o czym świadczy choćby odpustowe, instrumentalne podejście do religii czy cały ten konsumpcyjny syf wszechobecny na każdym kroku. We mnie natomiast ma wiernego fana właśnie za to wszystko. Nikt inny nie dał mi tyle do myślenia jak on kiedy każe mierzyć się ze śmiercią opisując dla niektórych barbarzyńskie obyczaje niektórych ludów, które nie grzebią zmarłych ale zostawiają ciała zwierzynie jako pożywienie. Dla mnie to nie jest barbarzyństwo, bo jest nim wręcz przeciwnie uciekanie przed śmiercią w złocone trumny i zakopywanie strachów w ziemi, odgradzanie się od tych lęków zamykanymi na kłódkę cmentarzami. Barbarzyństwem jest kult bożków odpustowych i trwanie w stereotypach. To co pokazuje Stasiuk to jest czysta, pierwotna duchowość i jest mi ona bardzo bliska.







Ważne jest jak czytamy Stasiuka. Jeśli chcemy naprawdę dostrzec cały ten sens i poczuć klimat to polecam - moim zwyczajem - zabrać książkę ze sobą i poczytać w spokoju, w odludnym miejscu, najlepiej w takiej właśnie wolnej przestrzeni, z dala od miast, bloków, ludzi. Wtedy jego słowa docierają jakoś tak bardziej. Próbowałem go czytać w domu, w autobusie, w pracy, ale cały ten pędzący obok potok ludzi i ich spraw bardzo w tym przeszkadza, a przynajmniej ja mam takie odczucia. Bądź co bądź nie jest to literatura do czytania i jednoczesnego zerkania na telewizor czy zajadania kebaba.