piątek, 6 stycznia 2017

Sezon migracji na Północ - At-Tajjib Salih





"Gdy w 1966 roku ukazało się pierwsze wydanie mojej powieści, w Sudanie panowała gorąca atmosfera polityczna i kulturalna. W roku 1967 Izrael zadał nam miażdżącą klęskę, która wstrząsnęła podstawami wielu rzeczy, w tym także wiarą w aktualne ideologie polityczne. Coraz więcej ludzi otwarcie pytało i wyrażało swoje wątpliwości. Moja książka stała się w pewnym sensie częścią tego procesu poszukiwań intelektualnych. Ludzie zaczęli dostrzegać w niej treści, których dotychczas nie widzieli bądź nie chcieli widzieć. Wydaje się, że przewijające się tam uczucie beznadziejności i przygnębienia wpisało się w nastrój zniechęcenia dominujący wszędzie wśród inteligencji arabskiej, a zwłaszcza w Egipcie". - fragment przedmowy autora do wydania angielskiego (2003) zaczerpnięty ze strony wydawnictwa

 
Nie ukrywam, że kiedy postanowiłem zakupić i przeczytać tą książkę, to wówczas głównie na moją motywację wpływały właśnie te kwestie około książkowe, czyli cała atmosfera, kontrowersje i aura tajemniczości, które wiązały się z jej powstaniem i wydaniem. Inną rzeczą jest, że pewnie bym o niej nawet nie usłyszał gdyby nie fakt, iż wyczytałem o niej na stronie....no zgadnijcie gdzie... oczywiście u niespodziegadki.pl - jeśli ktoś jeszcze ktoś nie zna dziewczyn, a uwielbia książki to koniecznie niech tam zajrzy, bo po prostu warto. Wracając do książki, "Sezon migracji na Północ" jak się okazuje ma do zaoferowania czytelnikowi dużo więcej niż cały ten zgiełk z nią związany. Nie dziwi mnie po jej przeczytaniu jest ona uznawana za jedną z ważniejszych powieści arabskich. Bez względu na okoliczności, czas, kulturę, historia tu zawarta posiada jednak i trzeba to jasno zaznaczyć - wartość sama w sobie. Kwestie związane z tożsamością mają przecież charakter uniwersalny i nie wiem jak dla innych, ale dla mnie ten temat zawsze był, jest i będzie interesujący. Problem polega na tym, że trzeba umieć o tym pisać, bo w innym przypadku wychodzą nieautentyczne flaki z olejem. Ostatnią książką o tej tematyce,którą dane mi było czytać była Wróżba. Wspomnienia dziewczynki - Agneta Pleijel ( notabene też z rekomendacji dziewczyn z niespodziegadek ). Tam była znakomicie ukazana perspektywa kobiety, a w przypadku "Sezonu..." mamy do czynienia z męskim punktem widzenia. At-Tajjib Salih udowodnił, że zdecydowanie potrafi udźwignąć ciężar tematu i to jak ! 

Życzyłbym każdemu pisarzowi, żeby potrafił za pomocą tak niewielu słów ukazać tak wiele jak Salih. Każdy kto mnie zna, wie jaki mam stosunek do "cegieł", często przeładowanych, przeciągniętych sztucznie, albo o zgrozo przeintelektualizowanych. Pewnie niechęć wiąże się z tym, że sam mam ku temu tendencję, a dowód na to macie przed sobą, więc do rzeczy. Spotkanie dwóch mężczyzn, z pozoru niepozorne i wydawać by się mogło przypadkowe prowadzi do poddania pod wątpliwość całego dotychczasowego sposobu postrzegania otaczającego świata przez jednego z nich. Historia, która zostanie opowiedziana przez Mustafę na zawsze zmieni głównego bohatera powieści i nie pozwoli mu już żyć tak jak by tego chciał, czyli wedle określonych ram i z góry założonego planu. Nie sama natomiast opowieść jest tu najistotniejsza, choć rzuca ona światło na skomplikowane relacje pomiędzy kolonizatorami, a rdzennymi mieszkańcami Afryki. Jak się okazało z czasem nie sama kolonizacja przyniosła ludom stłamszonym największą tragedię, ale to co nastąpiło po opuszczeniu przez "Panów" podbitych ludów afrykańskich. Wtedy to do głosu ze zdwojoną siłą doszła właśnie rdzenna kultura i tradycje, które "Północ" próbowała skutecznie wytępić przez tyle lat. Represje i narzucanie na siłę europejskiego stylu życia doprowadziły do wynaturzenia i nienawiści, a w rezultacie do aktów ludobójstwa jakich nie znał do tej pory świat. Mustafa zdaje się swoim postępowaniem ( jakim to już sobie przeczytacie ) dokonać aktu zemsty na kolonizatorach, którzy traktują go i jego lud jak dzikusów. Zatraca przy tym wszystkim własne człowieczeństwo. Tak jak jednak wspomniałem nie chodzi w książce At-Tajjib Saliha o samą opowieść, ale moim zdaniem autor próbuje nam pokazać jak relatywna jest nasza ocena świata który nas otacza, jak mogą się różnić nasze decyzje, cele, wartości przy kosmetycznych zdawało by się czasami zmianach. Możemy spróbować wraz z autorem odpowiedzieć sobie na pytania o to jak bardzo wpływa na nas środowisko, spotkani ludzie, przebyte doświadczenia? Jakie znaczenie dla tego jacy jesteśmy ma kultura, tradycja, a na ile jest w procesie naszego kształtowania konkurencyjna cywilizacja i wszystko co się z nią wiąże? Na ile rodzimy się tacy jacy jesteśmy, a na ile jesteśmy plastyczni i podatni na warunki w których przyjdzie nam żyć? te i wiele pytań rodziło się w mojej głowie pod wpływem tej książki.

Wyczytałem w jednej bardzo ciekawej opinii na lubimyczytac u Marty, że pisarze z kręgu literatury arabskiej mają swoistą umiejętność pisania o rzeczach ważnych. Myślę sobie tak samo jak Marta, że pozaeuropejska literatura była bardzo długo pomijana, a już zwłaszcza literatura afrykańska, a mi do niej jest bardzo ale to bardzo blisko. Do tego klimatu, prostoty, egzotyczności, do tej poetyki zawartej w prozie do tego stopnia, że nie zakłóca odbioru a dodaje swego rodzaju sznytu. Najbardziej cenię sobie jednak to, iż "literatura egzotyczna" wnosi coś nowego w moją perspektywę i to czego niektórzy często się boją, czyli ta inność, te irracjonalne kąty postrzegania tych samych zjawisk społecznych, relacji międzyludzkich, świata wartości - mnie to osobiście bardzo jara ! Z tego względu cieszę się, że coraz więcej takiej literatury się pojawia na rynku wydawniczym, zwłaszcza warto zwrócić uwagę na Rybacy - Chigozie Obioma, czy też "Marię Pannę Nilu" - , którą właśnie czytam i już wiem, że świetne to jest :) Kończąc już naprawdę pragnę zaznaczyć, iż "Sezon migracji na Północ" może i nie jest książką, która trafi do każdego ale z uwagi na fakt, że liczy te zaledwie sto trzydzieści stron, to myślę, że warto z nią zaryzykować !   

czwartek, 5 stycznia 2017

Morderstwo w Boże Narodzenie - Agata Christie








Kiedy Simeon Lee postanowił po latach skrzyknąć całą rodzinę i urządzić rodzinne święta w tym jakże wielkim i szacownym gronie to ci którzy go dobrze znali zaczęli podejrzewać, że wcale nie chodzi mu w tym wszystkim o sentymenty. Patrząc na jego złośliwy, władczy charakter, który zdawał się jeszcze się pogarszać wraz z wiekiem, można się było bardziej spodziewać tego, iż jest to kolejna z jego prób urządzenia sobie chorej zabawy kosztem innych. Czy te podejrzenia że strony jego dzieci były słuszne? Czy one same nie mają też paru sprawek na sumieniu,  które chcieliby ukryć przed światem i jakie są ich intencje,  które mimo obaw doprowadziły ich przed oblicze nestora rodu w te święta? Te trudne relacje rodzinne i wynikające między innymi z nich, wciąż wzrastające napięcie, różnego rodzaju uszczypliwości i zgrzyty między uczestnikami rodzinnego zjazdu, nabierają jeszcze większej pikanterii w momencie kiedy dochodzi do morderstwa. 

