czwartek, 18 sierpnia 2016

Eli, Eli - Wojciech Tochman




Echa reportaży autorstwa Wojciecha Tochmana były przeze mnie słyszalne już od dłuższego czasu, a jednak tak jakoś się składało że długo nie udało mi się przeczytać żadnej jego książki. Tak dużo dobrych książek, tak mało czasu na czytanie. Kiedy natomiast natrafiłem na rozmowę z Wojciech Tochmanem w książce "Punkty zapalne" Jerzego Borowczyka i Michała Larka,  to tak mnie do siebie ten człowiek przekonał,  że nie mogłem już dać mu czekać. Niezawodne "Legimi bez limitu"  ma w swojej ofercie "Eli,  Eli"- piękną, wzruszającą i smutną jednocześnie książkę o Filipinach. To właśnie ona jako pierwsza została moim czytelniczym łupem.


" Eli,  Eli " powstała ze współpracy Wojciecha Tochmana z fotografem Grzegorzem Wełnickim i jest skonstruowana w ten sposób,  że każdy kolejny rozdział to historia jednej fotografii i osoby na niej obecnej. Efekt jest o tyle bardziej interesujący,  bo obrazy które widzimy nie zawsze okazują się być tym, czym były przy pierwszym wrażeniu. Zarówno zdjęcia jak i teksty Tochmana odbijają się bardzo głęboko na duszy osób wrażliwych. Historie,  nad którymi przyjdzie nam się tutaj pochylić opowiadają o zwykłych ludziach,  którzy  mogliby przeżywać dylematy podobne do tych które stają się również i naszym udziałem. Ludziach,  którzy tak jak my mieliby cele,  aspiracje,  marzenia,  plany,  ale jest jedna istotna różnica pomiędzy nimi a nami - my nie mieszkamy na wysypisku śmieci,  nam los nie przydzielił miejscówki w slamsach Manili. Kiedy poznamy życiorysy tych ludzi,  a właściwie ich skrawki to będziemy mogli popatrzeć na nasze życie z całkiem innej perspektywy. Mieszkańcy dzielnic nędzy,  cmentarzy, wysypisk śmieci,  ulic,  nie mają dużego wyboru,  a ich jedyna perspektywa tak naprawdę wiąże się z przetrwaniem. Nawet jeśli uda się im jakimś cudem tego dokonać,  to często jest to okupione tak wielkim poświęceniem,dehumanizacją, wyrzeczeniami,  że trudno się tym cieszyć. Tym bardziej trudno, że przetrwanie to zwykle chwilowe zwycięstwo,  trwające kilka co najwyżej dni,  a potem wszystko zaczyna się od początku. Ludzie cierpią tutaj nędzę,  chorobę,  są wykorzystywani i nadużywani fizycznie,  psychicznie,  duchowe,  są  wyrzuceni poza nawias społeczeństwa,  eksploatowani do granic możliwości,  a  potem wypluwani. Przez kogo?  Przez patologiczny,  bezduszny,  system,  kościół, rząd, wielkie koncerny i pozostałą - wybraną - mniejszą - bogatą część filipińskiego społeczeństwa. Smutek,  złość,  niedowierzanie,  bunt - te właśnie uczucia towarzyszą nam w trakcie czytania "Eli, Eli"  i mimo,  że są one trudnymi uczuciami i nikt z nas nie lubi ich przeżywać,  to przynajmniej tyle jesteśmy tym ludziom winni.


Bardzo sobie cenię tych autorów reportaży,  którzy nie wstydzą się swoich emocji i w ich opisach można odnaleźć duże pokłady empatii oraz autentycznej troski o ludzi których historie opisują. Wprawdzie na koniec tej książki autor droczy się trochę z czytelnikiem opisując jak to na tych historiach wszyscy chcą zarobić,  ale akurat Wojciecha Tochmana o to bym nie posądził nigdy, gdyż z każdego zdania jakie pada w "Eli,  Eli"  czuć troskę o drugiego człowieka,  który znalazł się w potrzebie. Podobnie jak można to zauważyć u Jacka Hugo - Badera, to co znajdziemy u Andrzeja Stasiuka, tak też Tochman w swej sztuce reporterskiej ceni sobie bezpośredni kontakt,  a wręcz można rzec udział w życiu bohaterów opisywanych przez siebie. Wchodzi w społeczność o której tworzy reportaże, a nawet decyduje się na aktywną pomoc tym ludziom. Wystarczy choćby prześledzić jego dotychczasową karierę zawodową, by zauważyć iż rys społecznika jest bardzo mocno obecny w postaci tego człowieka. Mocno trafia do mnie jego wrażliwość, blisko mi do języka jakim opisuje oglądaną rzeczywistość, zdecydowanie staram się kierować w swoim życiu podobnym systemem wartości co on. Z tych też względów nie będę pisał więcej na temat treści tu zawartych,  bo gwarantuję, że warto poświęcić tych kilka godzin i samemu poznać losy tych kilku osób tu opisanych. Ze swojej strony obiecuję,  iż będzie to lektura niezapomniana.


Na zakończenie napiszę tylko, że z pewnością nie jest to ostatnia książka Wojciecha Tochmana,  którą przeczytałem,  ale w związku z tym że są to reportaże które dają mocno po twarzy to będę to robił z przerwami i dam sobie trochę czasu do następnego spotkania. Trzeba mieć bowiem siły na taką literaturę,  bo tak jak autor pisze z pełnym zaangażowaniem i pasją tak lektura jego książek wymaga od czytelnika tego samego.