wtorek, 30 sierpnia 2016

Morderca bez twarzy - Henning Mankell







Na fali zachwytu książką Magdaleny Knedler - "Nic oprócz strachu", gdzie duch komisarza Wallandera unosi się bardzo wyraźnie postanowiłem również zakosztować słynnej serii z którą wcześniej nie miałem kontaktu. Moje pierwsze spotkanie z tym bohaterem nie rzuciło mnie na kolana i nie wywróciło mego świata do góry nogami, aczkolwiek muszę się przyznać, że wcale tego nie oczekiwałem. Mam problem z Kurtem Wallanderem i trudno mi się będzie prawdopodobnie przekonać do tego policjanta. Może to kwestia tego, iż jestem przyzwyczajony do bardziej charakternych postaci w rodzaju Harry'ego Hole, Fabiana Riska, czy choćby Roberta Huntera, a trzeba przyznać że to zdecydowanie inny klimat. W każdym razie, mimo iż "Morderca bez twarzy" nie przekonał mnie, to dam jeszcze szansę Mankellowi i pewnie za jakiś czas przeczytam "Psy z Rygi". Wtedy będę wiedział czy "Kurt Wallander" jest dla mnie czy też nie :)

Zdecydowanie nie można odmówić Henningowi Mankellowi tego, że posiada swój własny styl, a jego niewątpliwie mocnymi stronami jest duży nacisk jaki kładzie w swoich powieściach na warstwę społeczną i dzięki temu pewnie ma tylu fanów i entuzjastów jego twórczości. Dzięki temu, iż kontekst społeczny jest wyraźnie zarysowany to taki "Morderca bez twarzy" nie może być zaklasyfikowany jako zwykły kryminał. Bardziej można odnieść wrażenie, iż mamy do czynienia z powieścią obyczajową w której wątek kryminalny stanowi tylko pretekst dla pokazania z jakimi przemianami mamy do czynienia w Szwecji i jakie nastroje towarzyszą temu społeczeństwu w najistotniejszych kwestiach. Jeśli chodzi o historię, która stanowi kanwę " Mordercy bez twarzy" to Mankell wykorzystał ją do ukazania kwestii imigrantów w Szwecji i tego jakie emocje wzbudzają oni u mieszkańców tego kraju. Warto zaznaczyć, iż obraz tego kraju i jego obywateli, który ja osobiście miałem w wyobraźni jest zgoła inny niż ten ukazany przez Mankella. Zawsze mi się Szwecja kojarzyła ze społeczeństwem otwartym i tolerancyjnym, gdzie znajduje się miejsce dla różnych światopoglądów, które mogą ze sobą koegzystować w atmosferze przyjaźni i wzajemnego poszanowania granic. Jak się okazuje - nie do końca z taką rzeczywistością mamy do czynienia w tym kraju i właśnie zapoznanie się z tą kwestią było dla mnie największą korzyścią z lektury książki Henninga Mankella. Poza tym wyczuwa się tu atmosferę tego kraju, jego specyficzny klimat, zwyczaje jak również styl życia. Nie będę się tutaj rozpisywał mocniej na ten temat, ale gwarantuje że z tych względów nie zaszkodzi sięgnąć po tą książkę.


Wracając do tego co mnie nie przekonuje do "Mordercy bez twarzy", to znaczy do osoby głównego bohatera muszę stwierdzić, iż nie bardzo dociera do mnie sposób jego wykreowania przez Mankella. Kurt Wallander jest dla mnie jakiś taki niespójny. Z jednej strony aspiruje do inteligentnego, przebojowego śledczego, który momentami zachowuje się niczym James Bond ( no dobra trochę przesadziłem ) , a chwilę później jest facetem w kryzysie wieku średniego, niezdecydowanym, płaczliwym, użalającym się nad sobą. W jednym momencie wzbudza naszą sympatię, kiedy dąży do zagwarantowania bezpieczeństwa i sprawiedliwości pokrzywdzonym i słabszym, żeby zaraz potem samemu stwarzać zagrożenie dla innych, kiedy "prowadzi na gazie". Nie chodzi o to, że mam zamiar oceniać tylko lubię jak główny bohater, zwłaszcza w kryminałach jest "jakiś". Ten brak spójności i wyrazistości osobiście mi przeszkadza. Jeśli Kurt Wallander ma być alkoholikiem,  to niech nim będzie na całego,  jeśli ma być nawet nieudacznikiem to niech nie aspiruje do roli "super hero". No ale to takie moje subiektywne odczucia,  a poza tym może Mankellowi wypada dać więcej czasu. Może obraz Kurta Wallandera wyklaruje się w następnych częściach. No a jeśli taki właśnie ma pomysł na tego bohatera,  to widać na takich detektywów w kryminałach też jest zapotrzebowanie zważywszy na liczbę entuzjastów tej serii i jej autora. Czas pokaże czy i ja się do niego przekonam. 

Cieszę się,  że w końcu trafiłem na książkę która nie wzbudza mojego entuzjazmu,  bo już się bałem że coś jest ze mną nie tak i wszystko mi się podoba :) Mam nadzieję,  że fani Wallandera nie będą mi mieli tej opinii za złe,  ale mimo że tak jak na początku wspomniałem,  w powieści  Magdaleny Knedler ponoć unosi się  duch Wallandera to zdecydowanie mi bliżej do klimatu książki naszej polskiej autorki niż samego Mankella.