Kto zginął w Boże Narodzenie? Kto z kolei jest sprawcą i jakie były jego motywy? Czy policja poradzi sobie sama z rozwiązaniem śledztwa, czy też będzie potrzebować pomocy z zewnątrz?  Kim są tajemniczy goście którzy dołączają do domowników?  Na te pytania będziemy próbowali sobie odpowiedzieć wraz z Agatą Christie, z którą przyznam się szczerze mam do czynienia po raz pierwszy i mogę od razu zdradzić iż było to bardzo przyjemne spotkanie. Z pewnością sięgnę po kolejne książki tej autorki ponieważ jestem pod urokiem tego jak udało jej się połączyć elegancję z okrucieństwem jakie przecież zawsze niesie ze sobą zbrodnia. Jestem przyzwyczajony głównie do współczesnych, często brutalnych,krwawych, naturalistycznych kryminałów jak choćby te autorstwa Jo Nesbo czy Chrisa Cartera. Skandynawowie jeśli chodzi o ten gatunek kompletnie skradli me serce i dlatego dość sceptycznie podchodziłem do Agaty Christie. Wiadomo klasyka,  czyli pewnie nuda i archaiczny język. Jak się okazuje można zbrodnie potraktować też i w całkiem inny sposób,  a kryminał ten, choć bazuje na innej formule jest w dalszym ciągu utworem,  który może trzymać w napięciu, a nawet momentami budzić autentyczną grozę i niepokój. Co najistotniejsze chyba do samego końca nie wiedziałem kto jest mordercą,  a kiedy w finale autorka odkryła karty,  to byłem mocno zaskoczony. 

Herkules Poirot,  którego w literackim wydaniu ( bo jakieś tam ekranizacje w TV widziałem) było mi dane po raz pierwszy spotkać  w "Morderstwie w Boże Narodzenie" to jak się okazuje sympatyczny,  pewny swoich umiejętności inspektor,  który od początku - podobnie jak pisarka która go stworzyła - zaskarbił sobie moją sympatię. Kiedy zjawia się on  w jaskini pełnej wilków to nie szarżuje, nie rzuca się im do gardeł i nie przepytuje w stylu gestapowca, ale zdaje się umiejętnie wtapiać w otoczenie, aby później - udając przyjaciela rodziny - sprawiać że ludzie zaczynają się otwierać i zdradzać mu dużo więcej niż by chcieli. Poirot wie kiedy należy odpuścić, kiedy zwieść komplementem, połechtać dumę potencjalnego podejrzanego, może nawet wejść we flirt,okazać współczucie, a innym razem potrafi przygwoździć pytaniem, złapać ma kłamstwie, zmanipulować swym rozmówcą. Jednym słowem Poirot posiada to co powinien mieć każdy szanujący się detektyw,  ale przede wszystkim - co warte zaznaczenia - większość z tych sztuczek nie miało by takiej skuteczności, gdyby nie naturalny talent jakim bez wątpienia jest obdarzony Herkules Poirot. Inspektor ten nie spieszy się jeśli chodzi o wszelakie kroki, które podejmuje w trakcie śledztwa. Widać wyraźnie, że są one dokładnie przemyślane, można rzecz przekalkulowane, aby w żadnym wypadku nie popsuć sprawy, nie popełnić błędu polegającego na zbyt szybkim wytypowaniu mordercy, który potem mógłby okazać się niewypałem. Na takie błędy osoba pokroju Poirota pozwolić sobie nie może, gdyż kroczy za nim legenda. Widać, że Herkules ma specyficzne poczucie humoru i ciekawy sposób zapatrywania się na świat. Jest nawet - można by rzec- bardzo postępowy jak na czasy w jakich przyszło mu żyć. Jest to jeden z wyrazów świadczących o ponadczasowości Agaty Christie. Ciekaw jestem czy i wy którzy macie zamiar dopiero sięgać po tą autorkę polubicie postać jej głównego bohatera, bo co do tych którzy znają już od dawna,  to wiem że Pan inspektor cieszy się niemalże uwielbieniem. 

"Morderstwo w Orient Expressie " bardzo mi się podobało i muszę przyznać że pomimo tego iż było one pisane tak dawno temu i mogło by się wydawać, że będzie mocno archaiczne i dziś już nieaktualne, to nic bardziej mylnego. Kryminał Agaty Christie w dalszym ciągu jest bardzo atrakcyjny i stanowi idealną propozycję dla każdego amatora wgryzania się w ten mroczny element natury człowieka, który skłania go w sprzyjających ku temu okolicznościach do zbrodni. Poza tym jestem pod ogromnym wrażeniem tego, iż pomijając fakt iż Agata Christie jest kobietą, ale już samo to, iż kryminały w czasach w których je tworzyła były czymś nowym, to udało jej się stworzyć powieści ( bo przypuszczam, że pozostałe które wyszły z pod jej ręki są równie dobre) dalece wyprzedzające swoją epokę. Z tego też względu już teraz,  na świeżo po lekturze "Morderstwa w Boże Narodzenie"  nie dziwi mnie jej legenda i niesłabnąca popularność jej książek. Mocno wam polecam tą książkę, przede wszystkim zaś wszystkim fanom kryminałów którzy wciąż boją się klasyki sugeruję aby zacząć od tej autorki,  a pewnie się nie zawiedziecie. 

wtorek, 3 stycznia 2017

Syn - Philipp Meyer









Arcydzieło, epopeja, powieść wybitna i złożona - to tylko niektóre z określeń, które towarzyszą książce Philippa Meyera. Nie sposób wobec takich określeń przejść obojętnie i wiedziałem, że nasze drogi w końcu muszą się zetknąć, a jedyną tak naprawdę przeszkodą był fakt, iż jest to powieść bardzo obszerna, a takich nie jestem zbyt wielkim fanem :) Wytłumaczenie jest tu bardzo proste, bo choć uwielbiam książki, to nie lubię się z żadną wiązać na zbyt długo, bo na horyzoncie widoczna jest zwykle już kolejna na ktorą nie mogę się doczekać.


