poniedziałek, 12 września 2016

Vernon Subutex vol. 2 - Virginie Despentes





Na początek chcę uprzedzić, że mocno się rozwlekłem w tej opinii i w dużej części to co tu znajdziecie nie jest opinią o książce, ale wariacją na jej temat i wszystkim co we mnie uruchomiła poraz kolejny Virginie Despentes. Jeśli kogoś interesuje sama opinia - skrócona - to zapraszam na portal lubimyczytac, a jeśli ktoś jest zainteresowany moim ględzeniem to zapraszam do dalszej lektury tutaj. Uprzedzam, że może być momentami chaotycznie i pewnie pojawią się błędy, ale postanowiłem nic nie pooprawiać, bo...tak :)   Chciałem po prostu lojalnie uprzedzić :)

Pamiętam, że kiedy czytałem "Vernon Subutex" Virginie Despentes to nawet nie miałem świadomości, że to pierwszy tom. "Vol 1" z okładki potraktowałem raczej jako integralną część tytułu i zabieg artystyczny, którego zastosowanie prawdę mówiąc nie było dla mnie jasne. Kiedy już dowiedziałem się,  że powieść będzie miała kontynuację, to nie ukrywam że walczyły we mnie skrajne odczucia. Z jednej strony ciągle nie miałem dość Virginie Despentes, której przesłanie zawarte w tej książce,  moja prawda tu odkryta wbiła się w moją czaszkę niczym młot pneumatyczny,  a z drugiej strony obawiałem się tego,  że kontynuowanie tej historii będzie trochę na siłę i tym samym nie zrobi dobrze wspomnianej prawdzie. Moje obawy okazały się niepotrzebne, a po drugi tom warto sięgnąć,  bo okazuje się że Virginie Despentes wie co zrobić z tą historią dalej i osobiście nie mam wrażenia żeby cokolwiek było tu naciągane. 

Ma się wrażenie,  że tym razem autorka posługuje się mniej wulgarnym językiem i jest mniej bezpośrednia niż miało to miejsce w przypadku "vol. 1". Bohaterowie natomiast w dalszym ciągu zachowali suwerenność i każdy głosi nadal swój odrębny przekaz,  przy czym zmieniający się kontekst i okoliczności zmuszają do zmiany środków wyrazu. Vernon Subutex po dramatycznych wydarzeniach z części pierwszej ląduje na ulicy w dosłownym tego słowa znaczeniu. Kończy swoją odyseję bez dachu nad głową i choć z początku można by sądzić,  że nie ma wyjścia to z czasem okazuje się to jego suwerennym wyborem. Mimo,  że jego przyjaciele,  znajomi,  a także wyznawcy ( o tym za chwilę ) oferują pomoc i dach nad głową,  to on nie wyobraża już sobie mieszkania w czterech ścianach i wybiera niczym nieskrępowaną wolność. Mimo,  że początkowo nikt nie rozumie jego zachowania,  a ogromna część jego znajomych posądza go o utratę zmysłów,  to z czasem zaczynają akceptować ten stan rzeczy i przynoszą się na ulicę,  z tym że oni nie porzucają swych mieszkań. On jest bezkompromisowym wyrazicielem tego,  czego oni sami sobie jeszcze nie uświadamiają,  a co przyciąga ich do niego. Z czasem staje się też swoistym katalizatorem ich lęków,  dylematów,  a przede wszystkim jednak pragnień. Nie jestem w stanie wytłumaczyć samego procesu i tu pozostaje zdać się na Despentes,  której się to udaje znakomicie,  ale koniec końców tytułowy bohater staje się kimś kto łączy ich w grupę i staje się jej nieformalnym przywódcą. Do końca niewiadomo kim Vernon tak naprawdę jest. Czy guru,  czy prorokiem,  czy kimś na kształt Jezusa, a może jest pp prostu zwykłym hochsztaplerem. Prawda jest jednak taka,  że ludzie liną do niego, grupa się rozrasta i tworzy coś na kształt sekty,  komuny,  nowej religii. 

Zwolenników Vernona łączy paradoksalnie to, że każdy jest inny,  odrębny, posiada skrajnie różny światopogląd i system wartości. On zaś uwalnia w nich pokłady tolerancji, pojednania i umożliwia współistnienie czarnych z białymi, burżujów z biedotą, skrajnej prawicy z lewakami i anarchistami, heteryków z gejami. Jak tego dokonuje?  Otóż odwraca on to czego w ciągu lat dokonał system,  a mianowicie frustrację która wynikała z rozczarowania rządzącymi ukierunkowuje on właśnie przeciw systemowi,  podczas gdy władza używała jej do dzielenia grup u osłabiania oporu społeczeństwa. Vernon pokazuje im,  że podział jest sztuczny,  bo można że sobą żyć,  a nawet w pewnym sensie współdziałać pod warunkiem wyjścia z roli. Jeśli zapomnisz czego się od Ciebie oczekuje to odzyskasz wolność i sam zdecydujesz czego chcesz i czy w ogóle masz ochotę do czegoś dążyć. Można bowiem że sobą po prostu być i nie zastanawiać się do czego to prowadzi. 

