niedziela, 9 października 2016

Wielki przypływ - Jarosław Mikołajewski





Dziś jest niedziela, czas dla większości z nas wolny, spędzany wszakże na rożny sposób, ale zważywszy na to iż mamy więcej przestrzeni i okazji w takim dniu na refleksję to zachęcam do przeznaczenia myślę jakiś 100 minut średnio na zapoznanie się z bohaterami tego reportażu Jarosława Mikołajewskiego. Jeśli nie macie aż tyle czasu, to może poświęcicie 10 minut na film podlinkowany na końcu tekstu, a może chociaż 5 minut na to co w skrócie tu przedstawię. Ostatnia opcja jest o tyle niewystarczająca, iż nie czuję się chyba na siłach oddać tego co znajdziecie w tym krótkim, niespełna stustronnicowym reportażu.

Mam jakiś opór mówiąc o "Wielkim przypływie" w kategoriach reportażu, bo jest to coś jednak bardziej z gatunku ballady. Jest tu sporo rożnych elementów, które momentami stwarzają wrażenie obcowania z poezją, jakąś opowieścią snutą przez kogoś kto patrzy na to wszystko z góry i próbuje wzbudzić jakąś konkretną reakcję, odzew, działanie. "Wielki przypływ" to historia poświęcona włoskiej wyspie Lampedusa, niespełna dwadzieścia kilometrów powierzchni który dla wielu stanowi pomost pomiędzy Europą i Afryką. To właśnie w to miejsce docierają od dłuższego czasu uchodźcy z Afryki. Lampedusa, która przez całe wieki kojarzyła się głównie z żółwiami, królikami i urokliwymi terenami chętnie odwiedzanymi przez turystów z całego świata, od pewnego czasu jest na ustach Europy z uwagi na fakt właśnie uchodźców. Przewinęło się przez nią według szacunkowych danych około ośmiuset tysięcy ludzi uciekających przed wojną, ubóstwem, czy też innym rodzajem niedoli. Są to ludzie pragnący lepszego życia, co przez jednych z nas jest rozumiane, a jeszcze inni zdają się z tym mieć duży problem. 

Dziwi mnie osobiście strach i opór rządzących blisko czterdziestomilionowym narodem przed kilkudziesięcioma tysiącami ludzi pokrzywdzonych bądź co bądź fizycznie, psychicznie i ekonomicznie, bo wydaje się to być kropla w morzu. Tym bardziej po przeczytaniu tej książki Mikołajewskiego wstyd mi za dużą część mieszkańców naszego kraju, kiedy widzę heroizm, empatię i chęć niesienia pomocy tym ośmiuset tysiącom podczas gdy cała populacja ich wyspy wynosi sześc tysięcy czterystu Lampedusańczyków. Tym większą czuję złość na bierność Europy, im bardziej wzruszam się nad postawą choćby doktora Pietro Bartolo - jednego z bohaterów "Wielkiego przypływu", który od 25 lat stoi wiernie i dzielnie na posterunku i pomaga przybyszom z za morza. Tym bardziej zastanawiam się nad intencjami wpływowych tego świata,  że nie stworzą pomostu humanitarnego dla uchodźców,  ale wolą akceptować istnienie organizacji przestępczych, które czerpią krociowe zyski z przemytu ludzi,  bazując na krzywdzie ludzkiej i dopuszczając się gwałtów,  morderstw i innego bestialstwa. Budowanie murów, zasieków,  odruchowe przewijanie postów na internetowym wallu,  przełączanie migawek w wiadomościach, przechodzenie do porządku dziennego nad informacjami o setkach ludzi,  którzy umierają w drodze do Europy... to postawy na które nie ma mojej zgody i dlatego nagłaśniam tą książkę,  która pokazuje,  że można jak doktor Bartolo inaczej. 

W "Wielkim przypływie" znajdziemy też innych bohaterów,  takich jak lekarka zajmująca się żółwiami. Ona w odróżnieniu od księdza,  który postuluje karmienie tylko i wyłącznie ludzi, upomina się o prawo dla pożywienia a tym samym życia dla wszystkich żyjących istot. Poznamy też bojownika o pamięć i kulturalny rozwój wyspy,  który zbiera przedmioty po przybyszach z Afryki i tworzy swego rodzaju pomnik pamięci,  aby poruszyć sumienia. Spotkamy również historyka,  który pokazuje jeszcze jeden absurd,  dotyczący między innymi braku logiki w podstawach niektórych Polaków. Otóż pojawiły się swego rodzaju głosy,  że napływ cudzoziemców i reprezentantów innych kultur spowoduje zagrożenie i zanik  tradycji i kultury ludności miejscowej. Jak pokazuje historyk ludność miejscowa sama tego gwałtu na tradycji,  historii i kulturze dokonuje poprzez rozmaite wynalazki i cuda techniki kosztem wierności choćby miejscowej architekturze i zwyczajom. Coraz częściej ludzie na włoskiej wyspie wstydzą się,  że kiedyś chodzili boso i wywodzą się z prostego ludu. Chowają się za swoimi IPhonami. Czyżby u nas nie działo się to samo. 

Na tym koniec tych refleksji. Żałuję,  że znów pozwoliłem sobie na złość,  bo tak naprawdę chciałem pokazać,  że "Wielki przypływ"  to jednak przede wszystkim hołd dla empatii i solidarności ludzkiej. Książka może i niewielka objętościowo, ale kolejna pozycja Wydawnictwa Dowody na Istnienie która pretenduje do tych z gatunku must read. Jeśli macie wolne popołudnie,  wieczór,  macie jeszcze ochotę się wzruszyć, zainteresować,  to polecam ją Wam serdecznie,  a poniżej załączam link do krótkiego reportażu o Pietro Bartolo,  który jak dla mnie jest człowiekiem wielkiego autorytetu :)