Powieść Phillppa Meyera nie zawodzi pod żadnym względem. Tak naprawdę mimo wspomnianej wcześniej obszerności, pochłania się ją jednym tchem i jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, kiedy mamy do czynienia z dobrą literaturą to za szybko się kończy. "Syn" to powieść, której akcja toczy się na przestrzeni kilku pokoleń rodziny MacCullloughów, a wraz z ich dziejami mamy okazję obserwować historię Stanów Zjednoczonych, co dla mnie było nie lada gratką. Bardzo lubię poznawać historię w ten właśnie sposób, kiedy pisana jest ona przez losy ludzi ją tworzących, jak również kiedy można zauważyć jak się oni odnajdują w rozmaitych wydarzeniach, które koła tejże historii ze sobą niosą. Stany Zjednoczone, które przedstawia nam w swej książce łączą ze sobą zarówno ten mit i romantyzm związany z wielką szansą i sukcesem, którego poszukiwali tutaj przybysze z Europy wraz ze świadectwem niechlubnej przemocy, która służyła do podboju terenów zamieszkałych pierwotnie przez tutejszych Indian i która ostatecznie obracała się przeciw kolonizatorom. Właśnie ofiarą tejże spirali przemocy jest pierwszy z bohaterów "Syna", czyli Eli MacCullough, którego poznajemy w momencie, kiedy zostaje uprowadzony przez Komanczów, a większa część jego rodziny wymordowana.Rozpoczynamy więc wielką przygodę z tą kilkupokoleniową epopeją od pierwszej połowy XIX-ego wieku, a skończymy ją na losach potomkini spuścizny Eliego czyli Jeannie MacCulllough, czyli w drugiej połowie XX-ego wieku. Po drodze zahaczymy jeszcze o Petera MacCulllough, którego losy śledzimy głównie z perspektywy jego miłości do pięknej Marii.


"Syn" wciąga czytelnika bez pamięci przede wszystkim z uwagi na plastyczny, bardzo obrazowy język jakim została napisana. Opisy zwyczajów Komanczów, życia na farmie, czy wreszcie potyczek i bitew na granicy Stanów i Meksyku są tak przez autora namalowane, że momentami ma się wrażenie, że mamy do czynienia z literaturą faktu. Jednocześnie Meyerowi udaje się włączyć w to wszystko elementy charakterystyczne dla literatury przygodowej rodem z Karola Maya, czy też klimat kojarzący się z "Ostatnim Mohikaninem". W ogóle sporo tych porównań pojawia się w odniesieniu zarówno do samej powieści jak i jej autora, począwszy od Wilbura Smitha, a na Cormacku McCarthy skończywszy. Warto jednak zaznaczyć, że Meyera charakteryzuje oryginalny, własny styl i nie mamy tu do czynienia z żadnym naśladownictwem, a zarzucane mu: komiksowość tej powieści czy też zbytnia przystępność, wręcz prostota narracji to w moim odczuciu akurat duże plusy. Bardzo podobały mi się również opisy codziennego życia Komanczów, ich kultura, tradycja, wierzenia, wreszcie zwyczaje. Kiedy czytam opinie, że kogoś to nudzi to u mnie z kolei wzbudza to zdziwienie, bo dla mnie to jedne z fajniejszych elementów tej książki, ale to pewnie rzecz gustu właśnie.


Wraz z opowieścią o rodzinie MacCullloughów mamy okazję śledzić takie ważne wydarzenia z historii Stanów Zjednoczonych jak i całego świata jak wojnę na granicy meksykańskiej, eksterminację Indian, wojnę światową, zabójstwo Kennedy'ego ( w tym przypadku pojawia się nawet nieznany mi dotąd trop związany z zamachem na jego osobę ), bum naftowy itd. Itd. Naprawdę sporo udało się zawrzeć autorowi na kartach tej książki i w trakcie czytania miałem poczucie, że mimo iż na starcie już powieść wydawała się ogromną, to w efekcie chciało by się by była jeszcze dłuższa. Chętnie sięgnę jeszcze po twórczość Phillppa Meyera i życzę mu jak najlepiej bo to pisarz warty uwagi. Z przyjemnością oglądnę również adaptację, którą na mały ekran przygotowuje stacja AMC, a premiera planowana jest na ten rok. Na koniec taka refleksja, że skoro z tak znakomitą powieścią jaką jest "Syn" wchodziłem w rok 2017, to istnieje szansa, że będzie on równie atrakcyjny czytelniczo co miniony już 2016.

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Świnki morskie - Ludvík Vaculík




No to jeszcze trochę zaległości z zeszłego roku :)


Kiedy przeczytałem recenzję tej książki na blogu cocteauandco.pl to byłem przekonany, że ta książka jest zdecydowanie dla mnie. Zagadnienia związane z wolnością i ograniczającą tą wolność władzą, źródła zła i przemocy, kontrola to kwestie które od zawsze chyba należą do moich zainteresowań. Kiedy do tego dodamy jeszcze autora czeskiego i stworzony przez niego sos absurdu, którym przybrał swoją opowieść to otrzymujemy must-read dla osinskipoldzku.


Książka Ludvika Vaculika już od samego początku zwraca uwagę językiem jakim została napisana. Jest to rodzaj opowiastki i można odnieść wrażenie jakby autor opowiadał bajkę dzieciom. Tak zresztą zwraca się do nas w pierwszej osobie : "Drogie dzieci". W tonie jego opowieści są jednakże wyczuwalne nuty ironii że zdania na zdanie wzrasta niepokój i dziwny rodzaj znajomego napięcia. Zaczyna się jednakże bardzo niewinnie, bo od zakupu świnki morskiej przez pewnego ( z pozoru tylko) sympatycznego bankiera dla jednego z synów. Świnka ma być prezentem świątecznym i pełnić rolę wychowawczą, to jest wyrabiać u młodego narybku odruchy opiekuńcze, ludzkie, uczyć empatii, odpowiedzialności, a przede wszystkim jednak wnieść dużo radości w życie rodziny. Jak się wkrótce okaże stanie się wyzwalaczem dla mrocznych instynktów tkwiących... no właśnie i tu dochodzimy do sedna... W każdym z nas?



Nie dajcie się zwieść i jeśli oczekujecie zabawnej opowiastki od czeskiego autora, bo jak wiadomo Czesi słyną z poczucia humoru i dystansu, to się mocno zawiedziecie. Wprawdzie humor i dystans zabarwione sporą dawką absurdu są tu obecne, ale stanowią narzędzie do innego celu, czyli przedstawienia historii mrocznej, niepokojącej, a atmosfera wraz z rozwojem opowieści zagęszcza się i powoduje ciarki na plecach. Ludvík Vaculík w swej książce pokazuje przede wszystkim rolę i miejsce Boga w świecie. Główny bohater w relacji do świnki morskiej doskonale oddaje to co może charakteryzować naszą relację z siłą wyższą. Jesteśmy zależni od władzy i tak naprawdę bez żadnego prawa do wyjaśnienia możemy zostać w każdej chwili poddani eksperymentom niczym Albinosek czy też jego współtowarzysze niewoli. Jak się okazuje nie mamy prawa do zadawania pytań, często nie będzie nam dane zrozumieć motywów działania tego, który posiada władzę nad naszym losem i decyduje o tym, czy okazać nam łaskę czy potraktować nas w sposób okrutny i bezduszny. Biorąc pod uwagę stosunek większości czeskiego społeczeństwa do kwestii religii, to niekoniecznie Vaculík może tu mieć na myśli Boga, a równie dobrze jakikolwiek system sprawujący kontrolę nad człowiekiem.