Kluczową sceną w tej książce jest dla mnie moment kiedy wysiada prąd i w ciemności ludzie tak naprawdę zaczynają czuć się bezpiecznie i czuć wspólnotę,  ale nie taką w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Dzieje się tak dlatego,  że przestają być obserwowani przez innych,  także samo przestają obserwować innych. Tym samym wyzbywają się presji i przestają wywierać presję. Ktoś powie,  że to banał, ale w takim razie zapytam się dlaczego tak trudno taki banał wprowadzić w życie?  Ktoś znów powie - utopia?  Ale czy napewno? A może z takim myśleniem łatwiej usprawiedliwić konformizm,  wyrzeczenie się idealizmu. I kolejny raz pojawi się ktoś,  kto krzyknie "gówniarstwo! ",  "dziecinada!" - a ja na to odpowiem, że odwaga! Trzeba bowiem cholernej odwagi i wiary żeby zaufać w sobie i zakwestionować kłamstwo i niewolę którą karmią nas od momentu kiedy przestajemy być dziećmi. 

Powieść Virginie Despentes to dla mnie głos sporej części pokolenia rozczarowanego postępującym od lat rozwarstwieniem społeczeństwa. Ludzi,  którzy zostali pominięci w trakcie transformacji, wyeksploatowani i wyrzuceni bez sentymentu poza nawias. Są oni doprowadzeni do granic możliwości i narazie frustrację kierują wobec siebie nawzajem z braku przywództwa ( są zresztą umiejętnie manipulowani w tym celu przez władzę). Kotłują się,  gotują,  są jak beczka prochu czekająca na kogoś kto podpali lont. Vernon Subutex potrafi ich zebrać,  ale jak narazie sam nie ma pomysłu co do celu tej społeczności. Narazie po prostu spędzają razem czas i przestają się zwalczać nawzajem. Tańczą, dyskutują,  wymieniają poglądy,  a wewnątrz rodzą się głosy zmierzające do przewrotu,  zarówno te mówiące o rewolucji pokojowej jak i te które wprost mówią o konieczności użycia przemocy. W którą stronę to pójdzie? Jak się to potoczy?  Sam jestem ciekaw gdzie zaprowadzi nas Virginie Despentes. Pisarka ta mocno do mnie trafia,  co pewnie widać przez pseudointelektualne refleksje które tutaj sobie wypacam. Jej powieść kojarzy mi się w swym tonie z "Radiem Armageddon" Jakuba Żulczyka,  jest w niej dużo gniewu z "Głodu" Caparrosa. Jest klimatyczna,  mocno anarchistyczna, punkrockowa,  autentyczna. Jest ważna! Taka przynajmniej jest dla mnie. 

Na koniec taka refleksja bardzo osobista na temat roli Vernona i moich własnych sentymentów i skojarzeń związanych z jego siłą przyciągania i charyzmą. Miałem cały czas, już przy pierwszym tomie, nieodparte wrażenie,  że kogoś takiego już znałem,  spotkałem na swojej drodze i nie była to postać fikcyjna lecz taki bohater z krwi i kości, niestety już nieżyjący.  Dobrze wiedziałem kogo. Kiedyś o nim coś więcej napiszę, ale mimo wahań, postanowiłem choć trochę wspomnieć o tym przy okazji tej książki, bo to musi być ważne skoro cały czas mi gdzieś wracały refleksje na jego temat. W tych momentach kiedy Virginie Despentes opisuje kim był dla wszystkich tych ludzi w momencie kształtowania się ich tożsamości, czyli w młodości ten właściciel sklepu z płytami muzycznymi, to przypomina mi się taki mój "Vernon" - ktoś bardzo podobny i ważny w moim życiu i życiu części moich rówieśników. Też mieliśmy takiego faceta,  który prowadził sklep muzyczny i też funkcjonował on jakby poza tym co działo się wokół. On, tytułowy niczym bohater powieści Despentes zdawał się po prostu siadać na krześle,  puszczać muzykę,  a człowiek wchodził do tego sklepu,  słuchał,  kupował płytę,  sięgał dalej.. Interesował się przekazem zawartym w tej muzyce, tekstem, stylem, znaczeniem, kontekstem kulturowym.  Spotykał rozmaite inne osoby,  które też do tego sklepu przychodziły,  poznawał je, coś go z nimi łączyło,  miał poczucie wspólnoty. Takiej właśnie wspólnoty jak w tej książce Despentes. Ten facet miał na imię Darek i tak jak Vernon nic specjalnego nie robił, oprócz tego że był i puszczał te swoje płyty,  a swoim nienarzucającym się w żaden sposób stylem bycia stwarzał przestrzeń do kształtowania się swego rodzaju społeczności. Złożona ona była,  a może jest nadal z ludzi bardzo różnych, ale mimo wszystko,  mimo tych różnic, ludzi których łączyła pewna wspólna estetyka i wizja świata i choć formalnie tej grupy nie ma, to czasem mam wrażenie, że gdzieś tam mentalnie ciągle ta więź istnieje.