Nie pamiętam czy czytałem Kafkę, wstyd się przyznać. Pamiętam, że w szkole skutecznie bojkotowałem większość lektur i nie wiem czy "Proces" też nie padł ofiarą tej mojej postawy. Z pewnością kojarzy mi się natomiast filmowa adaptacja z 1993 roku z Kaylem MacLachlanem . Atmosfera napięcia, dziwnego niepokoju, wręcz lęku tam obecna są bardzo zbliżone w klimacie do czytanego z kolei niedawno przeze mnie Orwella i jego "Roku 1984". Do tych dwóch pisarzy porównywany jest Ludvík Vaculík Myślę, że niepotrzebnie. Te porównania mimo że mają mu przysporzyć czytelników, to moim zdaniem mogą być bardzo mylące. U Vaculíka niepokój, napięcie, strach schodzą na dalszy plan, a na pierwszy jednak wychodzi absurd i groteskowość władzy w swej najczystszej postaci. Władza ta u niego nie potrzebuje wiele, aby uruchomić w człowieku najgorsze instynkty. Istotę mającą w swoich rękach przewagę nad drugą istotą dzieli bardzo niewielka, niepozorna często i dlatego pewnie do ostatniej chwili niewidzialna granica pomiędzy działaniem na jej rzecz, a sprawowaniem nad nią kontroli. Kontrola z kolei równie łatwo może przeistoczyć się w przemoc i nadać tej relacji opresyjny charakter. Mieliśmy i mamy takich przykładów wiele jeśli chodzi o systemy totalitarne, a myślę że trzeba by cofnąć się już krok wcześniej i rozpatrywać pod tym kątem systemy z pozoru demokratyczne, a jednocześnie wciąż dążące do sprawowania jak największej kontroli nad obywatelem. Nawet sytuacja współczesnych "demokracji" pokazuje jak wielka jest ta pokusa.


Przerażającą, lecz w moim odczuciu bardzo prawdziwą wizję władzy roztacza przed nami autor "Świnek morskich". Mocno przypadła mi do gustu forma tej książki. Daje do myślenia, zastanawiam się często jak sam zachował bym się na górze tego łańcucha pokarmowego. Jak by to było gdyby to w moje ręce powierzono jakiś zakres władzy. Czy pozostał bym tym samym człowiekiem, czy może uruchomiła by ta sytuacja podobne instynkty jak w bohaterze książki Vaculíka. W każdym razie absurdalny humor zaprawiony niepokojącym duchem Edgara Allana Poe sprzyja tego typu rozważaniom. Mimo tego, że książka według mnie jest bardzo głęboka i daje przestrzeń do interpretacji, to równocześnie jest bardzo przystępną i dobrze się ją czyta. Polecam!

niedziela, 1 stycznia 2017

Ranking filmów i seriali 2016





Na początek będzie podsumowanie wyzwania FB "W 2016 roku obejrzę 52 filmy w małym kinie", a potem ranking najlepszych filmów i seriali 2016 

Filmowe wyzwanie zrealizowano z nadwyżką - 78/52 

Zestawienie wraz z osobistymi ocenami według skali Filmwebu :

Parking - 8/10
Widzę, widzę - 5/10
Pasolini- 3/10
Lucyfer - 3/10
W objęciach węża - 8/10
Moje córki krowy - 7/10
Mandarynka - 8/10
Nienawistna ósemka - 9/10
Córki dancingu - 9/10
Slow West - 8/10
Zanim się rozstaniemy - 8/10
Zupełnie Nowy Testament - 8/10
Syn Szawła - 10/10
Aferim - 8/10
Janis - 8/10
Fusi - 8/10
Scena ciszy - 7/10
Pokój - 8/10
Mustang - 10/10
45 lat - 7/10
Carol - 6/10
Creed. Narodziny legendy - 6/10
Zjawa - 9/10
Brooklyn - 7/10
Seria Niezgodna. Wierna - 7/10
Barany.Islandzka opowieść - 7/10
Głośniej od bomb - 9/10
Batman vs Superman. Świt sprawiedliwości - 8/10
Spotlight - 10/10
El Clan - 8/10
Ave, Cezar - 7/10
Zabójczyni - 5/10
Nawet góry przeminą - 8/10
Deadpool - 10/10
Belgica - 9/10
Subtelność - 6/10
Opiekun - 6/10
Wszyscy albo nikt - 9/10
Nasza młodsza siostra - 8/10
Kapitan Ameryka. Wojna bohaterów - 8/10
Wojna - 7/10
Dobra żona - 9/10
Nienasyceni - 8/10
Lobster - 8/10
Zanim się pojawiłeś - 8/10
Umrika - 6/10
Z podniesionym czołem - 9/10
Iluzja 2 -  7/10
Zjednoczone stany miłości - 7/10
Z daleka  -  7/10
Kiedy gasną światła - 6/10
Legion samobójców - 7/10
Śmietanka towarzyska - 6/10
Pycha - 5/10
Skarb - 6/10
Szukając Kelly - 8/10
Julieta - 8/10
Wróble - 8/10
Sługi boże - 8/10
Co przynosi przyszłość - 7/10
Ostania rodzina - 10/10
Dziewczyny inne niż wszystkie - 8/10
Komuna - 7/10
Wołyń - 10/10
Nawet nie wiesz jak bardzo Cię kocham - 8/10
Hedi - 8/10
Jestem mordercą - 8/10
Zagubieni - 7/10
Pitbul. Niebezpieczne kobiety - 6/10
Lo i stało się. Zaduma nad światem w sieci - 6/10
Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć - 7/10
Służąca - 9/10
Ederly - 6/10
Vaiana. Skarb oceanu - 7/10
Opieka domowa - 7/10
Doktor Strange - 9/10
Bridget Jones 3 - 8/10
Jarocin. Po co wolność - 9/10


Jak widać z powyższego zestawienia, a mam nadzieję że nic mi nie umknęło, całkiem fajnie się to prezentuje pod kątem jakości kina jakie miałem okazję oglądać w zeszłym roku :) Znalazły się tu jedynie filmy widziane w moim ulubionym studyjnym,  klimatycznym Kinie Janosik, przede wszystkim obejrzane w ramach Dyskusyjnego Klubu Filmowego,  ale są też seanse na które wybrałem się ekstra. Celowo nie umieszczałem filmów obejrzanych w innych kinach i TV,  ale nie było tego dużo. Z tych wartych polecenia to zdecydowanie musiałbym tu umieścić Osobliwy dom pani Peregrine - 8/10 i Światło między oceanami - 9/10. 

W TV i na necie praktycznie filmów nie oglądałem, a jeśli już to głównie seriale, o których też tu wspomnę :) 



Najlepsze filmy 2016


Jeśli miałbym wybrać najlepsze filmy zeszłego roku,to myślę że nie będzie z tym problemu :

3 miejsce przypadnie :
Syn Szawła - 

Jeśli komuś wydaje się, że już widział wszytko i pod każdą postacią jeśli chodzi o "kino zagłady",  to kiedy obejrzy ten film zorientuje się jak bardzo się mylił. "Syn Szawła" to połączenie osobistej tragedii z tragedią o wymiarze uniwersalnym. Film poruszający do granic wytrzymałości, wzruszający,  smutny,  ale przede wszystkim bardzo niepokojący. Do dziś mam w głowie głównie dwie rzeczy z tej projekcji,  a mianowicie przerażające, budzące grozę szepty osób oczekujących w obozowej komorze gazowej na śmierć, jak również kamerę, która prowadzona była w taki sposób, że obraz budził klaustrofobiczne wręcz uczucie niepokoju, a wręcz strachu. Momentami można się było poczuć jakbyśmy sami byli na miejscu bohatera. Po takim filmie zastanawia mnie jeszcze mocniej jak można prezentować w cieniu tych historycznych doświadczeń postawę antysemityzmu, czy jakiejkolwiek nienawiści na tle rasowym. 




2 miejsce przypadnie :
Wołyń - Czasem się tak składa, że najbardziej pacyfistycznym obrazem jest właśnie film o wojnie, a właściwie o ludobójstwie. Tak właśnie jest w przypadku "Wołynia", który pokazuje całe tło słynnych wydarzeń znanych nam pod nazwą "rzezi wołyńskiej". Wojciech Smarzowski pokazuje nam wspólną odpowiedzialność za zło rodzące się w danej społeczności, bo dla mnie film jest dowodem na to, iż wzajemne pretensje, kiedy trafią na podatny grunt w którym jest choć odrobina napięcia, mogą rozpalić ogromną pożogę. Dawno po zakończeniu seansu nie panowała w kinie taka cisza. Tego się nie da opowiedzieć, to trzeba zobaczyć .





1 miejsce przypadnie:
Mustang - Francuski kandydat do Oscara. Jeden z piękniejszych filmów, które przyszło mi zobaczyć w ostatnim czasie. Wszystko to dzięki Gutek Film i mojemu ulubionemu studyjnemu Kinu Janosik i odbywającemu się tam cyklicznie Dyskusyjnemu Klubowi Filmowemu. Mustang to film o wolności, a przy okazji poruszający szeroki wachlarz problemów młodych kobiet począwszy od wchodzenia w dojrzałość, określanie własnej tożsamości i walkę o podstawowe prawa w świecie opanowanym przez mężczyzn i krzywdzącą tradycję. Film mądry, plastyczny, z piękną ścieżką dźwiękową, a do tego zagrany przez młode aktorki w sposób brawurowy. mimo trudnej tematyki wcale nie jest dołujący, a przy okazji daje do myślenia.




 Najlepsze seriale 2016 

Co do najlepszych seriali,  przy okazji pragnę zamknąć usta wszystkim tym,  którzy pomniejszają wartość współczesnych seriali i traktują ją jako coś gorszego sortu,  otóż seriale obecnie to często produkcje bardzo ambitne,  wyważone,  artystycznie przewyższające wiele produkcji kinowych. Tak więc do rzeczy,  najlepsza trójka obejrzana w zeszłym roku to :

3 miejsce :
Belfer - fajny,  świeży,  wciągający serial wyprodukowany przez stację Canal+ w którego powstawaniu maczał palce pisarz młodego pokolenia Jakub Żulczyk. Czuć jego pióro w dialogach i sposobie prowadzenia intrygi zawartej w "Belfrze". Doskonałe aktorstwo Macieja Stuhra i wielu młodych aktorów zaangażowanych do tej produkcji. Akcja toczy się w małej miejscowości na Mazurach,  gdzie ginie młoda dziewczyna,  a kiedy Policja ociąga się ze śledztwem to sprawą zainteresuje się tajemniczy "belfer". Kim jest, jaką rolę ma do spełnienia o kto i dlaczego jest odpowiedzialny za śmierć dziewczyny? Do samego finału będziemy trzymani w napięciu i niepewności. 





2 miejsce
Pakt - pierwszy sezon "Paktu"  z niezrozumiałych dla mnie przyczyn spotkał się z krytyką. Mi przypadł z miejsca do gustu. Wolno tocząca się akcja,  klimat ciężki i podszyty podskórnym napięciem niczym w "Homeland". Układy, tajemnice, spiski i tajemnica z przed lat,  która połączyła grupę wpływowych osób,  a kiedy zaczyna wszystko pękać i wychodzić na światło dzienne to sieć zaczyna się ukazywać w najmniej spodziewanych konfiguracjach. Drugi sezon jeszcze lepszy moim zdaniem od pierwszego. Więcej polityki,  mniej biznesu, a Marcin Dorociński jawi się nam niczym bohater z Millennium Larssona, słynny Mikael Blomkvist. Bezkompromisowy,  skomplikowany, dający niestrudzenie do wyjaśnienia zagadki. Świetna produkcja niezawodnego HBO. 






1 miejsce ex aequo 
( naprawdę nie umiałem wybrać z dwóch jakże różnych, ale jednocześnie znakomitych oryginalnych produkcji Netflixa ) 

Stranger Things - mimo, że serial ten odwołuje się do tradycji rodem z lat osiemdziesiątych i było wiele obaw że będzie kopiował z takich twórców jak John Carpenter czy Steven Spielberg, to okazał się produktem nad wyraz świeżym i dla mnie nowatorskim nawet jeśli chodzi o produkcje telewizyjne. Jest to serial w klimacie familijnym, zaprawiony tajemnicą i stanowi taki jakby mix hororu, science-fiction i serialu dla młodzieży. Wszystko to wymieszane w tak apetyczny sposób, że nie powstydziłby się tego klimatu choćby Stephen King, czyli ikona tamtejszej popkultury z którym chyba najmocniej mi się ta atmosfera kojarzy :




The Crown -  znakomity serial o brytyjskiej koronie okresu powojennego,kiedy to na tron wstępuje Elżbieta II, znakomicie grana przez Claire Foy. Świetny, klimatyczny serial, który pokazuje kawał historii i to nie tylko brytyjskiej, ale i światowej, a także przedstawił mi królową Elżbietę II w zupełnie innej, bardziej ludzkiej perspektywie. Polecam!






Pozytywne zaskoczenie filmowego roku, które daje mi obecnie wiele radości to : Netflix - platforma w końcu zadebiutowała w Polsce i mimo krytyki pod jej adresem dostarcza mi wiele rozrywki i wrażeń artystycznych. Bardzo mocno polecam wszystkim fanatykom kina i seriali :) 
The End

sobota, 31 grudnia 2016

Rankingi, rankingi - Osinski 2016 - czyli książkowe podsumowanie roku :)










Moje the best of 2016



Nie jestem jakimś wielkim fanem Sylwestra i ogólnie na cały ten szał imprez, petard, balów i innego ustrojstwa łącznie z karnawałem bym się zakopał pod kołdrą z dobrą książką bądź filmem,  ale cóż żyć trzeba,  nie można się całkiem od ludzi izolować, o przyjaciół trzeba dbać, świata bojkotować nie wypada więc trzeba by znaleźć coś co poprawi humor. 


U mnie doskonałą nagrodą pocieszenia jest okazja do wszelkiego rodzaju rankingów, zestawień i podsumowań na koniec roku. Z tego względu w najbliższym czasie znajdziecie ich kilka na blogu. Nie dlatego, że koniec roku,  że wypada,  trzeba,  bo można i nie lubić i olać, ale ja podchodzę do tego że to fajna okazja do wymiany linków,  paliwa duszy, sięgnięcia po rzeczy które gdzieś tam po drodze umknęły. Często gdzieś znajduje na takich zestawieniach książki, muzę czy filmy, które przeoczyłem i dlatego zawsze staram się zaglądać na te rankingi. Pomyślałem, że może jest więcej takich osób więc i ja poraz drugi już stworzę takie the Best of :) 


Sporo tego było, jestem właśnie w trakcie 190-ej książki w tym roku i od razu korzystając z okazji bardzo mocno Wam polecam "Syna" Phillppa Meyera. Kto wie czy też nie wyskoczy na moją półkę "Ulubione" na lubimyczytac.pl. Znajduje się na niej sporo,  bo równe 20 książek przeczytanych w zeszłym roku :) z nich właśnie wybrałem te najlepsze :) w ogóle okazuje się, że jestem szczęściarzem i dobrze dobieram swe lektury,  bo wśród ocenionych przeze mnie mało jest pozycji które kompletnie nie przypadły mi do gustu. Więc do rzeczy :


Autor roku - Andrzej Stasiuk





podobno ( tak przynajmniej twierdzi Łukasz Orbitowski)  człowiek na różnych etapach swojego życia zmienia swoje fascynacje i zmianie ulega w związku z tym jego ulubiony pisarz. U mnie różnie było, kiedyś skradł moją duszę Marek Hłasko, a teraz jest to Andrzej Stasiuk - za to że dociera do moich najgłębiej skrytych lęków, niepokojów, myśli. Mam wrażenie, że odbiera świat w taki sposób jak ja i wszystko co do tej pory przeczytałem, a wyszło z pod jego ręki do mnie trafiło. Z tego co wnoszę po jego twórczości i wypowiedziach to kieruje się w życiu podobną filozofią i stąd pewnie to pokrewieństwo dusz. Tyle,  że on w odróżnieniu ode mnie potrafi to opisać i przelać na papier  :) A oto książki Andrzeja Stasiuka, których opinię są u mnie na blogu: Osiołkiem, Kucając , Dojczland , Życie to jednak strata jest, Biały kruk, Opowieści galicyjskie, Wschód, Dziennik pisany później, Jak zostałem pisarzem ( próba autobiografii intelektualnej ), Taksim, Grochów, Mury Hebronu 



Książka roku : tu będą trzy książki - 








Mógłbym długo opowiadać o tej książce ( niektórzy odczuli to na własnej skórze ) , ale myślę, że warto by każdy sam sobie doszedł do swoich wniosków i prawd z tej książki. Ma ona bowiem taką wartość bezcenną, że autorka stawia ważne pytania dotyczące ogólnego sensu naszego istnienia, a nie daje gotowych odpowiedzi. Cały czas jednocześnie zaznacza, że prawda jest złożona i składa się z sumy odpowiedzi. Wszystko to pozbawione jest jakiegoś pseudointelektualnego bełkotu dzięki temu, że cała rzecz toczy się w baśniowej scenerii pięknie wykreowanego świata z którego trudno mi było odchodzić. "Hats of to this Lady" śpiewał Titus z Acid Drinkers i te słowa wydają mi się idealne do określenia tego co czuję obecnie w stosunku do mądrości Olgi Tokarczuk i jakże jej zazdroszczę tej umiejętności widzenia świata, z której mi pozostaje czerpać tyle ile potrafię. "Prawiek i inne czasy" to jedna z ważniejszych książek, które czytałem w życiu. Serdecznie ją Wam polecam !






Już od pierwszych stron tego reportażu towarzyszyło mi uczucie gniewu. Dawno nikomu nie udało się u mnie wzbudzić tego uczucia na taką skalę poprzez książkę. Momentami nachodziła mnie refleksja, że tak właśnie powinien brzmieć tytuł tej książki - "Gniew". " Ale, że ponad siedemset stron o głodzie? " - zapytała moja przyjaciółka. Takie same miałem wątpliwości, kiedy pierwszy raz zobaczyłem to wielkie tomiszcze w zapowiedziach - Czy aby nie będzie to książka przegadana? Z drugiej jednak strony objętość tej książki tym bardziej pobudziła moją ciekawość i gdzieś pod skórą już wtedy czułem, że muszę ją przeczytać. Powiem jedno - NIE ŻAŁUJĘ! Nie zmienia to faktu, iż czasem świadomość pewnych rzeczy budzi w nas taki bunt, taką wściekłość, kosztuje tyle nerwów iż można sobie zadać pytanie po co sobie to człowiek robi i bierze na głowę taki ciężki kaliber. Moim zdaniem to nasz obowiązek - przynajmniej wiedzieć - bo nasze emocje to jest tak naprawdę mały koszt w perspektywie ludzi , którzy umierają na taką skalę przy cichym przyzwoleniu społeczeństwa międzynarodowego.







Ostatni raz książka pochłonęła mnie w taki sposób kiedy jeszcze będąc małolatem czytałem "Hrabiego Monte Christo". Nieraz sięgałem po książkę z nadzieją, że przeżyje choćby namiastkę tego stanu. Długo towarzyszył mi w związku z tym niedosyt aż w końcu w moje ręce trafił "Shantaram". W dalszym ciągu nie chcę sprawdzać chyba na ile ta książka rzeczywiście jest opowieścią autobiograficzną, bo moja wyobraźnia została rozbudzona w taki sposób że trudno będzie się pozbierać po tej książce i pewnie długo jeszcze będzie żyła we mnie. Zresztą jaki jest sens roztrząsać na ile to co tu opisane spotkało autora książki w rzeczywistości, a na ile to luźna narracja.


Rożne opinie słyszałem na temat "Shantaram" i mimo, że w większości są to opinie bardzo pozytywne, to czym bardziej poznawałem historię Lina, tym bardziej z zapartym tchem wciągałem się w tamten świat i oczom nie mogłem uwierzyć, kiedy czytałem pojedyncze opinie, że to nuda. To oczywiście kwestia gustu i określonej wrażliwości decyduje czy książka się podoba czy nie i nie zrozumcie mnie źle - przy całym szacunku dla prawa subiektywnej oceny - wszystko można powiedzieć o tej książce, ale nie to że jest ona nudna. Nic tak nie oddaje moich odczuć przy lekturze Shanataram jak słowa Marcina Mellera - "Nigdy w życiu nie kupiłem tak wielu egzemplarzy jakiejś książki na prezenty dla przyjaciół. Wszyscy są wdzięczni. To jak przypadek ciężkiego uzależnienia: jeżeli przeczytasz kilka pierwszych stron, jesteś stracony dla bliskich i pracy na nadchodzący czas”. Jak dla mnie nie ma w tej entuzjastycznej opinii cienia przesady.



Wyróznienie - Depesze - Michael Herr
                         Wydawnictwo Karakter




Dobra, przyznaje się bez bicia, że wyróżnienie dla książki i wydawnictwa znalazło się w podsumowaniu roku z powodów nie tylko literackich - ogólnie rzecz biorąc pamiętajcie wszem i wobec, że WOJNIE pod każdą postacią trzeba mówić stanowcze NIE ! "Depesze", a tym bardziej , Wydawnictwo Karakter zasługuje na uznanie za to, że ta książka w końcu po tylu latach (sprawdźcie sami po ilu, a doznacie szoku ) w końcu ukazała się w Polsce. Myślę, że każdy po jej przeczytaniu zakrzyknie wraz z Zackiem De La Rocha : "Fuck the war!" bo tak jak każda wojna zasługuje na potępienie tak wojna w Wietnamie jest na samym szczycie rankingu tych najbardziej bezsensownych konfliktów zbrojnych i to zarówno jeśli weźmiemy pod uwagę jej genezę jak i to w jaki sposób była prowadzona. Książka Herra uchodzi za kultową jeśli chodzi o swój gatunek, aczkolwiek można mieć trudność tak naprawdę z określeniem co to za gatunek właściwie. Mam problem z zakwalifikowaniem tej pozycji stricte do literatury faktu, gdyż jest to dla mnie bardziej jednak utwór o charakterze autorefleksyjnym. Ma się wrażenie, że momentami sprawozdanie z miejsca walki przeistacza się w powieść i osobiście uważam, że są to zdecydowanie rzeczy, które windują "Depesze" na sam szczyt jeśli chodzi o reportaże. Kiedy już założymy, że mamy do czynienia jednak z reportażem, bo bądź co bądź Michael Herr był korespondentem na wojnie wietnamskiej to wypada zwrócić uwagę na kolejną zaletę jego dzieła. Książka Herra w takim ujęciu to rzadko - przynajmniej przeze mnie - spotykany "reportaż środka". Zwykle tak bowiem jest, że autorzy reportaży bądź to starają się zachować neutralność co do opisywanego tematu, bądź też jednoznacznie dają wyraz swojemu do niego ustosunkowaniu. Bardzo rzadko udaje im się poruszać w swych sprawozdaniach gdzieś po środku, na styku tych dwóch podejść. Z tego też względu tym bardziej właśnie Michael Herr zasługuje na uznanie za sposób przedstawienia tematu, bo osobiście trudno mi sobie wyobrazić bym potrafił zachować taką postawę będąc na jego miejscu. Reporter wojenny jego pokroju jakby na to nie patrzeć bierze czynny udział w wojnie, co zresztą w "Depeszach" jest aż nadto zauważalne. Zawiązuje on podczas wykonywania swej pracy przyjaźnie, sojusze, angażuje się emocjonalnie, wyrabia sobie zdanie na temat tego co dzieje się w toku działań wojennych.



Wydawnictwo roku : Dowody na istnienie 





Nazwaliśmy nasze wydawnictwo Dowody na Istnienie, bo uważamy, że reportaż to „dowód na istnienie”. Człowieka i świata. Nazwa wzięła się z tytułu książki Hanny Krall.

Wydajemy literaturę faktu – z Polski i ze świata. Doceniamy autorów uznanych i dajemy łamy debiutantom. Nasi autorzy piszą o tym, o czym nie mamy pojęcia, choć wydarzyło się tuż obok lub na drugim końcu świata, na który nigdy nie dotrzemy.

Fanom reportażu przywracamy książki z kanonu literatury faktu. Uważamy, że dzięki nim poznają różne sposoby opisywania świata. To książki głośne, które warto przeczytać na nowo, ale i książki zapomniane, które warto mieć w swojej bibliotece.

Kilka razy w roku prezentujemy czytelnikom autorski wybór literatury czeskiej Mariusza Szczygła w serii Stehlík. Powieści, opowiadania, reportaże czyli najlepsze książki, jakie twórca serii przeczytał u naszych południowych sąsiadów.

Nasze książki non-fiction sprawiają, że czytelnik może przez jakiś czas być kimś innym. Wejść w cudze życie. Prawdziwe, niezmyślone. Jesteśmy przekonani, że sprzyja to empatii i rozumieniu świata.

Zapraszamy do lektury!

Zespół Dowodów na Istnienie - źródło


Ja ze swojej strony polecam znakomite książki, które ukazały się właśnie nakładem Dowody na istnienie, czyli : Projekt. Prawda - Mariusz Szczygieł, Dwa razy życie - Aleksandar Hemon, Wielki przypływ - Jarosław Mikołajewski , Schodów się nie pali - Wojciech Tochman, Kuba. Syndrom wyspy - Krzysztof Jacek Hinz...

piątek, 30 grudnia 2016

A gdyby tak jednak spróbować coś zmienić w przyszłym roku, czyli o tym jak w święta dopadł mnie duch słynnego reportażu Martina Caparrósa

 

 


Czym jest teraźniejszość bez przyszłości? Z czego zbudowana jest teraźniejszość, jeśli nie ma w niej różnych postaci przyszłości? Jak można żyć w teraźniejszości, w której nie ma przyszłości? W teraźniejszości, w której dla powtarzających się nieustannie strasznych rzeczy nie ma przeciwwagi nadziei, że kiedyś się to skończy? -
Martín Caparrós (z książki Głód)



Niestandardowo 2016 rok zakończę nie od podsumowań, zrealizowanych celów, przeżytych fajnych chwil i inicjatyw, którymi pewnie będę się chciał podzielić w najbliższych dniach, bo w sumie kto powiedział, że muszę z tym wszystkim zdążyć przed końcem roku? Przyjdzie czas i na rankingi bo lubię się dzielić wartościowymi rzeczami na które trafiam i lubię jak się ze mną dzielicie dlatego też zawsze poluję na przełomie roku na wszelkiego rodzaju zestawienia i podsumowania. Możecie spodziewać się więc i na moim blogu rankingów filmów, książek, płyt a i koncertów być może ( bo było ich trochę w tym roku ), ale zacznę przewrotnie od planów, a właściwie od pewnej zmiany filozofii życiowej na którą się szykuję.  


"Pielęgnujcie przypadkową życzliwość i piękne czyny pozbawione sensu" -  Mariusz Szczygieł – Zrób sobie raj



Miałem duże wątpliwości czy publikować poniższy post, bo liczę się z tym że może on zostać opacznie odebrany, ja zaś źle zrozumiany i czego rzecz jasna bardzo nie lubię - spotkam się z krytyką.  W najlepszym wypadku ktoś może obdarzyć mnie wyrazami politowania,  odebrać to jako swego rodzaju pozę,  chęć przedstawienia w jakimś lepszym świetle,  ale gwarantuję że tak nie jest bo szczerze mówiąc nie jestem typem lansującym się. Zaznaczam tym samym, że moje intencje są czyste, nie ma w nich żadnych podtekstów, żadnej gry i liczę na zrozumienie. Co do podsumowań i refleksji to przede wszystkim czerpałem swą energię w ubiegłym już prawie roku z literatury, a przeczytałem tych książek nie chwaląc się całkiem sporo, bo więcej niż mam wzrostu, a do ułomków nie należę :) Tacy ludzie jak Mariusz Szczygieł i jego "Projekt: prawda", Wojciech Tochman i jego chwytające za serce reportaże, Andrzej Stasiuk,  Gregory David Roberts z genialnym Shantaram  i wielu innych nie pozwalali mi zapomnieć, że są rzeczy ważniejsze niż kolejny gadżet, przedmiot bez którego można się obejść. Nie lubię słowa "duchowość" ze względu na konotacje tego słowa z kwestiami religijnymi do której to jedynej i słusznej zresztą religii uzurpuje sobie prawa w naszym kraju kościół katolicki. Tak sobie jednak myślę, że duchowo właśnie w zeszłym roku dużo się we mnie działo za przyczyną książek,  które wpadły w moje ręce, a którym,  to już napiszę  w osobnym poście na dniach,  bo nie podaruje sobie przyjemności  wynikającej z publikacji rozmaitych rankingów itp. Myślę że spory wpływ miały też na mnie osoby,  które mnie wciąż otaczają i motywują do refleksji i osoby które spotykam przypadkiem na swej drodze. To duży plus w tych trudnych czasach,  gdzie sporo jest malkontentów, frustratów i ludzi zwyczajnie obłudnych. Chciałbym wierzyć, że na świecie jest wciąż sporo pokładów dobra i bezinteresowności i nie tylko przy okazji świąt jesteśmy w stanie wykrzesać z siebie pokłady sympatii, entuzjazmu i empatii. Jeśli ktoś myśli podobnie to zachęcam do komentarzy i kontaktu,  bo w tych trudnych czasach musimy trzymać się razem  :)


Pewnie większość z nas tak ma przy okazji świąt i na koniec roku, że mimo iż obiecujemy sobie, że tym razem tego nie zrobimy to tak czy inaczej kończymy na podsumowaniach, bilansach itd... No ja w każdym razie tak właśnie mam w tym roku i muszę się zacząć liczyć z tym, że ten trend już raczej nie ulegnie zmianie,  bo wiek ( co tu się oszukiwać :D )nie sprzyja wielkim życiowym rewolucjom. Wigilijna kolacja wybrzmiała niedawno, na stoliku kawa, w perspektywie książka,  na Spotify genialna playlista Jazzy Christmas, a ja rozkminiam sobie o kondycji świata i kiedy wzrok mój pada na Duży Format i "syryjskie Mikołaje" na okładce  to rodzi się kolejna myśl na zasadzie : fajnie by było zamanifestować swoją solidarność z tymi którzy nie mieli okazji spędzić tego czasu w spokoju i dostatku. Wiem, że wiele osób ma podobne dylematy. Nie pozostają obojętni na cierpienie,  nierówność i niesprawiedliwość na świecie. Starają się pomóc na miarę swych możliwości. Czy mi się to udaje tak jak bym tego chciał?  Otóż nie wystarczająco!

W związku z powyższym,  choć naprawdę z reguły tego nie robię, to tym razem postanowiłem zrobić wyjątek od reguły i powziąć pewne noworoczne postanowienie.Cel na przyszły rok! Cel realny, konkretny, myślę że ważny!Narazie jeden. Jeśli będzie mi szła jego realizacja, pomyślę o następnych. Co postanawiam? Otóż to,  iż w przyszłym roku przekuję to co się we mnie podziało wewnątrz na praktykę! To oznacza, że zrobię więcej jeśli chodzi o zmniejszanie dystansu pomiędzy mną, a innymi ludźmi jeśli chodzi o stopień zaspokajania potrzeb. Jednym słowem chcę więcej realnie pomagać i nie ograniczać się do datków na organizacje dobroczynne itp. Koniec pisania i gadania, a czas na konkretne działanie. No dobra, wciąż mam zamiar czasem nabazgrać coś na ten temat, ale równocześnie chciałbym dokonać czegoś bardziej treściwego. Żeby to zrobić będę jednak potrzebował pomocy innych ludzi,  więc rodzina, przyjaciele i znajomi niechaj się przygotują na dziwne moje zachowanie i decyzje, ale wiem że nawet jak będą wydawać się dziwne to je uszanujecie :) Postaram się więc w miarę regularnie podejmować od Nowego Roku inicjatywy służące szeroko rozumianej pomocy ludziom w potrzebie,  bo myślę że każdy z nas nawet drobnymi decyzjami jest w stanie pomóc innym w sposób realny,  a całe to gadanie, że to nic nie da,  że potrzebne są globalne zmiany to usprawiedliwienie, którego mam zamiar osobiście się wyzbyć. Liczę jednak na "efekt motyla"  i można mnie nazwać naiwniakiem czy optymistą, ale ja wiem ze dobrze się będę z tym czuł i już :) 

W związku z powyższym pierwszą moją inicjatywę podejmę już teraz! Doszedłem do wniosku, że do potrzeb, które mam zaspokojone w nadmiarze z pewnością powinienem zaliczyć potrzeby materialne. Z całą odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że posiadam na chwilę obecną wszystko co jest mi niezbędne do życia,  co wiąże się z tym, że zgodnie z duchem filozofii minimalistycznej pora powiedzieć: mniej a treściwiej. Mam zamiar uważniej zastanawiać się przed powiększeniem swojego stanu posiadania. Dotyczy to nowych rzeczy,  które zapragnę mieć jeśli chodzi o wszelkie aspekty życia, począwszy od gadżetów, wyposażenia, ciuchów, a na jedzeniu skończywszy. Coraz częściej łapię się bowiem na tym, że kupuję i gromadzę rzeczy zbyteczne, niepotrzebne podczas gdy inni cierpią niedostatek i to nie jest fair. Przy okazji wpadłem ma to, że rozmaite nasze święta, okazje związane ze świętowaniem urodzin,  imienin,  gwiazdek itp. wiążą się z prezentami. Nie żebym ich nie lubił,  mam bowiem to szczęście że otaczam się naprawdę fajnymi ludźmi. W związku z tym od bliskich mi osób przeważnie otrzymuję prezenty trafione i dające mi wiele radości,  za co mocno dziękuję :) Rzecz w tym,  że tak jak powiedziałem mam już wystarczająco dóbr wszelkiego rodzaju i dlatego chciałbym żeby inni mieli również okazję poczuć się tak wyjątkowo,  a niektórzy takich osób nie mają wokół siebie. Dlatego postanawiam niniejszym Was im odstąpić,  jeśli oczywiście będziecie mieli na to ochotę i spodoba się Wam mój pomysł. Stąd mój apel:

Drogi przyjacielu, jeśli mnie znasz i miałeś, masz,  bądź będziesz miał taki zamiar - nie kupuj mi  prezentu :)


Zamiast tego możesz natomiast i będzie mi bardzo mi miło gdy obdarujesz nim kogoś kto na dany moment znajduje się w potrzebie. Możesz zrobić to w ramach własnego uznania, możesz też wspomóc się poniższą listą ( najważniejsze byś pamiętał - "no pressure" ) :


- Przekażesz datek na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy bądź UNICEF,

- Nakarmisz kogoś, wrzucisz coś do puszki potrzebującemu itp... 
 
- Kupisz sobie bądź komukolwiek potrzebującemu ubogacającą książkę,  bilet do kina,  teatru ( cokolwiek co poprawi jakość życia i skłoni do rozwoju ) 

- Wykonasz jakiś gest ( uśmiech, rozmowa, poświęcenie kilku minut swojego czasu ) sprawiając tym radość komuś kto aktualnie przeżywa kryzys,  jest mu źle,  po prostu tego potrzebuje. 

Za pozytywną energię jaką wygenerujesz  będę Ci ogromnie wdzięczny i sprawisz mi ogromną przyjemność  Będzie to naprawdę najlepszy prezent jaki możesz mi dać w tym roku :) 

- Jeśli zaś masz potrzebę obdarować mnie, to niech to będzie cokolwiek na co nie wydasz niepotrzebnie pieniędzy, nie przeznaczysz jakichkolwiek środków materialnych. Możesz obdarzyć mnie dobrym słowem, poświęcić swój czas, ugotować dla mnie coś dobrego, albo po prostu pozostawić świadomość że jesteś przy mnie. 

Jednocześnie z góry Cię przepraszam, bo zamiast organizować imprezę,  poczęstunek itp i świętować  również wykonam jeden z punktów z powyższej listy :)


Umowa stoi?  Mam nadzieję że tak :) często można usłyszeć, że nie wiadomo co komuś kupić,  podarować itd więc niniejszym załatwiam problem jeśli chodzi o moją osobę :)

Jako że dopiero raczkuję w trudnej sztuce postanowień noworocznych to może kolejne jeszcze przemyślę i napiszę kiedy ułożę następne - kiedy to nastąpi? Sam jeszcze tego nie wiem ale z pewnością podzielę się w swoim czasie :)